Polski pacjent

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Polski pacjent w Stanach Zjednoczonych to pacjent uwielbiany przez personel medyczny. Jesteśmy mili, czyści, grzeczni, przynosimy czekoladki i ciągle chcemy dawać łapówki. Tak nas widzą służby medyczne. To miłe, a nawet bardzo miłe, bo ciagle słyszałam, że Polaka zagranicą to widzą jako pijaka. Będąc Polką jest mi więc miło słyszeć inne opinie. My naród taki trochę złośliwy i zazdrosny, żyjący w myśl zasady „niech sąsiadowi się powodzi, ale nie lepiej niż mnie”, a tu proszę, takie miłe zaskoczenie. Bo my jesteśmy wychowani pacjenci! Ostatnio krążył w internecie filmik nakręcony w jednym ze szpitali i pokazywał zachowanie lekarza, krzyczącego na pacjenta. Przypomniały mi się różne sytuacje i doświadczenia zdobyte podczas wizyt ambulatoryjnych lub szpitalnych. Nie zapomnę jak z atakiem woreczka żółciowego pojechałam na pogotowie ratunkowe w niedzielne popołudnie. Poczekalnia była pusta, co mnie bardzo ucieszyło. Niestety, moja radość okazała się przedwczesna. Swoje w bólach odczekać musiałam, bo lekarz właśnie oglądał serial w tv. Był widocznie bardzo interesujący odcinek, bo pielęgniarka poinformowała mnie, że doktor teraz ogląda „Na Wspólnej” i niedługo się kończy. Ręce mi opadły, byłam w takim stanie, że nie miałam siły się nawet kłócić. Stąd zostałam skierowana do szpitala na ostry dyżur, gdzie czekała na mnie kolejna dawka zaskoczenia. Stwierdzono, że to atak woreczka. Podczas wywiadu przemaglowana zostałam na wszystkie strony. Co jadłam, co jadam, jak się odżywiam? Mówię w zgodzie z prawdą, że od kilku miesięcy jestem na diecie wszystko gotowane, chude itd, a dziś zjadłam jajecznicę smażoną na boczku, więc może stąd ta niestrawność i bóle, może to za ciężkie dla mnie. Pani doktor, przerwała moją wypowiedź, spojrzała na mnie z za okularów i krzyknęła patrząc spode łba: – Dieta? Na diecie? Chyba kurwa księżycowej na przytycie! Oczy całego personelu zawisły na mojej sylwetce. A ja ledwo żywa, w spodniach od dresu (bo tylko te nie cisnęły w bolący brzuch) z biustem na wolności, bo niestety, ale noszenie biustonosza przy tych bólach było niemożliwe, z bólu spocona jak szczur. Chciałam się zapaść pod ziemię ze wstydu i upokorzenia. Twarz tej kobiety mam do dziś przed oczami. Należało jej coś odpowiedzieć, nie byłam jednak w stanie ręki podnieść, a co dopiero upomnieć się o swoje. Miałam drugi raz nieprzyjemność spotkać ową panią na ostrym dyżurze, kiedy mój tato był chory. Znowu była nieprzyjemna, bezczelna i arogancka. Tym razem jednak ja byłam w pełni sił i nie dałam się zbyć. Bo o ile pijanego przywiezionego z ulicy przyjmuje się bez kolejki o tyle mój tato był odsyłany ze szpitala kilkakrotnie, mimo iż jego stan wymagał interwencji chirurgicznej. Skończyło się tak, że miejsce dla tatusia się znalazło.

