Remont trwa!

lady-bunia

Sobota miała być spokojna. Obiecałam sobie zacząć to nieszczęsne pakowanie. Słoneczny poranek, kawka w łóżeczku. Nigdzie się nie spieszymy, pełen relaks. Jeden telefon zmienił wszystko. Stanęliśmy na równe nogi. Ekipa z zielonego jeepa montuje kuchnię i… upss, mają problem. Wyskakujemy z łóżka na równe nogi. Nie ma nawet już czasu na śniadanie, upięknienie się i takie tam inne. Musimy jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Po przyjeździe zastajemy częściowo zamontowane szafki w kuchni i informację, że zabudowa na drugą ścianę jest zła. Szafki, te które stoją na podłodze są ok, górne natomiast mają zupełnie inne rozmiary! Nikt nie wie o co chodzi, ja wiem! Kazałam ściągnąć na miejsce chińskiego BOSSA od Małej Suchej. Już ja mu tu kurna pokażę! Panowie nie ustawiają i nie montują, bo się nie zgadza. Ja wiem, że Mała Sucha zawaliła, zmieniała projekt, bo nie były dostępne dolne szafki w takim rozmiarze. Zmieniła więc na mniejsze, na co ja się zgodziłam. Tylko nie wpadła już na to, że automatycznie powinna zmienić rozmiar górnych szafek. Naprawdę miałam tę nację za inteligentnych ludzi, a moje dotychczasowe doświadczenia mówią co innego. Muszę na chwile wyjść, Chińczyk ma na mnie czekać. Wracam i mijam się z dziadem przy windzie, on wraca z moimi szafkami. O nie nie, kochaniutki, te ci oddam jak przyniesiesz nowe! Będę czeka

do wiosny albo na następny kontener z Chin którego jeszcze nawet nie pakują. Co robisz? – pytam. – Zabieram, bo oni mówią, że złe. Z racji bariery językowej konwersacja jest bardzo trudna. Słabo znam język, a juz to ich „ptasie radio”, tego się nie da zrozumieć. Jego uśmiechnięta gęba i to, że wszystko jest dobrze doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Gość zrobił złe meble i mówi mi, że jest ok! Czy ja wyglądam na taka aż idiotkę? Są ok? – To zanieś te meble do mieszkania, ustaw w kuchni i pokaż. Jednocześnie patrzę na te szafki i myślę: kurcze, węższe będą kiepskie, będą bardzo nieustawne. Może nie widać, ale moja głowa pracuje na pełnych obrotach. Chiński boss nie chce wnosić mebli, bo ciężkie, a nikt mu nie chce pomóc. Nie dziwię się, bo wszyscy na Niego wściekli. Z bólem w dupie wniósł, mój mąż mu pomógł. Hmm… dobrze nie jest, ale dramatu nie ma. Walczę sama ze sobą, co wybrać perfekcyjny wygląd mojej kuchni czy funkcjonalność? Każdego dnia kiedy spojrzę będę się wściekać! Ale ile więcej porcelanowych zastaw zmieszczę? A na tym punkcie mam świra. – Ok, niech zostaną – myślę w duchu. W tym momencie czar mojej ugody pryska. Bo ten mały – wielki chiński boss tym swoim śpiewającym głosikiem wpiera mi, że jest idealnie, że tak miało być. On nic nie zepsuł. Kurna, trzeba mieć tupet żeby w żywe oczy tak komuś ciemnotę wciskać! Jego siła spokoju i ten beztroski uśmiech doprowadziły mnie do szału. Nie wiedziałam, że tak dobrze mówię po angielsku. Poszło jak z karabinu maszynowego! Darłam się na cały budynek, aż nagle wszedł mi w słowo i zaczął wpierać swoje, mi brakło słowa, zacielam się, stop! To zdenerwowało mnie jeszcze bardziej, ta bezsilność, więc skoczyłam do chłopa z rękami i krzyczę po polsku: – „Ja ci tu dzisiaj sukinsynu, oszuście wpier….!” Kątem oka widziałam tylko, że mój mąż zbladł i zaniemówił, zrobił krok w tył. Próbował po chwili mnie uspokoić. – „A ty się kur.a nie odzywaj!” – rzuciłam w jego stronę. Ekipa z zielonego jeepa uciekła, rozpierzchli się po pokojach. Chińczyk mnie uspokajał. Kiedy ochłonęłam pytam go: – „Jeżeli zgodzę się zatrzymać te nieudane meble to ile dostanę rabatu?”