Potwór z Andów

str-26-potwor

Był pyszałkowaty, zarozumiały, szczycił się tym, co robił, ani przez moment nie poczuwał się do winy, nie czuł żalu, a tym bardziej jakiejkolwiek skruchy. Wręcz przeciwnie, był z tego dumny, ani przez moment nie uważał, że czyni zło. Powtarzał, że zawsze będzie to robić, bo tylko z tego czerpie radość i satysfakcję. Był okrutnym mordercą, tym bardziej bestialskim, że jego ofiarami były dzieci. Zamordował ich co najmniej 57, ale nie jest wykluczone, że w sumie ofiarami jego zbrodniczej działalności było około 300 dzieci, przede wszystkim dziewczynek w wieku od 8 do 12 lat. Najbardziej szokuje, że człowiek ten, Kolumbijczyk Pedro Lopez, nie przebywa w więzieniu. Jest na wolności, ale nikt nie wie, gdzie.

Zdrowy na umyśle człowiek, może się zastanawiać, być zdumionym, że można czerpać radość i satysfakcję z mordowania dzieci – uzależnionych fizycznie od silnego mężczyzny, ufnych, bo tylko w wieku dziecięcym wierzy się, że to, co mówi człowiek starszy, jest właściwe i prawdziwe, w tym także jego postępowanie. Seryjnych zbrodniarzy na drogę morderstw sprowadza zaburzona osobowość. Nie może być inaczej. Do rozstrzygnięcia pozostaje tylko kwestia, kiedy i pod wpływem czego to zaburzenie następuje. Czy w wyniku niewłaściwej krzyżówki genów, czy jest to konsekwencja przeżyć z dzieciństwa, czyli uwarunkowań społecznych, środowiskowych.

Dziś w Polsce zaczyna się wreszcie głośno mówić o pedofilii ludzi w sutannach i koloratkach pod szyją. To szczególny rodzaj przestępczego zwyrodnienia, ponieważ mają oni niczym nieograniczony dostęp do dzieci, ich bezgraniczne zaufanie i bezlitośnie to wykorzystują. Wojciech Smarzowski, reżyser filmu „Kler”, mówi o nich bandyci. I słusznie. Bo oni mordują osobowość dziecka, piętnują swoimi czynami na całe życie i to ich życie wypaczają.

Odległość między „Potworem z Andów”, a polskimi pedofilami w sutannach nie jest zbyt odległa. Zaburzanie osobowości Pedro Lopeza zaczęło się lata temu, w jego dzieciństwie. Było to dzieciństwo naznaczone seksualnym wykorzystywaniem przez pedofilów. Był molestowany i gwałcony systematycznie, więc uznał, że to norma, że tak ma być, że to normalne i naturalne dorosłych wobec dzieci. Gdy wiec dorósł, sam też zaczął molestować i gwałcić dzieci. Jeśli więc ubrani w średniowieczne szaty polscy biskupi i arcybiskupi kryją w swoich szeregach pedofilów, to znaczy, że nie mają ani wyobraźni, ani sentymentu wobec istot bezbronnych i ufnych, a także żadnej refleksji dotyczącej ich przyszłego życia, co może się z nimi i tym ich życiem stać. A dzieje się koszmar. Pedro Lopez, który czynił koszmar z ostatnich chwil życia mordowanych dziewczynek i pogrążał w rozpaczy ich rodziców, też jest ofiarą pedofilów.

Urodził się w Kolumbii, w roku 1949. Nigdy nie poznał ojca, który zginał w wojnie domowej. Matka, jak twierdził z późniejszych zeznaniach, była prostytutką i miała dwanaścioro dzieci. Zeznawała, że w wieku 8 lat Pedro został porwany, on sam mówił, że wyrzucono go z domu. Trudno dojść, jak rzeczywiście było i z jakiej przyczyny znalazł się na ulicy. Wylądował w stolicy kraju, Bogocie. Dołączył do młodzieżowego gangu i przyjął jego brutalne metody postępowania. Oczywiste było, że sięgnie po narkotyk i tak też się stało. Była nim bardzo szkodliwa, brudna odmiana kokainy. Podobno właśnie wtedy został po raz pierwszy zgwałcony przez dorosłego mężczyznę, który zwabił go do domu obiecując ciepły posiłek i nocleg w czystej pościeli.

