Popularność czasem daje w kość

sport-brodka

Rozmowa ze Zbigniewem Bródką, jednym z najpopularniejszych polskich sportowców, złotym medalistą olimpijskim z Soczi.

 

– Gdy wpisać w google Zbigniew B., nazwisko Bródka pojawia się tuż po Bońku Bartmanie i Brzezińskim. Jak pan sobie radzi z popularnością, która tak nagle na pana spadła?

– Po zdobyciu medalu olimpijskiego moja popularność wzrosła, co mnie raduje. Wierzę bowiem, że zyska na tym cała dyscyplina. Że nareszcie powstanie kryty tor i do sezonu będziemy się przygotowywać w Polsce, a nie za granicą. Hala służyłaby nie tylko naszej wąskiej grupie kadrowiczów, ale przede wszystkim młodzieży, która teraz zmuszona jest trenować na powietrzu, w średnio komfortowych warunkach.

– Jest pan rozpoznawalny i to panu nie przeszkadza. Ale tak szczerze: nie ma pan czasem dość dziennikarzy albo kibiców, którzy przy byle okazji biegną po autograf i ustawiają się do zdjęć?

– Gdy zamieszanie jest zbyt duże, grzecznie acz stanowczo wycofuję się. Ludzie muszą zrozumieć, że podczas treningu koncentruje się na swojej pracy, że czasem bywam potwornie zmęczony. Popularność jest miła, ale i uciążliwa. Rozumiem to, nie gniewam się. Taka jest cena złotego medalu. Tym bardziej, że został zdobyty w niesamowicie dramatycznych okolicznościach i jednak był niespodzianką.

– Jest pan strażakiem, ratuje pan ludzi, a media uwielbiają takie historie. Trudno sobie wyobrazić Bródkę-bohatera pracującego w banku albo w powiatowym urzędzie.

– To prawda, że Polacy darzą strażaków wielkim szacunkiem i zaufaniem. Uwielbiam tę pracę. Napędza mnie, stanowi odskocznię od monotonnych i wyczerpujących fizycznie treningów. Nie ma lepszego uczucia od tego, gdy po udanej akcji ktoś dziękuje mi za pomoc.

– Trener kadry Wiesław Kmiecik mówi, że nie byłoby Bródki-łyżwiarza bez straży pożarnej.

– Ma rację. W straży spotkałem fantastycznych ludzi. Koledzy na zmianie brali za mnie dyżury, kierownictwo ustalało grafik tak, żebym mógł szlifować formę. To wszystko działo się na początku mojej kariery sportowej, ale też krótko po tym, gdy przyjęto mnie do pracy. A przed igrzyskami w Soczi ci ludzie uwierzyli, gdy mówiłem, iż jadę tam po medal. Nie jestem panczenistą holenderskim bądź niemieckim. Żyję w Polsce i fakt, że posiadam stałą pracę i mogę liczyć na przychylność kolegów, daje mi niesamowity komfort psychiczny.

– Zdarzyło się panu brać udział w naprawdę niebezpiecznej akcji?

– Wiele razy. Jestem strażakiem jednostki ratowniczo-gaśniczej, przychodząc do pracy, nigdy nie wiem, co się wydarzy. Są interwencje błahe, ale też dużo poważniejsze. Zdarzyło się, że zginął człowiek. Ludzkie dramaty zostają w pamięci na długo, czasem na zawsze.

– A wraca pan myślami do wydarzeń z Soczi i tego nieprawdopodobnego wyścigu na 1500 metrów?

– Gdy pytają, to wspomnienia wracają. To były cudowne chwile, ale trzeba patrzeć w przyszłość. Przede mną nowe wyzwania, tym razem na mistrzostwach świata. Zdobyłem złoto na olimpiadzie, lecz nowy sezon zaczynam od zera, z czystą kartą.

– Żadnych koszmarów z Koenem Verweijem, mszczącym się za porażkę o 4,3 cm?

– Żadnych (śmiech). Może dlatego, że Holender był w korzystniejszym położeniu ode mnie? Wiedział, jaki czas musi „wykręcić”, jechał w ostatniej parze. W panczenach ma to kolosalne znaczenie.

– Wysoko ustawił pan sobie poprzeczkę. Znajdzie pan w sezonie poolimpijskim wystarczająco dużo motywacji?

