Polacy – mistrzami horrorów

polska-holandia

Eliminacje do MŚ 2018 w Rosji miały być dla biało-czerwonych spacerkiem. Po dobrych występach podopiecznych Adama Nawałki na ME we Francji, nasi piłkarze postrzegani byli, i chyba nadal są, jako faworyci grupy E. Ich konkurentami do awansu są zespoły: Rumunii, Danii, Czarnogóry, Kazachstanu i Armenii. Czyli rzeczywiście do ogrania. Ale nasi piłkarze postanowili przyprawić kibiców o palpitację serca. W każdym z trzech dotychczasowych meczów mieliśmy do czynienia z horrorem w wykonaniu zawodników z orłem na piersiach.

Zaczęło się od meczu w Kazachstanie, na stadionie ze sztuczną nawierzchnią. Do przerwy wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem – nasi prowadzili 2-0. Niestety po przerwie przeciętni Kazachowie strzelili bramkę i dostali takiego wiatru w żagle, że doprowadzili do wyrównania, przez co nasza reprezentacja straciła 2 z 3, wydawać by się mogło pewnych, punktów. Optymiści nazywali to wypadkiem przy pracy, trener Nawałka apelował żeby nie rozdzierać szat i że zimny prysznic może tylko dobrze podziałać na naszych kopaczy. Kiedy nasi w drugim meczu po hattricku Roberta Lewandowskiego prowadzili już 3-0, cały stadion w Warszawie i miliony Polaków przed telewizorami uwierzyły w słowa Nawałki. Niestety o mało nie powtórzyła się historia z Astany. Najpierw samobójczy gol Kamila Glika, a później kolejna bramka Duńczyków sprawiły, że mieliśmy do czynienia z kolejnym horrorem. Na szczęście dowieźliśmy zwycięstwo do końca meczu. Ale to czego byliśmy świadkami we wtorkowym spotkaniu z outsiderem grupy – Armenią, to już nawet nie był horror. To był thriller, którego nie powstydziliby się najwięksi klasycy gatunku. Do przerwy, nieoczekiwanie, był bezbramkowy remis, ale cały czas mieliśmy nadzieję, że lada moment worek z golami się rozwiąże. Tym bardziej, że Ormianie dość wcześnie zaczęli grać w dziesiątkę po czerwonej kartce jednego z nich. I wydawało się, że tak właśnie będzie, bo już w pierwszej minucie po przerwie zdobyliśmy prowadzenie za sprawą Roberta Lewandowskiego, który niejako wymusił błąd zawodnika Armenii, a ten strzelił do własnej bramki. Niestety historia z dwóch poprzednich meczów się powtórzyła i niedoceniani Ormianie dość szybko wyrównali. Czas uciekał a nasi piłkarzy walili głową w mur i mimo, że stwarzali sytuacje do zdobycia goli to ze skutecznością było gorzej. Co więcej kilka razy to grający w osłabieniu przeciwnicy mogli przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. I kiedy już zapowiadało się na kompromitację i kolejną stratę punktów ze słabeuszem przyszła ostatnia sekunda! Meczu. Kuba Błaszczykowski precyzyjnie dośrodkował z rzutu wolnego wprost na głowę niezawodnego Roberta Lewandowskiego i tym samym nasi piłkarze uratowali 3 punkty. Robert Lewandowski utonął w objęciach kolegów, stadion oszalał z radości, Ormianie popadali na murawę w geście rozpaczy, a sędzia odgwizdał koniec meczu. Po trzech horrorach jesteśmy więc na drugim miejscu w grupie i ustępujemy Czarnogórze jedynie gorszym bilansem bramkowym.

Krzysztof Pipała