. Zdziwił się nie, że chcę je zostawić tylko, żee chcę rabat. W międzyczasie zobaczyłam, że fronty w szafkach są uszkodzone, niektóre niedomalowane. Moze komuś by to nie przeszkadzało, ja niestety zwracam uwagę na detale. Wojna zaczęła się na nowo, dostałam białej gorączki. Do jasnej Anielki, płacimy za meble niemałe pieniądze, to wymagam, żeby były w idealnym stanie. Nie kupujemy kuchni za grosze, żeby machnąć ręką i się nie przejmować. Mówię do bossa: – „Bierz te meble i wypierniczaj, kasę oddaj, pójdę gdzie indziej. Jakoś udało się nam dojść do porozumienia, wszystkie uszkodzone fronty zobowiązał się wymienić. Następnego ranka miał być i wymienić oraz przysłać gościa na pomiar blatu. Blat oczywiście miał być gotowy tego samego dnia. W poniedziałek od rana warowałam pod blokiem w oczekiwaniu na Chińczyka i sprzęt AGD. Do dziesiątej nikogo nie było, stwierdziłam, że pójdę na górę zobaczyć co porabia ekipa z zielonego jeepa. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy zastałam zamknięte mieszkanie. Nikt dziś nie pracuje. No to mam odpowiedź na pytanie dlaczego nasz remont tyle trwa. Zagotowałam się! Zadzwoniłam po naszego Stefana. Przyszedł lekkim zrelaksowanym krokiem i poinformował mnie, że mają wolne, bo nie mają co robić. Trzymajcie mnie! Nic nie jest skończone, a oni nie mają co robić. Ręce mi opadły. Stefan zadzwonił do bossa z pytaniem o gościa od blatu. Będzie za 15 min. Ok. Stefan poszedł celebrować dzień wolny, a ja usiadłam w kuchni na wiaderku i czekam. Godziny mijają i nikogo nie ma. Gość od blatu, stoi w korku, za godzinę niby jedzie z Bronxu, za dwie jest nieopodal a o 5 okazuje się, że ma dziś wolne. To jest niepoważne! Moja córka wzięła Małą Suchą w obroty i nawrzucała jej równo! AGD nie dojechało, bo jak się okazało mają awarię systemu komputerowego. W międzyczasie z pomocą przyjeżdża Krzysiek i prostuje towarzystwo przez telefon. Nagle przyjeżdża jakiś Chińczyk od bossa, hurrra zabierze fronty do wymiany. Taki silnie radosny dziadek, który zamiast chodzić to biega. Wygląda pociesznie, mały, chudy, przygarbiony i biegnie jakby go kto gonił. Coś przyniósł, ale sam nie wie co i po co. Pokazuje mi na migi żebym coś podpisała. Ja nie wiem co to? Krzysiek dzwoni do Małej Suchej i prosi żeby gość zrobił spis frontów do wymiany. Ona twierdzi, że żadnej wymiany nie będzie, wiec znowu dym. Ja z dziadeczkiem jestem w kontakcie wzrokowym tzn. nie spuszczam z niego oka. On zaś każe mi podpisać, bo się spieszy, a auto ma na zakazie. Nie potrafię być już dla nich miła, mowie mu, że to nie mój biznes. Spoglądam na Krzyśka, a w tym momencie dziadeczek korzystając z okazji, że na niego nie patrzę w sekundzie ucieka. Biegusiem. Byłam pewna, że poszedł przeparkowa

