Polska gospodarka coraz bliżej przepaści

str-12-13-marek-borowski

Nieodpowiedzialność rządzącej od 2015 ekipy za gospodarkę kraju widać już od kilku miesięcy, ale dopiero w ostatnich tygodniach świadomość, jaka jest sytuacji, trafia do coraz liczniejszej rzeczy rodaków. Ot, informacja z ostatnich dwóch tygodni. Rada Polityki Pieniężnej to konstytucyjny organ, który ma dbać o jakość pieniądza, czyli polskiego złotego. Szefem RPP jest Adam Glapiński, jeden najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego. To on zadbał, już na początku politycznej kariery Kaczyńskiego, by jego pierwsza partia, czyli Porozumienie Centrum (PC) miała solidne zaplecze finansowe. Pisaliśmy o tym kilka miesięcy temu na kanwie zamiaru budowy przez Kaczyńskiego dwóch wieżowców w centrum Warszawy i związanych z tym prawnych kombinacji.

Glapiński jako szef RPP i zarazem Narodowego Banku Polskiego oświadczył otóż kilka dni temu, że będzie rekomendował Radzie obniżenie stóp procentowych. Nie wiadomo czy to niekompetencja, czy złośliwość, wszak najbardziej renomowani polscy ekonomiści, z profesorem Jerzym Hausnerem na czele, od dłuższego czasu twierdzą, że trzeba zrobić coś wręcz odwrotnego, czyli stopy procentowe podwyższyć. Obniżenie stóp będzie nakręcać inflację, która już w tej chwili jest w Polsce trzy- a nawet czterokrotnie wyższa niż w innych krajach Unii Europejskiej. Jeśli nadal będzie wzrastać w takim tempie jak dotychczas, polskiej gospodarce grozi zapaść, a jej fundamentowi – małym rodzinnym firmom, bankructwo. Średnim także. Źródłem katastrofy będzie oczywiście polityka.

Dla utrzymania się u władzy Kaczyński obdarował obdarzonych potomstwem wyborców 500-złotowym dodatkiem na każde dziecko, seniorów zaś zanęcił 13 emeryturą. Na te socjalne podarunki trzeba było skąd wziąć pieniądze. To co zarobił rząd Donalda Tuska zostało przejedzone w kilka pierwszych miesięcy obowiązywania programu 500+, a na dalsze wypłaty należało znaleźć dojście do kieszeni podatników. Słynny internetowy mem z Kaczyńskim, który mówi „My im obiecujemy, co im damy, jeśli nas wybiorą, oni nas wybierają, a potem sami płacą za to, co im obiecywaliśmy”, tylko pozornie jest dowcipem.

Efekt polityki socjalnej PiS (500+, 13 emerytury) jest taki, że już w styczniu br. ceny w Polsce wzrosły o 4,4 proc., czyli najwięcej od 8 lat. Szybciej niż w Polsce ceny rosną tylko na Węgrzech, gdzie zresztą rząd Orbana prowadzi podobną politykę do PiS. Za rządów Donalda Tuska ceny niemal stały w miejscu, inflacja była tak niska, że biznes obawiał się deflacji, czyli spadku cen, co też jest niekorzystne dla gospodarki. Ale obawy przed deflacją skończyły się już po pół roku rządzenia przez fachowców z PiS. Teraz ceny rosną gwałtownie, ponieważ rząd PiS szuka pieniędzy i wprowadza coraz to nowe podatki oraz parapodatki. Wszystkie one zwiększają koszty prowadzenia działalności przez przedsiębiorców. W ostatnich miesiącach rząd PiS wprowadził wyższą opłatę paliwową, droższy prąd, wyższe składki na ZUS, a niedługo odwiesi podatek handlowy (podatek od nadwyżki przychodów ze sprzedaży detalicznej ponad kwotę 17 milionów złotych miesięcznie) i cukrowy ( nakładany na sprzedaż napojów słodzonych cukrem oraz inne produkty z wysoką zawartością cukru). Podatek bankowy tylko pozornie obciąża te instytucje, ponieważ banki przerzucają jego koszty na swoich klientów, w tym oczywiście także na przedsiębiorców.

Perfidnym rozwiązaniem, które może zachwiać polską gospodarką, było podniesienie przez rząd płacy minimalnej z 2250 zł na 2600, czyli od razu o 16 proc. Przeciętny Polak niemający pojęcia o zasadach prowadzenia przedsiębiorstwa, bił rządowi brawo, natomiast przedsiębiorcy przyjęli decyzję rządu ze zgrozą. Podniesienie bowiem pensji minimalnej natychmiast wymusiło na nich odprowadzanie do kasy państwa wyższych podatków oraz składek na ZUS. Koszty prowadzonej przez nich działalności wzrosły drastycznie. Do pewnego momentu godzili się, że odbije się to na rentowności firmy, ale gdy zostali obciążeni kolejnymi podatkami, nie mieli już wyjścia i musieli podnieść ceny.

Dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego diagnozuje: – Polityka regulacyjna państwa, podobnie jak polityka fiskalna, przyczynia się do wzrostu cen. Mechanizmy rynkowe zostały zaburzone, rządzący psują rynek, kierując się względami politycznymi. (…) Rada Polityki Pieniężnej, choć jest to jej obowiązkiem, niepróbowana procesów inflacyjnych spowolnić. Można powiedzieć, że nie mamy aktywnej polityki pieniężnej. (…) Przedłużanie się niestabilności może powodować, że silniejsze firmy zaczną myśleć o rozwoju biznesu poza krajem. (…) kupią tam firmy, będą otwierać oddziały, niektórzy myślą o przeniesieniu działalności. Niski koszt kapitału już nie zachęca do inwestycji w Polsce, ponieważ ryzyko jest tu o wiele większe. Firmy bardziej myślą o tym, jak przetrwać, niż żeby się rozwijać.

Nakręcający się wzrost cen uderzy w polską gospodarkę, ale też w każdego Polaka z osobna i w każde gospodarstwo domowe, w którym udział wydatków na żywność jest największy. – Wbrew powszechnemu przekonaniu wcale nie w emerytów, chociaż w koszyku ich wydatków bardzo istotna jest żywności i leki – mówi dr Starczewska-Krzysztoszek. – Ta grupa ma już jednak urządzone mieszkania, mniej też wydaje na odzież i obuwie, nie ponosi wydatków związanych ze szkoła czy wakacjami dzieci. (…) Coraz wyższe ceny żywności najmocniej uderzają w rodziny pracownicze o niższych dochodach, z dziećmi.

Żywność zaś będzie w Polsce drożeć i to znacząco. W styczniu br. podrożała aż o 6,7 proc. To nie koniec. Co prawda ceny żywności wszędzie na świecie rosną, ale wolno, natomiast gwałtowne przyczyny ich wzrostu w Polsce wcale nie są globalne, jak próbują wmówić rodakom członkowie polskiego rządu. Te przyczyny są tu, na miejscu, w Polsce. – Nasze rolnictwo – mówi dr Starczewska – Krzysztoszek – jest na przykład bardziej wrażliwe na suszę, ponieważ brakuje małych zbiorników retencyjnych zatrzymujących wodę w miejscach, gdzie spadł deszcz. Rząd PiS nie zrobił w ciągu pięciu lat w tej sprawie prawie nic. Rolnictwo jest też rozdrobnione, a więc słabe kapitałowo, rolnicy mało inwestują, także w nawadnianie. Badania pokazują, że im mniejszy podmiot, tym mniejsza jest jego zdolność do podnoszenia wydajności. To dotyczy małych firm rodzinnych, również rolnictwa. Nasze gospodarstwa osiągają z hektara niższe plony niż w krajach starej Unii, więc Polska żywność musi być droższa. (…) [Unijna] Wspólna Polityka Rolna uzależnia dopłaty od wysokości plonów. To jest rekompensata za niższe ceny żywności, więc większą rekompensatę dostały kraje, gdzie rolnictwo jest najbardziej wydajne. Tam bowiem rolnicy na niższych cenach tracą najwięcej. Nasz rząd próbuje o tym nie pamiętać. W Polsce proces powiększania gospodarstw został nie tylko zahamowany przez tzw. ustawę o ziemi, ale nawet próbuje się go odwracać poprzez odbieranie ziemi dotychczasowym dzierżawcom. To musi skutkować wyższymi cenami.

No i mamy w Polsce, co mamy. W krajach strefy euro ceny żywności nieprzetworzonej wzrosły o 2,3 proc. przetworzonej o 2 proc, w Polsce o 6,7 proc. Warzywa zdrożały o 20 proc. i jeśli w tym roku również przyjdzie susza, będą nadal gwałtownie drożeć. W przypadku ziemniaków, które są w kraju głównym składnikiem dań obiadowych, wzrost jest już nawet kilkusetprocentowy. Nie ma szans, by ceny żywności wróciły do poziomu sprzed trzech lat lub żeby się ustabilizowały. Tym bardziej, że procesy inflacyjne będą narastać, ponieważ Rada Polityki Pieniężnej ulega politycznej presji Kaczyńskiego i nie panuje nad finansami państwa.

– Ta uległość rujnuje już rynek mieszkaniowy – mówi dr Starczewska-Krzysztoszek. – W wielkich miastach większość mieszkań kupowana jest za gotówkę. Co dowodzi, że ich nabywcy robią to w celach inwestycyjnych. Likwidują lokaty bankowe, na których wyraźnie tracą, żeby kupić mieszkania pod tzw. najem krótkoterminowy, na którym mają nadzieję zarobić. Ponieważ popyt na mieszkania rośnie, szybko rosną także ich ceny. W największych miastach ceny metra kwadratowego mieszkania od 2015 r. wzrosły o 50-60 proc. Mimo niskich stóp procentowych rosną też koszty kredytów hipotecznych. Sytuacja młodych rodzin bez własnego lokum stała się dużo gorsza niż przed kilkoma laty. Taka polityka może wypychać młodych na emigrację.

Tak wygląda „dobra zmiana” wprowadzona przez PiS w 2015 roku. W tym roku pod ich rządami tej partii ma być Polakom jeszcze lepiej. To najkrótsza droga do zrujnowania kraju.

Wojciech Sandecki