Polacy murem za Unią, ale…

pipala

Niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków popiera nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Zwolenników przynależności Polski do europejskiej wspólnoty jest dokładnie 88 proc. To dużo, a nawet bardzo dużo zważywszy na antyunijną politykę obecnego polskiego rządu oraz przewagę przeciwników Unii na polskich forach społecznościowych. Z Internetu korzysta przede wszystkim młodzież i jak wynika z badań przeprowadzonych ostatnio na zlecenie Fundacji Batorego, jest ona bardziej sceptyczna wobec polskiej przynależności do wspólnoty europejskiej niż osoby starsze. Niewątpliwy wpływ na postawę młodych Polaków ma właśnie Internet, na którego stronach dominują teksty wobec Unii sceptyczne, a nawet niechętne.

Drugi czynnik, który ma niewątpliwy wpływ na sceptycyzm młodych, to brak osobistych doświadczeń związanych z nieobecnością Polski w Unii Europejskiej i jej skutkami. Osamotnienie, izolacja, świadomość marginalizacji, wszystko to jest młodym ludziom obce, absolutnie nieznane, bo urodzili się oni albo weszli w dorosłość wtedy, gdy nasza obecność w europejskiej Wspólnocie była już codziennością. Starsi mają te doświadczenia w sobie, ponieważ ich doświadczyli, toteż przynależność do Europy jest jedną z najcenniejszych wartości jaka stała się ich udziałem po roku 1989. To są korzyści niematerialne, jakich doznali Polacy po wejściu kraju do Unii Europejskiej. Bezcenne natomiast, mimo że można je dokładnie wyliczyć w złotówkach lub euro, są materialne korzyści, które z przynależności do UE odnieśli mieszkańcy kraju między Odrą a Bugiem.

Podczas 13 lat przebywania w europejskiej Wspólnocie Unia Europejska wpłaciła do polskiego budżetu 140,1 miliardów euro. W złotówkach to około 588 mld zł, czyli kwota niemal odpowiadająca budżetowi Polski z ostatnich dwóch lat. Wpłata Polski do unijnej kasy wyniosła podczas tych 13 lat 46,7 mld euro. Wynik prostego zabiegu odejmowania wskazuje, że na czysto, po odjęciu kosztów własnych, Polska otrzymała z budżetu Unii Europejskiej 93 mld euro, czyli 390 mld złotych. W przeliczeniu rocznym daje to kwotę 7,1 mld euro odpowiadającą 30 mld złotych.

Unijne pieniądze widać dziś w Polsce na każdym kroku, ponieważ każda instytucja i każdy przedsiębiorca, który skorzystał z unijnej dotacji, ma obowiązek umieścić w widocznym miejscu tablicę z informacją otrzymania unijnego wsparcia i wymienić cel, na który to wsparcie zostało udzielone. Niemal nie ma więc w Polsce obiektu, na którym taka informacja by się nie znajdowała. Pomijając firmy i przedsiębiorstwa prowadzące taką lub inną działalność gospodarczą, informacja o unijnej dotacji znajduje się prawie w każdej szkole, placówce służby zdrowia, opieki społecznej, na obiektach komunalnych (wodociągi, kanalizacje, oczyszczalnie ścieków), szpitalach, dworcach, przy autostradach, drogach wojewódzkich, powiatowych i gminnych. Wszędzie… Trudno, a może łatwo wyobrazić sobie, jak wyglądałaby dziś Polska i jej infrastruktura, gdyby tych pieniędzy z unijnego wsparcia nie było.

Unijne dotacje zostały podzielone na poszczególne sektory. Największą kwotę (57,1 mld €) otrzymały „Fundusze strukturalne”, które są przeznaczone dla wybranych regionów Unii Europejskiej z zamiarem wsparcia działających na ich terenie firm i instytucji. Ich celem jest przede wszystkim wzrost innowacyjności tychże firm, wspieranie badań naukowych, budowa dróg, ochrona środowiska, także rozwój lokalnej turystyki.

Drugim działem pod względem zaabsorbowanych środków, jest „Fundusz spójności”. Głównym celem pochodzących z niego pieniędzy jest zasypywanie różnic, przede wszystkim w ponadregionalnej infrastrukturze między krajami „starej” i „nowej” Unii. Za pieniądze z tego funduszu buduje się w Polsce autostrady i drogi ekspresowe, modernizuje sieci kolejowe i duże inwestycje związane z ochroną środowiska.

Ale znacznie więcej pieniędzy niż na „Fundusz spójności” powędrowało na polską wieś. Bezpośrednie dopłaty dla rolników w ramach wspólnej unijnej polityki rolnej sprawiły, że w ich kieszeniach znalazło się 28 mld €, a inne programu w ramach tej wspólnej polityki rolnej pochłonęły kolejne 20 mld €. Aż dziw bierze, że mieszkańcy wsi, którzy otrzymali tak ogromne, wyrażone w gotówce wsparcie unijne, tak mocno popierają obecny polski rząd, który przecież nie kryje się ze swoją antyunijną polityką. Pieniądze, które popłynęły do kieszeni rolników widać w każdej nieomal wsi. Są oczywiście wsie, w których jest to niedostrzegalne, bo też nikt nie miał zamiaru kontrolować ich mieszkańców, na co wydają przyznane im pieniądze. Jedni inwestowali je w rozwój swoich gospodarstw, inni w siebie, ale nie zawsze z pożytkiem dla swojego zdrowia.

Gremialne niemal poparcie Polaków dla obecności kraju w Unii Europejskiej nie przekłada się, niestety, na uczestnictwo w wyborach posłów do europejskiego parlamentu. Polacy już trzy razy wybierali swoich przedstawicieli i za każdym razem frekwencja była katastrofalnie niska. Średnia unijna frekwencja wyborcza wynosi 43 proc., w Polsce najwyższa była w roku 2009, kiedy to wyniosła 24,53 proc. W 2004 r., a więc tuż po unijnej akcesji, wyniosła ledwie 20,9 proc., a w 2014 roku niewiele więcej, bo 23,83 proc. Jaka jest tego przyczyna?

Większość mieszkańców kraju uważa, że nie ma wpływu na działalność Unii Europejskiej i że głos jednej osoby niczego w tej kwestii nie zmieni. To oczywiście błędne rozumowanie, skrzętnie wykorzystywane przez media i internetowych trolli wrogich przynależności Polski do europejskich struktur. Być może antyunijna retoryka obecnego rządu wywoła odruch sprzeciwu i zmobilizuje Polaków do udziału w następnych europejskich wyborach. Chociażby dlatego, aby poczuli się Europejczykami, jak to się mówi „pełną gębą”.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii