Polski kac po wypowiedziach Netanjahu i Katza

6fff3bae-fcab-4396-b3c5-a44979886875

Na początku stycznia br. sekretarz stanu USA, Mike Pompeo, powiedział w telewizji Fox News, że w dniach 13-14 stycznia w polskiej stolicy odbędzie się konferencja na temat pokoju na Bliskim Wschodzie, której głównym tematem będzie zagrożenie dla światowego pokoju ze strony Iranu. Władze w Warszawie musiały być mocno zaskoczone tą wypowiedzią, bo nikt wcześniej z polskich polityków PiS nie szczycił się organizowaniem takiej konferencji, a Warszawa dopiero kilka godzin po wypowiedzi Pompeo wydała komunikat, w którym informowała, że wraz z USA będzie współorganizatorem takiej konferencji. To swoisty dyktat, mówiąc bardziej bezpośrednio – bezczelność, bo jak inaczej nazwać narzucanie jednemu państwu przez drugie zorganizowania czegoś, o czym się wcześniej nie rozmawiało.

Ta sytuacja pokazuje zarówno tupet, jak też brak jakichkolwiek reguł w polityce prowadzonej przez amatorów z administracji Donalda Trumpa z nim samym na czele. Słowo amatorzy piszę bez cudzysłowu, bo wystarczy przeczytać książkę Michaela Wolffa pt. „Ogień i furia. Biały Dom Trumpa”, by się przekonać jak adekwatne jest to słowo wobec obecnego lokatora Białego Domu i członków jego ekipy.

Pompeo narzucił rządowi PiS zorganizowanie tej konferencji, nie licząc się w ogóle z konsekwencjami, jakie poniesie z tego tytułu Polska.

Przypomnijmy więc, że w maju 2018 r. Donald Trump jednostronnie zerwał porozumienie nuklearne z Iranem twierdząc, że Teheran nie realizuje jego postanowień. Unia Europejska zdystansowała się wobec decyzji Trumpa, a jej przedstawiciele stwierdzili, że ich zdaniem Iran wywiązuje się z zapisanych postanowień. Polska, jak wiemy, jest członkiem Unii Europejskiej i po ogłoszeniu przez Pompeo, że będzie gospodarzem tej konferencji, znalazła się w bardzo niewygodnej sytuacji. Mimo że rząd PiS za głównego sojusznika i gwaranta bezpieczeństwa Polski uważa nie Unię Europejską, a USA. Władze Unii oświadczyły więc, że Federica Mogherini, wysoki przedstawiciel Wspólnoty Europejskiej do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, na konferencję do Warszawy nie przyjedzie. Nieobecność zapowiedziały też Rosja, Turcja i wiele innych państw, a te które poinformowały, że będą w niej uczestniczyć, przysłały do Warszawy przedstawicieli niższych szczebli.

Przebywający w Polsce 19 stycznia szef Rady Europy, Donald Tusk, został zapytany w jednym z wywiadów o sens tej konferencji. Odpowiedział: – Nie wiem, jaka była intencja polskiego rządu, że zdecydował się tę usługę dla Waszyngtonu w Warszawie zrealizować. Usługę, co do tego nie ma wątpliwości. Interesu Polski tutaj nie widzę, może poza tym, że liczono na jakieś względy u prezydenta USA.

Kilka dni przed konferencją szerzej na niemal identyczne pytanie odpowiedział Włodzimierz Cimoszewicz, były premier i były minister spraw zagranicznych. Jego zdaniem cała ta konferencja została zlecona nam przez Amerykanów po to, aby zrealizować jeden z celów kampanii wyborczej premiera Izraela, Benjamina Netanjahu. Celem tym okazało się zaognienie stosunków izraelsko-polskich, co Netanjahu perfekcyjnie zrealizował.

Tło jest otóż następujące. W kwietniu odbędą się w Izraelu wybory. Likud, partia Netanjahu, była do tej pory w defensywie i nie jest wykluczone, że wybory może przegrać. Netanjahu wszystko, co mówi, i co robi, podporządkowuje polityce wewnętrznej.

Najpierw więc Andrea Mitchell, uznana amerykańska dziennikarka stacji NBC News, stwierdziła w swojej relacji z pierwszego dnia konferencji w Warszawie, że żydowscy powstańcy w getcie warszawskim walczyli przeciwko „polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Wywoła oburzenie, jednak dopiero następnego dnia przeprosiła za swoje słowa i to nie na antenie stacji, lecz na twitterze. Andrea Mitchell wywodzi się z rodziny żydowskiej, jej obecnym mężem jest Alan Greenspan, były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Ale to, co powiedziała Mitchell, to była dopiero uwertura.

W drugim dniu konferencji (czwartek, 14 lutego) podczas zwiedzania Muzeum Historii Żydów Polskich (Polin), premier Izraela, Benjamin Netanjahu, wypowiedział następujące słowa: „Polacy współpracowali z nazistami i nie znam nikogo, kto zostałby pozwany za tego typu twierdzenie”. Dziennikarz „The Jerusalem Post” napisał z Warszawy, że „Netanjahu powiedział bardzo wyraźnie, że Polacy pomagali Niemcom zabijać Żydów podczas Holokaustu”.

Izraelski dziennikarz nie wyłapał jednak szczególnego niuansu w wypowiedzi swojego premiera. Netanjahu powiedział bowiem „Polacy”, ale nie powiedział „Niemcy” lecz „naziści”. Dlaczego Netjaniahu oskarża Polaków, a nie Niemców? Bo wie, że subtelności odgrywają w polityce wielką rolę. Polska jest dla Izraela niewiele liczącym się partnerem, natomiast z Niemcami łączą ten kraj ogromne interesy gospodarcze. Po co więc wskazywać rzeczywistego sprawcę, z którym prowadzi się teraz interesy, skoro można mówić o winie kogoś zupełnie innego.

Netanjahu nie wyparł się swoich słów. Gdy podczas lotu powrotnego do Izraela jeden z dziennikarzy zapytał swojego premiera o sens jego słów, otrzymał odpowiedź: „Dobrze słyszałeś, co powiedziałem.”

Następnego dnia oliwy do ognia dolał tymczasowy szef izraelskiego MSZ, Israel Katz. Pytany o słowa Netanjahu wypowiedziane podczas zwiedzania muzeum Polin stwierdził: „Nasz premier wyraził się jasno. Sam jestem synem ocalonych z Holokaustu. Jak każdy Izraelczyk i Żyd mogę powiedzieć: nie zapomnimy i nie przebaczymy. Byli Polacy, którzy kolaborowali z nazistami. Były premier, Icchak Szamir, któremu Polacy zamordowali ojca, powiedział: „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki”. I nikt nie będzie nam mówił, jak mamy się wyrażać i jak pamiętać naszych poległych”.

Netjaniahu swój cel osiągnął. Wśród wyborców zyskał opinię bezkompromisowego obrońcy pamięci prześladowanych i mordowanych Żydów, a także polityka walczącego z antysemityzmem. Osiągnął też mniej zamierzony cel, czyli wzbudzenie antypolonizmu wśród żydowskich imigrantów ze wschodu Europy i niezamierzony – nawrót oraz nagły wzrost antysemityzmu wśród prawicowo-katolickich Polaków.

Po warszawskim „szczycie” bliskowschodnim, w Izraelu miał się odbyć szczyt szefów rządów Grupy Wyszehradzkiej (Czechy, Polska, Słowacja, Węgry). Po tym, gdy ani Netanjahu, a tym bardziej Katz, nie poczuli się do tego, by przeprosić Polskę i Polaków za swoje słowa, premier Mateusz Morawiecki powiedział, że nie pojedzie do Izraela, w związku z czym szczyt się nie odbędzie. Nie do końca otóż… Szefowie rządów Czech. Słowacji i Węgier pobieżyli bowiem do Izraela. Nim zasiedli do rozmów Netanjahu powiedział: „Z radością gościmy premiera Węgier Viktora Orbána, premiera Słowacji Petera Pellegriniego i premiera Czech Andreja Babisza na lunchu w rezydencji premiera w Jerozolimie. Witamy w Izraelu!”.

Pani Andrei Mitchell oraz panom Benjaminowi Netanjahu i Israelowi Katzowi chcemy przy tej okazji odświeżyć pamięć i przypomnieć, że podczas II wojny światowej w Polsce nie było żadnego reżimu, było natomiast rozległe Państwo Podziemne walczące z niemieckimi nazistami. Reżimy były natomiast na Węgrzech i na Słowacji. Słowackie państwo zapłaciło otóż kolejom niemieckich nazistów za transportowanie słowackich Żydów do komór gazowych w Auschwitz, zaś Węgry były sprzymierzeńcem nazistowskich Niemiec. I to z Węgier wywieziono najwięcej Żydów do komór gazowych w Auschwitz, bo około 400 tysięcy. I to nie w Polsce, a na Węgrzech działali oficjalnie Strzałokrzyżowcy, organizacja faszystowska i antysemicka, której członkowie bardzo ochoczo uczestniczyli w zaganianiu do bydlęcych wagonów jadących do Auschwitz węgierskich Żydów.

Podając rękę Orbanowi premier Netjaniahu powinien wiedzieć, komu tę rękę podaje.

Krzysztof Pipała