– Zaraz po zdobyciu medalu byłem tak naładowany, że mogłem startować dzień i noc. Czułem moc. Pomagała świadomość, iż to nie był przypadek. Na igrzyska jechałem bowiem dobrze przygotowany, wierzyłem w siebie. Po jakimś czasie sytuacja zaczęła się zmieniać. Po pierwsze, nie spodziewałem się, iż wybuchnie tak duże zainteresowanie moją osobą i oczekiwania kibiców będą tak wielkie. Przeciętny Kowalski jest przekonany, że po Soczi życie Zbigniewa Bródki toczy się z górki. W wielu sprawach jest mi oczywiście łatwiej, ale praca, którą muszę wykonać, jest taka sama, a może i cięższa. To jednak normalne. Pretensje mogę mieć tylko do siebie (śmiech).

– Bardzo pan zapracowany. Udało się latem wyjechać choćby na krótkie wakacje?

– Typowych wakacji nie mieliśmy. Spędziliśmy za to miły, rodzinny weekend w Dziwnowie nad Bałtykiem, gdzie odsłonięto replikę mojego złotego medalu olimpijskiego.

– Znalazłem wywiad, w którym mówi pan gorzkie słowa: córki znają mnie głównie z telewizji.

– Nie będę udawał, że rozłąka to nie problem. Chciałbym mieć żonę i dzieci blisko siebie, ale to nie takie proste w życiu zawodowego sportowca. Kryty tor lodowy, którego tak się dopominamy, bardzo by pomógł, zresztą nie tylko mnie. Gdy przygotowujemy się do sezonu w Inzell, nie wsiądę po treningu w auto i nie przyjadę do domu, bo to 1000 kilometrów. Jednak żeby była jasność: nie narzekam. Wiele osób w Polsce pracuje ciężko i też widzi się z bliskimi rzadziej, niż by chcieli.

– Będzie pan namawiał córki do uprawiania sportu?

– Tak. Sport kształtuje charakter, motywuje do ciężkiej pracy, uczy pokory. Łatwiej dzięki niemu wystartować w dorosłe życie. Zobaczymy, do uprawiania jakiej dyscypliny dziewczynki będą mieć predyspozycje, co polubią. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby założyły łyżwy.

– Pana pasją jest motoryzacja, a w garażu trzyma pan całkiem szybki motocykl.

– Yamahę 600 Fazer. Przed olimpiadą nawet się do niego nie zbliżałem, nie chciałem ryzykować kontuzji. W tym roku przejechałem się raptem dwa razy, na więcej nie starcza mi czasu. Wolę wsiąść na rower i przy okazji potrenować.

– A potem są efekty. Niewielu wie, że Zbigniew Bródka to najlepszy kolarz wśród łyżwiarzy. Uczestnik zawodów MTB bądź Tour de Pologne Amatorów.

– Bardzo to lubię i chyba mam do tego smykałkę. Czasem przygoda kończy się w taki sposób (Bródka pokazuje na zabandażowany i usztywniony kciuk – red.), ale w sumie to nic groźnego.

– Spokój i opanowanie – z tych cech charakteru pan słynie. A kiedy pan wybucha?

– Hmm, raczej nigdy (uśmiech). Każdy z nas ma swoją wytrzymałość, ja jestem jednak człowiekiem poukładanym, kierującym się zdrowym rozsądkiem. Gdy czuję, że atmosfera gęstnieje albo jestem już bardzo zmęczony, robię sobie przerwę.

 

ZBIGNIEW BRÓDKA 8 października skończy 30 lat.
Urodził się w Głownie w województwie łódzkim, startuje w klubie Błyskawica Domaniewice. Przygodę z łyżwami zaczynał od short tracku, w 2008 roku przeniósł się na długi tor.
Na igrzyska do Soczi pojechał jako zdobywca Pucharu Świata na dystansie 1500 metrów.
15 lutego 2014 roku przeszedł do historii polskiego sportu. Bródka wygrał bieg na 1500 m
z czasem 1:45,006. Holendra Koena Verweija wyprzedził o 0,003 s albo jak kto woli, 4,3 cm.
Dzięki temu strażak z Łowicza został pierwszym polskim mistrzem olimpijskim w panczenach.
– Sukces ma wielu ojców i w moim wypadku tak właśnie było. Zajmująca się dwoma małymi dziećmi żona Agnieszka oraz nasi rodzice, poświęcali się dla mnie. Robili wszystko, żebym spokojnie mógł trenować – podkreślał w wywiadzie dla Super Nowości Zbigniew Bródka.
Fot.Internet