Polska wysycha

str-17-polska-wysycha

Gdy kilka lat temu ówczesny poseł Marek Jurek, ortodoksyjny katolik, wezwał Sejm Rzeczypospolitej do modłów o deszcz, bo w kraju panowała susza, był wielce wzburzony, że kilku lewicowych posłów zaczęło się śmiać. Poseł Jurek wierzył (nie wiadomo, czy nadal), że siły nadprzyrodzone (o ile takie istnieją) są w stanie naprawiać ludzkie błędy, głupotę i arogancję, nade wszystko zmienić naturalne procesy przyrody. Okazuje się otóż, że cudów nawet boska ręka nie uczyni, jeśli człowiek jej w tym nie pomoże.

Modły, które wtedy pokorni woli Marka Jurka katoliccy posłowie odmawiali w sejmowej kaplicy, nic oczywiście nie dały i poseł Jurek może nawet krzyżem leżeć, a deszcz spadnie nie wtedy, gdy Bóg posła Jurka zainterweniuje, tylko wtedy, gdy naturalne procesy przyrody do tego doprowadzą. W tym roku poseł Jurek miał wsparcie premiera Morawieckiego. On też wierzy w boską siłę sprawczą i całkiem niedawno powiedział, że o ile wiosną modliliśmy się by deszcz przestał padać, to teraz trzeba się o ten deszcz modlić. Telewizja publiczna nie pokazała jednak, czy Morawiecki padł na kolana przed obrazem stwórcy i wyciągnął z kieszeni różaniec. Ale nawet połączone w kaplicy siły Jurka i Morawieckiego nic nie zdziałają, bo człowiek robi wszystko, by przyrodzie przeszkadzać, zakłócać jej procesy i niszczyć środowisko.

Morawiecki ma zresztą w tej kwestii spore osiągnięcie. Nie dalej jak pod koniec czerwca br. zablokował porozumienie o dojściu Unii Europejskiej do neutralności klimatycznej do 2050 r., której głównym celem jest odejście od paliw stałych. I bezczelnie oświadczył, że „Na szczycie UE zabezpieczyliśmy interesy polskich obywateli”. Bezczelność tkwi w kłamstwie, które jest wrodzoną a więc naturalną cechą Morawieckiego. Interesem polskich obywateli jest bowiem jak najszybsze odejścia od węgla, bo liczba osób, które nie palą papierosów, a umierają w kraju na choroby płuc, drastycznie rośnie. Życie zimą w Polsce, to życie w kłębach węglowego smogu.

Obecny polski rząd boi się odejścia od węgla jako głównego paliwa dla elektrowni i przemysłu, bo ma stracha przed węglowym lobby i górnikami. Paradoks polega dodatkowo na tym, że koszty wydobycia krajowego węgla są bardzo wysokie i w porównaniu z cenami węgla z importu zupełnie nieatrakcyjne. Polska w coraz większych ilościach sprowadza więc węgiel ze znienawidzonej przez PiS Rosji. Oparta na węglu energetyka może stanąć nagle, gdy tylko Putin zabroni swoim górnikom wysyłać węgiel do Polski. A polscy górnicy nadal cieszyć się będą nadzwyczajnymi przywilejami, bo rząd boi się ich protestów jak ognia. Ten przydługi wtręt o węglu w kontekście wody wcale nie jest bez sensu, bo w rejonach górniczych jego eksploatacja powoduje drastyczny spadek wód gruntowych i wysychanie ziemi. Problemy z woda pitna są w miastach Górnego Śląska coraz częstsze.

W Polsce są dziesiątki rzek, setki rzeczek, tysiące potoków, strumieni i strumyczków, a w kraju panuje susza i w wielu regionach zaczyna brakować wody. Powodów jest kilka, ale wszystkie są dziełem człowieka. Zmiany klimatyczne związane z ociepleniem klimatu, co jest efektem emisji dwutlenku węgla do atmosfery (Polska ma w tym szczególnie duży udział) sprawiają, że zmienia się także charakter wielu przyrodniczych procesów i zjawisk, w tym także związanych z wodą. W klimacie umiarkowanym, a taki jest w Polsce, coraz mniej jest deszczu, który nazywa się „kapuśniaczkiem”. To taki deszcz, który pada, a którego krople są niewidoczne, bo tak małe. Ale taki deszcz jest skarbem dla przyrody i dla gleby, bo i ziemię, i rośliny nasącza wodą, wnika wszędzie i najważniejsze –-i w ziemi, i w roślinach pozostaje. Teraz „kapuśniaczek” zastępują ulewy. Jak pada to leje, z nieba spadają tony wody, które nie mają czasu wniknąć w ziemię i spływają do zlewni.

Dzieje się tak, ponieważ prowadzona od zakończenia wojny polska gospodarka wodna została nakierowana na jak najszybsze odprowadzanie wody deszczowej do strumieni, rzek i Bałtyku. Prowadzone przez dziesiątki lat prace melioracyjne polegały na osuszaniu gruntów. Zlikwidowano tysiące klasowo nieprzystających do socjalizmu dworów i dworków, a niemal przy każdym z nich był staw, który utrzymywał w okolicy stały poziom wód gruntowych. Zlikwidowano też młyny wodne, przy których utworzono małe zbiorniki wodne, nie dziesiątkowano bobrów, które obecny minister rolnictwa chce wystrzelać a ich mięso przetwarzać na wędliny. Bobrze spiętrzenia wód, to niemal za darmo otrzymywana od przyrody (bóbr to jej fauna) miniretencja, na którą trzeba by wydawać miliony złotych.

Regulowanie rzek (na pierwszym miejscu Wisły), o czym mówiła „nasza Beatka”, czyli premier Szydło, to marsz pod prąd światowym tendencjom. W Niemczech burzy się kamienne koryta rzek, ponieważ okazało się, że ich regulacja przynosi więcej szkód niż pożytku. Przyczynia się do powodziowych zniszczeń, bo wyprostowane meandry w razie ulewy działają niczym rynna, a rwąca nimi woda porywa wszystko, co znajdzie się na jej drodze. Drobny biznesmen, który zarabia w Warszawie wożeniem turystów wolną motorową krypą po Wiśle, mówi, że jego klienci z Zachodu pytają, ile władze miasta wydały pieniędzy, by przywrócić prawemu brzegowi rzeki naturalne walory przyrodnicze. Nie chcą wierzyć, że ani grosza i że jest to naturalne ukształtowanie terenu, który uniknął regulacyjnych inwestycji człowieka. Nie mogą wyjść z podziwu i zachwytu, chwalą, że tak się stało.

Polska gospodarka wodna nakierowana jest na jak najszybsze skierowanie do zlewni wód deszczowych, a powinniśmy działać w odwrotnym kierunku – zatrzymywać wodę, wtedy gdy jest jej dużo i oddawać przyrodzie, gdy jej brakuje. Taką funkcję pełniły wspomniane dworskie stawy, spiętrzenia przy młynach wodnych i bobrze rozlewiska. Ale woda to także drzewa, a rząd PiS dał wolną rękę ignorantowi z profesorskim tytułem (notabene o przyrodniczym nazwisku Szyszko), który zezwolił na niekontrolowaną wycinkę drzew nie tyko w Puszczy Białowieskiej, ale wszędzie gdzie popadnie. Co ma drzewo do wody?

Naukowcy policzyli, że drzewo nasyca się wodą do chwili gdy wysokość opadów sięgnie 25-30 mm, czyli… Wchłania dużą ilość wody podczas ulewnych opadów, ale nie jest samolubne, bo potem oddaje ok. 40-50 proc. przyrodzie poprzez odparowanie. Żeby zaś odparować wodę, drzewo pobiera ciepło z otoczenia i dzięki temu, gdy temperatura chodnika wynosi np. 43 st. C, to po drzewem jest 28 st. C. Amerykanie lubią i umieją wszystko liczyć i przeliczać. Naukowcy w Tucson w Arizonie wyliczyli na. że 500 tys. tamtejszych drzew pozwala zaoszczędzić miastu w okresie 30-40 lat aż 600 tys. dol., które musieliby wydać na remonty kanalizacji burzowej. W Nowym Jorku miejscowe władze dzięki temu, że w tej metropolii rośnie 584 tys. drzew przy ulicach, oszczędzają 27,7 mln dol. rocznie w wydatkach na energię elektryczną i cieplną. Ale to nie wszystkie cudowne efekty z posiadania drzew. Mają one ogromny wpływ na ocieplenie klimatu. Jedno drzewo rosnące w klimacie umiarkowanym, czyli takim jak w Polsce, w ciągu swego życia absorbuje z powietrza 3 tysiące (!) kg węgla znajdującego się w atmosferze w postaci dwutlenku węgla. A w klimacie gorącym niemal trzy razy więcej.

Powszechnie uważa się w Polsce, że największa wilgotność gleby występuje w kraju na terenach górskich i podgórskich oraz nad Bałtykiem. Ale sytuacja powoli się zmienia. Profesor Krzysztof Kukuła, hydrobiolog z Uniwersytetu Rzeszowskiego, wiosną każdego roku wyjeżdża w górskie rejony Bieszczadów (powyżej zbiornika wodnego w Solinie), by badać poziom wody w górskich ciekach. I każdego roku wraca z wynikami, które wskazują, że wody jest coraz mniej. Także w Sanie poniżej Soliny i na polach znajdujących się w zlewni tej rzeki. W tym przypadku największe szkody poczyniły lokalne, gminne władze, które zbyt licznie wydawały pozwolenia, na pobór rzecznego żwiru i kamieni. Dno Sanu w niektórych miejscach obniżyło się w konsekwencji nawet o 3-4 metry. A im niższe koryto rzeki, tym więcej wód gruntowych spływa do niego z okolicznych pół. Najgorsze, jak widać, jest więc to, że człowiek, a szczególnie człowiek mający władzę, nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji podejmowanych decyzji.

Nic dziwnego zatem, że na określenie, głupoty, arogancji i bezmyślności władzy w postępowaniu z przyrodą ukuto w kręgach jej obrońców termin „lex Szyszko”.

Janusz Świderski