Popsuta społeczna winda

str-22-popsuta-winda

Stare powiedzenie, że każdy może być kowalem własnego losu i cudowne opowieści o bogaczach, którzy zrobili kariery od pucybuta do miliardera, szybko odchodzą w przeszłość. Teraz kariera zawodowa na wysokich szczeblach w większym stopniu zależy od pieniędzy rodziców niż od wiedzy, zdolności i pracy młodych ludzi. Chyba nie ma już naiwnych, którzy by twierdzili, że dziecko rikszarza z Indii ma takie same szanse na edukację w Yale czy Cambridge jak potomek multimiliardera Romana Abramowicza, który, to tak na marginesie, do swojego majątku wartego 12 miliardów dolarów doszedł od kradzieży pociągu składającego się z cystern z ropą naftową.

Pomarańczowy” prezydent USA też miałby pod sporą górkę, gdyby nie pieniądze zarobione przez tatusia, a potem sprytnie przekazane poprzez różne fundacje i spółki dzieciom, co, jak ujawnił kilka dni temu New York Times, stało co najmniej na pograniczu prawa i czemu obiecał się przyjrzeć z duża wnikliwością odpowiedni organ skarbowy USA. Od tej reguły są oczywiście wyjątki, ale one tylko tę regułę potwierdzają. W ostatnich dekadach wyjątki dotyczą przede wszystkim zdolnych i pomysłowych ludzi z branży IT, takich jak na przykład Mark Zuckerberg (twórca Facebooka), a których prekursorem jest „staruszek” w porównaniu z nimi, czyli Bill Gates, założyciel Microsoftu. Ale prawidłowość, że im większe pieniądze rodziców, tym większe możliwości udanej kariery popartej wcześniej edukacją w najlepszych (i bardzo drogich) światowych uczelniach, wyostrza się coraz bardziej. Aż nadto widoczną regułą staje się, że syn robotnika w większości przypadków zostaje robotnikiem, a syn lekarza lekarzem.

Na zlecenie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opracowano raport o przemieszczaniu się mieszkańców naszej planety w górę i w dół społecznej drabiny. Już sam tytuł raportu, „Popsuta społeczna winda”, jednoznacznie wskazuje, że „przepływ” nie działa tak jak należałoby oczekiwać. Raport poparty jest konkretnymi danymi. Aby obrazowo zilustrować problem, badacze sformułowali dwa terminy, które trafnie oddają analizowane zjawisko. To „lepka podłoga” i „lepki sufit”. „Lepka podłoga” odnosi się do dzieci z biednych rodzin, którym ubóstwo rodziców uniemożliwia wyrwanie się z biedy, natomiast „lepki sufit” dotyczy dzieci z majętnych rodzin, które musiałyby się mocno wysilić i napracować, by ze szczytów powodzenia spaść w otchłanie nędzy. To się oczywiście zdarza (narkotyki, alkoholizm), ale zasoby finansowe zgromadzone przez przodków tak czy owak uniemożliwiają wylądowanie w przysłowiowym kanale.

Bieda i niemożność osiągnięcia wyższego pułapu w hierarchii społecznej, maja oczywiście wpływ na całe życie takich osób, ale także na poziom gospodarki ich krajów. Im niższe wykształcenie, tym niższe zarobki, a więc niższy komfort życia i w konsekwencji także długość życia. Z przedstawionych badan wynika, że mężczyzna z wyższym wykształceniem żyje przeciętnie o 8 lat dłużej od swojego rówieśnika z wykształceniem gimnazjalnym. Większa liczba osób z niższym wykształceniem w danym kraju przekłada się również na niższy wzrost gospodarczy, ponieważ ich produktywność jest zdecydowanie mniejsza od produktywności ludzi wykształconych.

Analitycy przygotowujący raport dla OECD pokusili się zbada

, ile czasu zajmuje awans z poziomu rodziny o niskich dochodach do dochodów średnich. Wyniki nie są optymistyczne. Okazuje się, że przeciętnie pracuje na to aż pięć pokoleń potomstwa rodziny biednej, ale pomiędzy krajami są w tej kwestii dość poważne różnice. Bo na przykład w Danii awans z poziomu niskich dochodów do średnich zajmuje czas dwóch pokoleń, trzy w pozostałych krajach skandynawskich, natomiast w Wielkiej Brytanii ów społeczny awans osiąga się dopiero w piątym pokoleniu. Pewnym zaskoczeniem jest zapewne fakt, że w Niemczech proces ten jest jeszcze wolniejszy, ponieważ trwa przez aż sześć pokoleń, a na Węgrzech siedem pokoleń, co pod tym względem zrównuje Madziarów z Indiami i Chinami.

