Polska wciąż węglem stoi

str-22-polska-weglem-stoi

Cały świat i to dosłownie, pracuje nad technologiami i urządzeniami, za sprawą których pozyskiwać się będzie coraz więcej energii ze źródeł ekologicznych, czyli takich, które nie mają negatywnych skutków dla przyrody. W tej chwili na świecie cięgle jeszcze większość energii produkuje się z węgla, który podczas spalania wytwarza mnóstwo substancji szkodliwych dla przyrody i człowieka. Olej opałowy z ropy naftowej jest znacznie mniej nieekologiczny, ale jednak jest. Stosunkowo najmniej szkodliwy dla środowiska jest gaz. W coraz większej liczbie krajów świata zaczyna już dominować świadomość, że paliwa kopalne stanowią największe zagrożenie dla przyszłości naszego globu.

Zagrożenie nieodwracalnymi zmianami klimatycznymi wywoływanymi efektem cieplarnianym, czyli przedostawaniem się do atmosfery przede wszystkim dwutlenku węgla, pod znakiem zapytania stawia pomyślną przyszłość naszych dzieci i wnuków. Nic tedy dziwnego, że świat poszukuje rozwiązań, w wyniku których wyeliminowane zostałyby paliwa stwarzające zagrożenie dla egzystencji ludzkości.

Pierwsze kroki zostały już w tej dziedzinie zrobione lata temu, jeszcze wtedy, gdy nikt nie brał pod uwagę masowej produkcji energii uzyskiwanej dzięki sile wiatru, a ogniwa fotowoltaiczne stanowiły zagadnienia z dziedziny science fiction. Rozwiązaniami, które dawały ludziom energię bez konieczności spalania surowców energetycznych, były i są elektrownie wodne. Światowym hegemonem w produkcji „wodnej” energii jest Norwegia, która zaczęła budować takie elektrownie jeszcze przed wojną i dziś zaspokajają one 90 proc. zapotrzebowania tego kraju na energie elektryczną. Ktoś może powiedzieć, i będzie miał rację, że stało się tak dzięki temu, że kraj ten ma bardzo korzystne do budowy elektrowni wodnych warunki geograficzne i hydrograficzne. To fakt. Ale faktem jest też, że potrafiono te warunki perfekcyjnie wykorzystać. Ktoś inny powie, i też będzie miał rację, że elektrownie wodne wcale nie są tak do końca ekologiczne, ponieważ uniemożliwiają rybom (łososiowatym) wędrówkę w górę rzek na tarło, a poza tym, aby wyprodukować w nich energię, trzeba najpierw wybudować zapory, zaś do ich budowy wykorzystuje się tysiące ton cementu, w którego produkcji wykorzystuje się jako paliwa węgiel albo ropę, albo gaz. Fakt, tyle tylko, że wybudowanie zapory na rzece jest inwestycją jednorazową, nie zaś ciągłą, jak produkowanie energii z węgla.

W Polsce działa kilka elektrowni wodnych, ale ich udział w bilansie energetycznym kraju jest niewielki. Mają one jednak istotne znacznie w okresach, gdy gwałtownie wzrasta zapotrzebowanie na energię i trzeba ten popyt szybko zaspokoić. Polska nie ma jednak takich warunków geograficznych i hydrograficznych jak Norwegia, ponadto budowa elektrowni wodnych jest bardzo droga i wymaga sporo czasu. Świat szuka więc rozwiązań bardziej innowacyjnych, mniej kosztownych, a przede wszystkim bardziej wydajnych. Polska jest w ogonie światowych przedsięwzięć w tej dziedzinie, a nawet gorzej – cofa się.

Kraj zawdzięcza to obecnie rządzącym. Gdy PiS sformułował rząd, jego przedstawiciele oficjalnie zapowiedzieli powrót polskiej energetyki do węgla i wyhamowanie energetyki wiatrowej. Za rządów PO-PSL energetyka odnawialna, przede wszystkim wiatrowa, była jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin, po przejęciu władzy przez PiS, jej rozwój został zatrzymany. Szokujące jest, że w przygotowanej właśnie „Polityce Energetycznej Polski do 2040”, czyli strategii państwa w sferze produkcji energii, zapisano, że do 2035 r. większość działających w tej chwili w kraju siłowni wiatrowych musi zniknąć. Szok tym większy, że wraz ze „zniknięciem” tych siłowni wiatrowych, zniknie też z produkcji energii elektrycznej w Polsce prawie 6 tys. megawatów, które w 2016 r. stanowiły około 9 proc. całej produkcji prądu w Polsce.

