Przy Wajdzie nauczyłem się wszystkiego

str-12-przy-wajdzie

Z wybitnym scenografem filmowym, Allanem Starskim, podczas Jego pobytu w Vancouver na 8.VPFF, rozmawiał Krzysztof Pipała

str-12-starski– Na początek banał – jak to się stało, że został Pan scenografem?

– Zaważył na tym z pewnością fakt, że mój ojciec, Ludwik Starski, był uznanym scenarzystą. Miało to bezpośredni wpływ na to, kim jestem. Nie stałem się scenografem drugiego pokolenia, ale od zawsze interesowały mnie sztuki plastyczne, rysowanie czy projektowanie. Pomimo nieukończenia Wydziału Scenografii tylko Wydziału Projektowania Wnętrz na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, to rodzinny dom filmowy, w którym się wychowałem, ukierunkował mnie w stronę filmu, a ojciec wydatnie pomógł mi się „zaczepić”.

– Najbardziej znaną nagrodą jaką Pan otrzymał jest z pewnością Oscar za pracę przy filmie Stevena Spielberga „Lista Schindlera”. Ale czy Pan sam uważa, że jakieś inne pańskie dzieło było lepsze?

– To ciekawe pytanie i jak się tak zastanowić to być może tak. Dużo satysfakcji dała mi praca przy „Dantonie” Andrzeja Wajdy. Ale chyba jeszcze więcej wysiłku musiałem włożyć w „Oliviera Twista”, który zrobiłem z Romanem Polańskim. Tak – „Oliver Twist” dał mi najwięcej satysfakcji. Polański był wielką inspiracją, bo nie chciał tylko zekranizować „Olivera Twista”, ale także pokazać Anglię przechodzącą od okresu swojej świetności do czasu rewolucji przemysłowej. Razem z operatorem i kostiumologiem przestudiowaliśmy obrazy i szkice miasta z epoki. Ustaliliśmy paletę kolorów, aby stworzyć jednolitą atmosferę i wizję filmu. Rekonstrukcja ulic Londynu w studiu w Czechach była fantastycznym doświadczeniem. Mieliśmy do dyspozycji 40.000 m², na których musieliśmy zmieścić ulice i alejki, niekiedy z różnych części miasta. Główna arteria komunikacyjna, nazwana przez nas King Street, była elegancką ulicą, pełną luksusowych sklepów. Zbudowaliśmy także więzienie Newgate, którego nie widziałem wcześniej w żadnym filmowym „Oliverze Twiście”. Do dzielnicy biedoty z prostą ceglaną zabudową wiedzie niewielka uliczka. Tamtejsze domy połączone są pomostami, tworząc sieć magazynów portowych. To naprawdę było niezapomniane przeżycie.


– Wracając do „Listy Schindlera”. Ten film stał się jedną z najważniejszych produkcji w historii kina. Jak do tego doszło, że do prac nad filmem Steven Spielberg zaprosił właśnie Pana?

– Steven Spielberg był reżyserem bardzo zapracowanym, ale z pewnością znajdował czas na oglądanie produkcji nie tylko amerykańskich, ale także tych spoza USA. Niewątpliwie znał moje poprzednie filmy, które stworzyłem z Andrzejem Wajdą czy Agnieszką Holland. Oglądał także film, który zrobiłem dla amerykańskiej telewizji BBC „Ucieczka z Sobiboru”, i który pomógł mu podjąć decyzję. Od samego początku znał mój dorobek artystyczny i mógł go poddać ocenie. Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w Krakowie, we wczesnym etapie przygotowawczym, kiedy Spielberg nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji o tym, kto powinien zająć się scenografią do filmu. Domyślam się, że dopiero po naszej wspólnej turze, w trakcie której jeździliśmy po mieście i oglądaliśmy ewentualne miejsca do zdjęć, zdecydował, że chciałby, abym to ja zajął się scenografią do jego filmu.

– Współpracował Pan z uznanymi polskimi reżyserami, między innymi Krzysztofem Kieślowskim, Januszem Zaorskim, Agnieszką Holland, Romanem Polańskim czy Władysławem Pasikowskim. Ale przede wszystkim pracował Pan z Andrzejem Wajdą, z którym zrobił Pan najwięcej filmów. Czy należy przypuszczać, że to pański mentor?

Najprościej mówiąc przy Wajdzie nauczyłem się wszystkiego. Wszystkie pierwsze filmy zrobiłem właściwie z Andrzejem, a było ich aż czternaście. Były to przeróżne filmy i te historyczne, i współczesne, i te o ostrym pazurze politycznym. Zrobiłem także filmy, które tworzyły pewnego rodzaju nastrój i starały się uchwycić jakieś wspomnienia. Takim filmem bez wątpienia były np. „Panny z Wilka”.

– Komu Pan więcej zawdzięcza, Wajdzie czy Szpilbergowi?

– Jednemu i drugiemu. To nie jest tak, że człowiek znikąd wskakuje na rynek zagraniczny. To powolny proces, Dzięki pracy z Wajdą zrobiłem „Listę Schindlera” , dzięki Spielbergowi mogłem tworzyć produkcje w USA, no i wreszcie mogłem tworzyć amerykańskie kino również w Europie. 

– Wielu widzów uważa, że jeśli niespecjalnie zastanawia się nad scenografią to jest dobrze, podobnie jak w przypadku sędziego piłkarskiego – jeśli nie rzuca się w oczy to znaczy, że był dobry.

– Coś w tym jest, ale jednocześnie scenografia jest wszystkim, w czym aktor się porusza. Jest dramatem, uzupełnia to, co reżyser chce powiedzieć przez aktorów. Mieszkanie głównego bohatera w “Hannibalu” pokazuje jego obsesję anatomii i okrucieństwa. Widać w nim jego fascynację sztuką japońską. Scenografia jest jak plakat, buduje charakter postaci. Często pojawia się na chwilę w planie ogólnym, bo kamera podąża raczej za twarzą bohatera i skupia się na jego emocjach. Dlatego często jest dużo intensywniejsza niż w rzeczywistości, czego widz zresztą właśnie nie zauważa. Obóz w „Liście Schindlera” nie został nakręcony w oryginalnym miejscu. Dlaczego? Bo po latach otaczające go oryginalne klify i skały złagodniały, nie miały takiego dramatycznego wyrazu. Dlatego znalazłem ciekawsze miejsce. A np. ulica do „Pianisty”, którą postawiłem w Babelsbergu była potem  wielokrotnie używana, często bez żadnych zmian! Choć czasem była także wykorzystywana twórczo, jak w filmie Tarantino „Bękarty wojny” , gdzie scenograf zmienił jej wygląd i dobudował kino. Oczywiście, mimo problemów powstają co pewien czas dobre,  „scenograficzne” filmy.

– I na koniec pytanie, które mnie zawsze nurtowało – kto wymyślił szklanki na łańcuchu, które mogliśmy zobaczyć w filmie „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Pan czy scenarzysta?

– Mówiąc szczerze nie pamiętam, czy do filmu przyniósł to Bareja czy Tym. Ale pomysł pochodził z życia. Wpadł na niego podobno jeden z pracowników PSS Społem, który zajmował się właśnie saturatorami. Na ich wyposażeniu były szklanki, tzw. musztardówki. I te szklanki wciąż ginęły – robotnicy zabierali je do wódy. Pracownik wpadł więc na pomysł i „uwięził” szklanki łańcuchem. Wiem, że było to nawet tematem jakiegoś reportażu zachodniej telewizji, której reporterzy zrywali boki ze śmiechu. Codzienna rzeczywistość PRL-u do dzisiaj potrafi zadziwić.