W latach 2002-2014 spośród żyjących w Polsce młodych ludzi, których ojciec był robotnikiem fizycznym, aż 40 proc. również pozostawało na tym poziomie zawodowym, natomiast tylko jedna piąta, czyli 20 proc., miało szanse awansu na kierownicze stanowisko. Jeśli natomiast rodzice zajmowali kierownicze stanowiska, to 50 proc. ich dzieci miało szanse powtórzyć ich karierę zawodowa, a jedynie w odniesieniu do 20 proc. były szanse na spadek do poziomu robotnika fizycznego. Te sytuacje wiążą się oczywiście z wykształceniem i to przede wszystkim z edukacją rodziców. Jeśli bowiem obydwoje rodzice zakończyli edukację przed ukończeniem szkoły średniej, to na mniej więcej tym samym poziomie kończą naukę ich dzieci. Aż 43 proc. spośród nich satysfakcjonuje gimnazjum, 45 proc. liceum, a zaledwie 2 proc. pnie się wyżej, osiągając tytuł magistra. Sytuacja zmienia się radykalnie, gdy przynajmniej jeden z rodziców ma wyższe wykształcenie. W takich rodzinach jedynie 7 proc. dzieci uważa, że do życia wystarczy im gimnazjum, natomiast do tytułu magistra dochodzi aż 22 proc.

Kolejne badanie analityków zatrudnionych przez OECD potwierdza tylko zasadę, że większość dzieci pozostaje na poziomie społecznym swoich rodziców. Najlepsza pod tym względem jest sytuacja w Kandzie, gdzie dzieci robotników mają mniej więcej tyle samo szans na zostanie robotnikami, co menedżerami (22 do 21 proc.). W pozostałych krajach proporcje przechylają się już wyraźnie na dziedziczenie zawodu i pozycji społecznej. W Wlk. Brytanii 30 proc. dzieci robotników pozostaje na tym samym poziomie, zaś 24 proc. osiąga pozycje menedżerską, w Niemczech proporcje wynoszą 31 do 25 proc., w Szwecji sytuacja jest znacznie lepsza (32 do 29 proc.), Polska zaś jest pierwszym krajem, w którym, pozostanie dziecka na robotniczym poziomie zawodowym rodzica przekracza poziom 40 proc., ale też poziom menedżerski ma szanse osiągnąć ten sam odsetek młodych ludzi, co w Wlk. Brytanii. Stosunkowo mało szans na awans rysuje się przed młodymi ludźmi z rodzin robotniczych w Hiszpanii, gdzie 44 proc. pozostaje na poziomie rodzica, a tylko 18 osiąga status menedżerski, na następnej pozycji są (o dziwo!) Stany Zjednoczone (44 do 18 proc.), fatalnie jest na Węgrzech (48 do 18 proc.), a już całkiem źle w Portugali, jedynym kraju, gdzie odsetek dzieci nie mających szans na awans z pozycji robotniczej wynosi aż 54 proc, a tylko 9 proc. ma szanse się wspiąć na pozycje kierownicze. W tej klasyfikacji przyszłość najatrakcyjniej rysuje się przed młodymi ludźmi w Islandii, gdzie proporcje są odwrotne w porównaniu z potoczonymi wyżej krajami. Tam młodzież pochodząca z rodzin robotniczych ma większe szanse na awans do poziomu menedżerskiego (27 proc.), niż pozostania na poziomie robotniczym swoich rodziców (17 proc.). Ale przykład Islandii trudno uznać za reprezentatywny dla inny krajów. Wyspa liczy niespełna 340 tys. mieszkańców, pięć razy mniej niż Warszawa i w tak niewielkiej społeczności zachodzą zjawiska niespotykane gdzie indziej.

W analizie dotyczącej tego, kim zostają dzieci menedżerów, nie ma żadnych niespodzianek. Zdecydowana większość z nich pozostaje na poziomie swoich rodziców, przy czym procentowo najwięcej jest ich w USA (66 proc.), zaś ponad 50 proc. dzieci menedżerów osiąga ten sam status jeszcze na Węgrzech (56 proc.), w Szwecji (52 proc.) i w… Polsce (51 proc.). W Kandzie dotyczy to 42 proc. młodych ludzi z rodzin menedżerskich. Do poziomu robotniczego najwięcej dzieci menedżerów spada w USA (21 proc.), następnie w Hiszpanii (18 proc.) i w Szwecji (17 proc.). W Polsce dotyczy to 15 proc. młodzieży, zaś najmniej w Kanadzie, bo zaledwie 7 proc.

Wniosek z przytoczonych danych jest taki, że należy trzymać się treści przysłowia: „Ucz się dziecko, ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Bo bogatych rodziców się nie wybiera. Albo są albo ich nie ma.

Hieronim Lubartowski