Awersja do energetyki odnawialnej ma swoje źródło w strachu przed lobby górniczym, a de facto przed strajkami, do których może dojść, gdy branża węglowa w Polsce poczuje się zagrożona. Wszyscy bez wyjątku funkcjonariusze partii PiS zaklinają się publicznie, ze „nie pozwolą zamordować polskiego górnictwa”. Tak rzekła natychmiast po awansowaniu na stanowisko premiera była burmistrz Brzeszcza, Beata Szydło, a prezydent RP przy okazji konferencji klimatycznej w Katowicach mówił szczerze, że tak na dobrą sprawę, to on nie wie, czy ocieplenie klimatu rzeczywiście jest skutkiem spalania węgla i innych paliw kopalnych.

Polski minister energii, Krzysztof Tchórzewski, zamiast łożyć miliardy na badania nad alternatywnymi źródłami energii, wymusza na państwowych koncernach energetycznych, by wyrzucały je na budowę wielkiej elektrowni węglowej w Ostrołęce, oddalonej o setki kilometrów od kopalń węgla. Czyli – świat idzie do przodu, a Polska w kierunku „dobrej zmiany” cofa się. Efekt jest taki, że w Polsce energia drożeje, podczas gdy ceny hurtowe prądu na rynkach krajów z nią sąsiadujących, są niższe. Jeszcze jedna kwestia…

Już w przyszłym roku, zgodnie z polityką UE, udział energii odnawialnej w bilansie energetycznym Polski będzie musiał wynosić 15 procent. Minister Tchórzewski jeszcze niedawno zapewniał, że osiągnięcie tego poziomu to „bułka z masłem”, ale dziś już wie, że to marzenie ściętej głowy i to bez masła. Ta rządowa farsa w wykonaniu resortu energii, a tym samym całego rządu, będzie dla Polaków bardzo kosztowna. Bo za nieosiągnięcie owych 15 procent albo będą musieli płacić kary, albo kupować brakujące procenty zielonej energii od innych krajów, czyli de facto finansować rozwój odnawialnych źródeł energii w tychże krajach. Taki jest efekt rządów ignorantów.

Świat idzie w kierunku dekoncentracji wytwarzania energii elektrycznej. W krajach mądrze zarządzanych odchodzi się od wielkich elektrowni, które po pierwsze – niezbyt efektywnie wykorzystują paliwo, po drugie – wymagają budowy niezwykle kosztownych sieci przesyłowych, po trzecie – gdy dojdzie do awarii wielkiego bloku energetycznego, powstaje zagrożenie dla całego systemu energetycznego danego kraju.

Mądrzy ludzie i mądre rządy doszli do wniosku, że sposobem na to jest energetyka rozproszona, czyli małe, ale w dużej liczbie źródła energii. Mądrze rządzone kraje stwarzają więc bodźce ekonomiczne dla rozwoju niewielkich producentów energii. To m.in. elektrociepłownie, elektrownie fotowoltaiczne, czyli wykorzystujące energię słoneczną, farmy wiatrowe budowane w pobliżu odbiorców, no i instalacje prosumenckie, czyli domowe źródła energii. Niemiec, który po zainwestowaniu w instalację na przykład fotowoltaiczną, produkuje energię elektryczną ponad swoje potrzeby i nadwyżkę przesyła do sieci ogólnokrajowej, otrzymuje za każdy kilowat więcej pieniędzy, niż musi zapłacić wtedy, gdy pobiera energię od zakładu energetycznego. W Polsce jest „dobra zmiana”, czyli jest odwrotnie. Za energię wyprodukowaną przez domową instalację, otrzymuje się tylko 80 proc. kwoty, którą trzeba zapłacić zakładowi energetycznemu za pobieranie od niego prądu. Jak cynicznie formułuje to odpowiednia ustawa, owe 20 proc. mniej dla prywatnego producenta, to „koszty magazynowania” nadmiaru energii przez niego wyprodukowanej. Po prostu obywatele mają do czynienia z krępowaniem ich kreatywności i przedsiębiorczości, ponieważ stanowią one zagrożenie dla „dobrej zmiany”, która chce nadzorować wszystko i wszystkich.

Wojciech Sandecki