auto, ale do dziś nie wrócił. Więc dzień stracony, dniówka przepadła, nic nie załatwiłam. Szlag mnie chce trafić, chce mi się płakać z bezsilności. Następnego dnia rano zjawia się gość do pomiaru blatu. Na pytanie czy na jutro blat będzie gotowy? Spojrzał na mnie jak na idiotkę i mówi, że za tydzień! Mam ochotę rozszarpać bossa. W międzyczasie znaleźliśmy fachowca do cyklinowania podłóg. Pogodziliśmy się z faktem, że trzeci z rzędu miesiąc opłacamy dwa mieszkania. Po tygodniu dotarł blat na miejsce. Chińczycy autentycznie nie potrafią się kompletnie zachować i nie myślą. Postawili blat na naszym pietrze, blokując jednocześnie drzwi wejściowe sąsiadowi. Na nieszczęście ten akurat naszedł i zrobił wielka awanturę. Przepraszałam chłopa i wstydziłam się za osłów. Co wcale im nie przeszkadzało, żeby zabrać gościowi wycieraczkę celem podłożenia pod blat i sunięcie go po podłodze. Na litość boską! Nie wytrzymałam wyrwałam im tę wycieraczkę, odłożyłam na miejsce. Zamontowali, w tym samym czasie wpadł boss po fronty. Potrzebował do tego trzech pracowników. Nie powiedział mi nawet dzień dobry, ba nawet na mnie nie spojrzał. Obrażony, bo dzień wcześniej nie przystałam na jego propozycję nie do odrzucenia. Spotkał się ze mną w mieszkaniu, celem policzenia frontów. Jakby nie patrzył piętnaście sztuk do wymiany. Kombinował jak umiał. Pierwszy zarzut – za dużo, drugi – to uszkodzili twoi pracownicy. Tym razem ja byłam spokojna, a jego nosiło, mówi do mojego syna, że jestem upierdliwa i czepiam się drobiazgów. Oczywiście zrozumiałam i dałam mu do wiwatu. Sześć razy kazał sobie pokazywać każde uszkodzenie. Nie wytrzymałam i mówię mu: – „Jak chcesz to obejrzę każdy front jeszcze raz dokładnie, a wtedy więcej będzie do wymiany!” To on ma dla mnie propozycję nie do odrzucenia. Fronty zostają, a ja nie muszę juz nic dopłacać. Patrze jak na głupka. – To jest dobry deal – przekonuje mnie. Tysiąc siedemset dolarów zostało do zapłacenia i ja już nic nie chcę. Rozbawił mnie do łez, ma mnie za idiotkę i do tego sklerotyczkę. Mowie mu więc ze stoickim spokojem słuchaj: – „Tysiąc siedemset minus 200 za uchwyty na które mam paragon i masz mi zwrócić, minus 200 dla moich pracowników za to ze musieli dwa razy wieszać szafki przez ciebie, 600 ostatni rabat jaki mi dałeś. To jest razem 1000 więc zostaje do zapłaty 700. Ty myślisz, że za 700 dolarów się pozbędziesz kłopotu? Z przyjemnością dopłacę resztę pieniędzy, a ty masz wymienić fronty! On nagle nie wie czy fabryka uwzględni? Nie mój biznes! A tak w ogóle to są produkowane w Chinach i dlatego taka jakość. – „Chłopie jak przyszłam do ciebie pytałam o jakość i zapewniałeś mnie, że pierwsza klasa. Guzik mnie obchodzi kto i gdzie je robi, zmień dostawcę”. Dopiero kiedy usłyszał, że ja w Polsce sprzedawałam meble i wiem co to gwarancja. Powiedział ok, wymienię i nie chce juz żadnych pieniędzy, chce to już skończyć. Na chwilę obecną fronty zabrane, Chińczyk był z nimi w fabryce (nagle ta fabryka jest na miejscu), będą nowe tylko nie mieli wszystkich dostępnych. Za tydzień ma być wymiana na nowe. Ciekawe co wymyśli tym razem. Podłogi zrobione, schną.W poniedziałek wkracza ponownie ekipa z zielonego jeppa, zrobić to co im zostało. Trzymajcie kciuki, bo cierpliwości mi już brak.