Trzy lata po zniknięciu z domu trafił do sierocińca. Media nie podają, czy personel sierocińca był świecki, czy prowadziły go osoby duchowne. W udzielonym po latach wywiadzie mówił, że był tam molestowany seksualnie przez jednego z wychowawców. Miał wtedy 12 lat, uciekł z sierocińca i z powrotem wylądował na ulicy. Kolejne lata jego życia to wymuszenia, rozboje, kradzieże. W wieku 20 lat trafił do więzienia za kradzież samochodów. Po zaledwie dwóch dniach został zgwałcony przez dwóch starszych więźniów. Wykradł ze stołówki nóż i ich zabił. Władzom więziennym wyperswadował, że dokonał tego w obroni własnej. Dano jego słowom wiarę. Po dwóch latach w więzieniu, wyszedł na wolność.

Być może właśnie wtedy nastąpiła u niego kumulacja zbrodniczych skłonności i zabijaniem postanowił mścić się za to, co spotkało go w dotychczasowym życiu, a nigdy nie spotkało go przecież cokolwiek dobrego. Przerażający motyw odreagowania krzywd, tym bardziej wynaturzony, że mszcząc się, zabijał małe dziewczynki z ubogich rodzin. Nigdy nie były to dzieci rasy białej, aby, jak mówił, nie zwracać specjalnej uwagi. Nie używał przemocy, zawierał z dziewczynkami znajomość pytając o drogę albo obiecując różne drobiazgi. Często spędzał ze swoimi ofiarami wiele godzin, by zabić dopiero po zgwałceniu.

Trudno w to uwierzyć, ale nie niepokojony zabijał przez 9 lat, pozostawiając za sobą groby małych dziewczynek w Kolumbii, Peru i Ekwadorze. Został aresztowany dopiero w 1980 r. w Ekwadorze. Policjanci nie wierzyli początkowo jego opowieściom. Uwierzyli gdy zaczął im wskazywać groby swoich ofiar. W 1999 roku dziennikarzowi pisma „National Examiner” udało się nakłonić Lopeza do rozmowy. Podczas rozmowy powiedział, że jego ofiarami nie były przypadkowe dzieci. Wybierał dziewczynki o „szczególnym wyrazie twarzy – niewinności i piękna”. Opisywał też okoliczności, w jakich mordował swoje ofiary. Nigdy nie robił tego w ciemnościach, bo „W ciemności wszystko szłoby na marne – usiałem patrzeć na nią w blasku dnia. Moment śmierci jest poruszający i ekscytujący. Tylko ci, którzy zabijają, wiedza naprawdę o czym mówię. Jestem człowiekiem stulecia. Nikt nigdy o mnie nie zapomni”.

Na pytanie, dlaczego na swoje ofiary wybierał dzieci odpowiedział: „To jak z jedzeniem kurczaka. Po co jeść starego, skoro można jeść młodego”.

Potwor z Andów” zaprowadził policjantów do grobów 57 swoich ofiar. Miał niesamowitą pamięć. Bezbłędnie wskazywał miejsca, gdzie zakopał swoje ofiary, potrafił też dokładnie opisać wygląd dziewczynki, którą w danym miejscu zamordował. Wskazał groby swoich ofiar w aż 11 prowincjach Ekwadoru, a potem przyznał się do zamordowania kolejnych 240 dzieci. Odmówił jednak współpracy z policją i wskazania, gdzie je pogrzebał.

W Ekwadorze skazano go na 16 lat więzienia za gwałt i zamordowanie 110 ofiar. Przechwalał się, że i tak wyjdzie szybciej na wolność za dobre sprawowanie i że będzie nadal zabijał, bo, jak mówił, jest to jego misja. I rzeczywiście tak się stało. Opuścił więzienie w 1994 roku, dwa lata przed upływem zasądzonej kary.

Wiadomość o zamiarze opuszczeniu przez niego przedwcześnie więzienia wywołała ogromne wzburzenie społeczne. Obawiano się linczu, przewidywano, że na wolności Lopez nie przeżyje nawet jednego dnia. Ale policja znalazła na to sposób. Godzinę po zwolnieniu został ponownie zatrzymany, tym razem za brak dokumentów i szybko deportowano go do Kolumbii, której był obywatelem.

W kraju swojego urodzenia został równie szybko osądzony i skazany, ale już w więzieniu został poddany badaniom psychiatrycznym. Specjaliści stwierdzili, że jest niepoczytalny więc po przymusowym leczeniu… wypuszczono go na wolność. I zniknął. Nikt go już więcej nie widział.

PS. W 2002 roku doszło w Kolumbii do morderstwa, które łączono z osobą Pedro Lopeza, jednak nie udało się wykryć sprawcy. Są tacy, którzy uważają, że „Potwór z Andów” gdzieś żyje. Są też tacy, którzy dopuszczają myśl, że mógł zostać wytropiony przez rodziców zamordowanych dziewczynek, którzy pomścili ich śmierć.

R.S.

Robert Suliński