Praca szuka człowieka

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Największym problemem w prowadzeniu własnego biznesu, a tych miałam w życiu kilka, byli pracownicy. Znaleźć człowieka do pracy pomimo ogromnego bezrobocia zawsze było trudne. Na ogłoszenie w Internecie odpowiadało zawsze kilkaset osób, jednak nie było kogo zaprosić na rozmowę kwalifikacyjną. Mnóstwo osób odpowiada na ofertę pracy nie mając pojęcia o jaką pracę się stara. Zdjęcia załączane w cv, to temat na kolejny artykuł. Często zdarzały się półnagie. Nie zapomnę jednego z listów motywacyjnych. Z racji tej, że nazwa firmy pochodziła od mojego nazwiska rodzaju męskiego, a ludzie nie zadają sobie trudu aby wejść na stronę internetową firmy, żeby się czegokolwiek dowiedzieć, jedna kobieta napisała list motywacyjny pisząc: „zrobię wszystko czego Pan zechce”. Popłakałam się ze śmiechu.

Niektórzy na rozmowie stawiali warunki i chwalili się jak to z poprzednim pracodawcą trafili do sądu pracy albo nasyłali mu wszelkie możliwe kontrole. Każdy normalny pracodawca przecież omija takich pracowników.

Jedna panią dostałam z polecenia, a właściwie to znajoma poprosiła mnie abym przyjęła jej koleżankę, bo bardzo potrzebuje pracy. Dojrzała kobieta dobrze po czterdziestce, miła, doświadczona, dzieci dorosłe. Idealny pracownik do biura, a przynajmniej tak mi się wydawało. Niestety nie przetrwała nawet tygodniowego okresu próbnego. Pani wyszła z założenia, że sama sobie będzie regulować godziny pracy. Pierwszego dnia się spóźniła, drugiego bardzo spieszyła się do domu, a trzeciego o godzinie 11 dostałam SMS, że się spóźni. Nie wspomnę, że powinna być w pracy od godziny 9, a po drugie wiedziała, że ja rano jestem u notariusza w związku z podpisywaniem umowy. Nie przeszkadzało jej, że biuro jest zamknięte. Zjawiła się koło południa, beztroska, uśmiechnięta wracała od fryzjera. Ręce mi opadły. Przecież nie będę wychowywać starej baby. Ja również przywitałam ją uśmiechem, choć w środku się gotowałam. Wręczyłam jej pieniądze za przepracowane dni i podziękowałam. Była bardzo zaskoczona – Jak to? Dlaczego?

Kolejną „artystka” była emerytka, która chciała dorobić. Młoda, bo po czterdziestce, ale w jej zawodzie tak młodo odchodziło się na emeryturę. Byłam zachwycona, że w końcu mam odpowiednią osobę. Moje szczęście nie trwało jednak długo. Okazało się, że pani najlepiej czuła się w roli mojego osobistego kierowcy. Ja niestety nie szukałam szofera tylko pracownika biurowego. Ona w kółko powtarzała: „szefowi, szefowi…” i wyrywała mi teczkę z papierami z dłoni. Czułam się jak idiotka. Niestety nic więcej nie umiała robić. Na polecenie wysłania ogłoszeń do gazety i uaktualnienia strony www usłyszałam, że od takich rzeczy to ona całe życie miała ludzi. Nie umie nawet tego zrobić. Tego się boi, a na tym się nie zna…. Szybciutko musiałyśmy się pożegnać.

Kolejna gwiazda była nie do przebicia. Młoda, po studiach, bardzo sympatyczna. Miałam nadzieję, że to jest odpowiednia osoba. Trzeba czasu, żeby się wdrożyła. Jakaś taka lekko nieobecna na początku. Zwaliłam to na stres, w nowej pracy. Po dwóch tygodniach zaczęłam się zastanawiać czy ona czegoś nie bierze. Była jakby w innym świecie. Jak przyszła do pracy w prześwitującej mini i z wyzywającym makijażem, padłam. Sukienka była tak fajna, że pod światło miałam dziewczynę jak ją Pan Bóg stworzył. Grzecznie wytłumaczyłam, że nie wypada, że nie mam ochoty oglądać jej koronkowych majtek. Kiedy szła z klientem po schodach wracając z oglądania mieszkania to myślałam, że chłopu się jajka potłuką w portkach. Niestety nie mogłam sobie na takie rzeczy pozwolić w miejscu gdzie ludzie przychodzą zainwestować dorobek życia. Musiałyśmy się rozstać.

Były i takie osoby, które potrafiły zostawić otwarte biuro i pójść z pupilem do weterynarza. Wystarczyło zadzwonić i zapytać, przecież jest coś takiego jak urlop na żądanie. Niestety trzeba myśleć, a z tym ludzie miewają problem. Potem było milion wymówek, że to czy tamto nie zrobione, bo czasu za mało, a pracy za dużo. Ale nic nie stało na przeszkodzie, aby w tym samym czasie ze służbowego telefonu pisać do koleżanki wiadomości jak np. „nudzę się”.

Pojawił się nawet osobnik płci męskiej. Doszłam do wniosku, że skoro z kobietami same problemy, to lepiej niech rodzą dzieci i siedzą w domu. Facet okazał się strzałem w dziesiątkę, bystry, stanu wolnego… Taka mała wada przekreśliła nasza współpracę. Nałogowo grał w coś tam w Internecie. W życiu bym na to nie wpadła tylko, że czasami urzędował na moim komputerze. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy chciałam przygotować dokumenty do umowy na następny dzień, a tu jakieś świństwo zainfekowało komputer. W nocy na gwałt szukałam fachowca, naprawił, tani nie był. Na koniec pouczył mnie, żebym więcej nie grała na takiej i takiej stronie, bo mogę zepsuć kompa. Wściekłam się! Dałam ostrzeżenie, wytłumaczyłam. Gdzieś musiałam na chwilę z klientem pojechać. Wracam, a on znowu na moim kompie. Ja „wisiałam na telefonie” z klientem i potrzebowałam czegoś pilnie z komputera, podchodzę, a tam w najlepsze rozgrywa się partyjka pokera. Spojrzałam tylko na monitor i na niego i powiedziałam: „Dziękuję za współprace”…

Nie miałam pojęcia, że tyle osób po studiach nie umie poprawnie pisać, obsługiwać urządzeń biurowych, wykonać telefonu. To jakaś plaga dzisiejszych czasów. Wszyscy rzecz jasna chcieli dobrze zarabiać. Na szczęście trafiały się też osoby, z którymi pracowało się super. Uczciwe, zdolne, chcące się uczyć. Pracować z takimi ludźmi to czysta przyjemność. I miałam to szczęście do wieloletnich wspaniałych pracowników.