Innym razem, kedy miałam może dwadzieścia dwa lata, młoda zdrowa przyszłam na umówioną godzinę z wizytą prywatną do lekarza medycyny pracy z plikiem wyników badań. Doktor przyjął mnie w salonie, w półmroku. Na „stówę” wyników badań nie doczytał – „Prosze się rozebrać, biustonosz zdjąć koniecznie, muszę cię dobrze osłuchać, bo blado wyglądasz”. Za to doktor na widok moich nagich piersi dostał zdrowych rumieńców. Kolejna przygoda z służbą zdrowia. Kontuzja nogi. Noga do gipsowania, jadę na czwarte piętro na ortopedię i słyszę od pielęgniarki: – Oj musi pani czekać, bo doktor właśnie wyszedł do domu na kolację. Innym razem musiałam czekać, bo doktor właśnie poszedł na rower – Wie pani nasz doktor ostatnio kupił rower górski i ma codziennie godzinny trening, zawsze o osiemnastej… Co tam, że tego dnia miał dyżur! Trening jest trening!

Moja koleżanka trafiła na porodówkę w niedzielę o 19, o tej porze była zmiana personelu. Przywitano ją słowami: – Nie miała pani kiedy przyjechać?! Teraz to my nie mamy czasu!

Mój znajomy pojechał z żoną na porodówkę, oboje młodzi lekarze, znający po trosze zasady panujące na oddziałach. Zmartwiony młody mąż i ojciec, przyglądający się zmęczonej długą akcją porodową małżonce, udał się do oddziałowej z prośbą o pomoc. Pyta chłopina czy da się pomóc i przyspieszyć akcję porodową (wie, że się da) na co oddziałowa nie przerywając piłowania paznokci, spogląda na niego i mówi: – Jak się da, to się da! wypowiedż zakończyła wymownym spojrzeniem na swoją kieszeń.

Pacjent przyjęty do szpitala na umówioną na prywatnej wizycie operację. Wszystko ustalone, kwotę za szybką i sprawną operację doktor podał na pierwszej wizycie. Wszystko gra. Pacjent czuje się bezpieczny, w końcu jest w najlepszych rękach. Jednego tylko nie przewidział – doktor jest na urlopie, operacje będzie wykonywał ktoś inny. Taka niespodzianka!

Moja przyjaciółka miała umówioną operację, cysta na prawym jajniku, kasa zapłacona, niemała zresztą, ale operował będzie sam profesor. Po operacji okazuje się, że jajnika nie udało się uratować. Wizyta kontrolna u profesora i pada pytanie: – A kto pani taką krzywdę zrobił? Kto panią operował? Prawy jajnik z cystą jak był tak jest, a lewy zdrowy gdzie, ja się kurwa pytam?! – krzyknął wściekły z niedowierzaniem profesor. – Pan, panie profesorze – odpowiedziała cicho. Niestety koleżanka miała podwójnego pecha, to nie profesor operował, a ktoś inny na kogo wypadło. Profesor wziął pieniądze i wyznaczył młodego lekarza. To wszystko dopiero wyszło na jaw na drodze sądowej. Ale kto profesorowi podskoczy? Ten sam, kto pacjentce odda zdrowy jajnik. Czyli nikt. Szczęście od Boga, że z jednym i to chorym jajnikiem udało się jej urodzić dziecko. Profesor jak się potem okazało słynął w lokalnym środowisku z takich niespodzianek. Dbał o młodych, na kimś się przecież muszą uczyć. Swego czasu bardzo popularne ze strony lekarzy było zdanie: „To nie Leśna Góra!” (piękny czysty i na wysokim poziomie szpital z serialu tv). No tak, bo większość naszych placówek to bardziej przypominała filmowy „Szpital na peryferiach”.

Wizyta w gabinecie onkologicznym. Pani doktor poinformowana o bólu w piersi zadaje mi pytania: – Guza ma? Nie? To po co przyszła?! Ja durna, naiwna myślałam, że w takim miejscu to lekarze powinni być delikatni i empatyczni. Ale po takich szkoleniach nie ma się co dziwić, że jesteśmy grzecznymi pacjentami. Znamy swoje miejsce w szeregu. Te przypadki, z których dziś się śmieję, nie świadczą o tym, że cała nasza służba zdrowia tak wygląda. Kij ma zawsze dwa końce. Lekarze też mają mnóstwo ciekawych historii o nas – pacjentach.