Polska serem i jajami nęcąca

sery

Przeciętny Polak wyjeżdżający na zwiedzanie państw Zachodu od pierwszego dnia z niepokojem obserwuje, jak pieniądze szerokim strumieniem wypływają mu z kieszeni. – Przecież jestem w Unii! – dziwi się taki Polak. I owszem, jest w Unii, ale nie bierze pod uwagę różnorodności krajów wchodzących w skład Wspólnoty i różnicy cen między nimi.

Polska dołączyła do krajów Unii raptem kilkanaście lat temu, bo 1 maja 2004 r. Z poziomem życia krajów, którym dopiero co udało się porzucić komunistyczną szczęśliwość z jej zacofaną, nieprzystającą do nowoczesności krajów Zachodu gospodarką, prymitywną infrastrukturą i takim samym w większości społeczeństwem. Na zasobność kieszeni przeciętnego Polaka najistotniejszy wpływ miał poziom gospodarki, a ten bardziej niż znacząco odbiegał od tego, który był w krajach ”starej” Europy. Pensje w Polsce były i są nadal zdecydowanie niższe niż w krajach po drugiej stronie Odry, co w konfrontacji z bogatymi krajami Unii przekłada się także na niskie ceny. Muszą być one niskie, bo przy niskiej sile nabywczej Polaków nie mogą być inne.

W tej sytuacji Polak jest w stanie wyżyć za swoją pensję, ale tylko u siebie, między Bugiem a Odrą. Po opuszczeniu kraju w kierunku zachodnim staje się tam ze swoją pensją nędzarzem, niezdolnym do przeżycia nawet połowy miesiąca. Z gwałtownie wzrastającym zaskoczeniem stwierdza, że pracując i zarabiając w Polsce, nie stać go na tamtejsze ceny. Cały czas mamy na względzie statystycznego Polaka, ponieważ są też Polacy zarabiający w kraju wystarczająco dużo, by żyć na poziomie przeciętnego Niemca czy Austriaka, a nawet na poziomie wyższym. Ale ci Polacy stanowią zdecydowaną mniejszość.

Szok, ale radosny, przeżywają natomiast ci mieszkańcy europejskich krajów Zachodu, którzy zdecydują się przyjechać do Polski. Spędzają tu czas miło i przyjemnie, bo ceny detaliczne większości produktów, przede wszystkim żywności, są kilkakrotnie nawet niższe niż u nich w domu. Polska jest bowiem jednym z najtańszych państw UE.

Unijny urząd statystyczny Eurostat od dawna prowadzi badania dotyczące zamożności poszczególnych krajów Wspólnoty, wysokości zarobków oraz państw najdroższych i najtańszych. Z badań tych jednoznacznie wynika, że Polska jest jednym z najtańszych krajów Unii Europejskiej. Ceny otóż żywności oraz napojów bezalkoholowych w Polsce były na poziomie 69 proc. średniej unijnej. Ale najtańszym pod tym względem krajem była Rumunia, natomiast najdroższym Dania. W roku 2018 różnica w poziomie cen żywności i napojów bezalkoholowych między najtańszym i najdroższym krajem Unii była dwukrotna.

W Danii ceny w tych dwóch asortymentach wyniosły aż 130 proc. unijnej średniej, natomiast w Rumunii zaledwie 66 proc. średniej. Po Danii najdroższy były Luksemburg i Austria (po 125 proc. średniej), następnie Irlandia i Finlandia (po 120 proc.) i Szwecja (117 proc. średniej). Na przeciwległym biegunie znajdowała się wspomniana już Rumunia (66 proc. poniżej średniej), następnie Polska (69 proc.). Wyższe ceny niż w Polsce są natomiast w Bułgarii (76 proc. średniej unijnej), Litwie (82 proc.), Czechach (84 proc.), zaś najbliższej unijnej średniej, acz nie aż tak bardzo, są Węgry, gdzie ceny żywności oraz napojów bezalkoholowych odbiegają od niej tylko o 15 proc.

Ale nie tylko ceny żywności i napojów bezalkoholowych stanowią o drożyźnie bądź taniości krajów Wspólnoty.

W odniesieniu do cen chleba i zbóż różnica między najtańszym a najdroższym krajem była niemal trzykrotna. Także pod tym względem najtańsza była Rumunia (54 proc. średniej unijnej), a najdroższa Dania (152 proc. średniej). Polska w asortymencie tych produktów trzymała się na niemal takim samym poziomie cenowym jak w przypadku żywności (68 proc. średniej).

Polska i Rumunia jawią się w tej statystyce jako kraje o najniższych cenach artykułów spożywczych, ponieważ także ceny wyrobów mięsnych i w Polsce, i w Rumunii są niemal dwuipółkrotnie niższe niż w najdroższej Austrii. W Polsce i u dalszych sąsiadów z południa kształtują się bowiem na poziomie 63 proc. średniej unijnej, zaś w Austrii wynoszą aż 146 proc. średniej.

Ze sprawozdań przedstawionych przez Eurostat kraj nad Wisłą jawi się jako nabiałowe eldorado, bo jego ceny są w Polsce najniższe w całej unijnej Europie. Ceny mleka, serów oraz jajek pozycjonowały się na poziomie 71 proc. unijnej średniej, czyli były niemal dwukrotnie tańsze niż w najdroższym pod tym względem kraju Unii, którym tym razem był Cypr (136 proc. powyżej średniej).

Jeśli chodzi o używki, i to te najbardziej szkodliwe, czyli alkohol i papierosy, ich zwolennicy powinni rezerwować bilety do Bułgarii, a zaraz potem do Rumunii. W obu tych krajach alkohol jest bowiem w cenie 74 proc. poniżej średniej unijnej, zaś papierosy są w Bułgarii jeszcze tańsze, bowiem ich ceny kształtują się na poziomie 49 proc. średniej. Za alkoholem do obu wymienionych krajów powinni hurmem podążać Finowie, u których w kraju trzeba wydać na alkohol aż 182 proc. unijnej średniej, a także Irlandczycy (177 proc.) i Szwedzi (152 proc.). Bułgaria natomiast jest szczególnie tania dla palaczy z Wielkiej Brytanii. Papierosy w kraju posadowionym między Rumunią a Grecją i Turcją mają ceny w wysokości 49 proc. średniej unijnej, natomiast na Wsypach Brytyjskich są najdroższe w całej Unii, ponieważ ich ceny osiągają tam poziom 201 proc. średniej.

W Polsce ceny papierosów też są dla Brytyjczyków tanie, stanowiły w 2018 r. jedynie 60 proc. średniej, zaś alkohol kosztuje nieco więcej niż w Bułgarii i Rumuni, ale też w wysokości nie rujnującej kieszeni przybyszów z Zachodu, bo jego ceny sięgają 86 proc. średniej.

Fakt, że Polaka ścinają z nóg ceny w większości zachodnich krajów Unii, a ich mieszkańcy w konfrontacji z tymi cenami stoją na nogach pewnie, wyjaśniają zarobki jednych i drugich oraz różnice między nimi.

Dane cytowanego już wyżej Eurostatu wskazują, że średnia miesięczna pensja w krajach Unii Europejskiej wynosi 2904 euro, co w przeliczeniu na złotówki (przy kursie 4,37 zł za 1 euro) daje kwotę 12 670 zł. Gdyby Polacy zarabiali tę średnią, to pewnie każdej niedzieli dawaliby na mszę, by nic się w tej kwestii nie zmieniło. Ale według Eurostatu przeciętna pensja w Polsce wynosiła w 2018 r. 982 euro, czyli 4287 zł. To, powtórzmy, według Eurostatu. Powtórzenie jest wskazane, ponieważ owa średnia także jest dla wielu Polaków nieosiągalna. Podawana przez Główny Urząd Statystyczny średnia zarobków Polaków wprowadza w błąd, gdyż jest obliczana na podstawie zarobków w przedsiębiorstwach i to tylko tych, które zatrudniają więcej niż 9 pracowników. Cała reszta, a są tą resztą miliony Polaków i ich zarobki na poziomie niespełna 2 tys. zł, nie są w tej statystyce ujmowane.

Pozostając jednak przy średniej podawanej prze Eurostat popatrzymy jak sytuacja polskich zarobków kształtuje się na tle innych krajów.

O ile więc średnia w całej Unii stanowi wymienione wyżej 2904 euro, to w krajach strefy euro, czyli tych, w których środkiem płatniczym nie jest lokalna waluta, lecz właśnie euro, owa średnia jest już wyższa o 190 euro. Krajem, w którym zarobki stoją najwyżej ponad średnią, jest Luksemburg. Tam owa średnia to 4654 euro, czyli 20 336 zł. Dla przeciętnych Polaków kwota marzenie.

Na drugim biegunie, w którym zarobki są najniższe, znajdują się kraje postkomunistyczne. Najniższe zarobki mają według Eurostatu Bułgarzy (460 euro), więcej od nich Rumuni (570 euro), następnie Litwini (718 euro) oraz Łotysze (799 euro). Polacy zarabiają więc ponad dwa razy więcej niż Bułgarzy, ale niemal cztery razy mniej niż pracownicy w Luksemburgu i w zestawieniu Eurostatu lokują się na miejscu 8. od końca w zestawieniu średnich zarobków w Unii. Przeciętny polski pracownik stojący przy przeciętnym pracowniku z Luksemburga ma co miesiąc ok. 16 tys. zł mniej w kieszeni. O tym trzeba pamiętać podróżując na zachód Europy.

Trzeba też mieć świadomość, że poziom zarobków w każdym kraju uzależniony jest od stanu gospodarki i wartości jej produktów. Polska ciągle jeszcze jest krajem, w którym gospodarka szybko się rozwija, ale nikt nie stoi w miejscu. Polska musi się rozwijać znacznie szybciej od krajów „starej Europy” aby nadrobić dzielący ją od nich dystans. Prognozy nie dają szans, że Polska uczyni jakiś gwałtowny skok, dzięki któremu skróci ten dystans. Według Eurostatu poziom polskich wynagrodzeń zrówna się z poziomem średniej unijnej za… 59 lat. Rodacy w kraju mogą się pocieszać, że w 2023 r. dorównają pod tym względem Portugalii. I to też jest coś, z czego można się cieszyć.

Ernest Sawczyński