Remont

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Tak jak urokiem wakacji jest podróż, tak urokiem kupna nieruchomosci jest REMONT! Wszystko było dopięte na ostatni guzik, a przynajmniej tak się nam wydawało. Z naciskiem na wydawało! Dostaliśmy klucze, Misiek wziął urlop na akcję DEMOLKA. Zostało jeszcze tylko złożyć dokumenty na pozwolenie na remont, czysta formalność. Jednak Ameryka jest wielka i biurokracja też jest tu wielka. Jeden papier do złożenia. Jak mawia moj mąż „wszystko pochytane”. Pojechał do biura, a tu niespodzianka, dostał plik dokumentów do wypełnienia. Wypełnione migiem i co? I zonk, właściwa osoba na urlopie, mało tego godziny i dni urzędowania mocno ograniczone. Jednym słowem urlop zamiast na demolkę został wykorzystany na bieganie z papierami. Na wszystko potrzebna licencja i ubezpieczenie, a dopóki nie ma zgody, nie wolno wbić jednego gwoździa. Kolejny tydzień wolnego, już nie urlopu przeznaczony na demolkę. Ekipa trzyosobowa w myśl zasady w rodzinie siła. Mąż, syn i teść. Teść cały poprzedni tydzień wydzwaniał czy już? Rwał się chłopina do roboty okropnie. Ja mówiłam mężowi, zatrudnij kogoś do demolki, bo nie dacie rady. Ale w życiu mnie nie posłucha, co durna baba wie na temat demolki i remontu? Nie takie rzeczy się robiło. Jak dla mnie pomocnicy w postaci nastolatka i dziadka siedemdziesięcioletniego to więcej zawracania przysłowiowej dupy jak pomocy. W tzw. międzyczasie szukanie ekipy remontowej. Tu lekki dramat – nie dosyć, że wszyscy zajęci to jeszcze ceny kosmiczne. Najlepsze wyjście ściągnąć kogoś z Polski tylko nie ma kogo. Jest ekipa, przy pomocy znajomego namierzona. Kosztorys zakresu prac budowlanych ciągle za duży. Wybiła godzina zero, jest pozwolenie – demolkę czas zacząć. Rankiem mają się spotkać na miejscu. Tuż przed wyjazdem telefon od teścia: „Wiesz ja jednak nie przyjadę, najpierw muszę iść do lekarza na badania czy ja mogę czy się nadaję? Nie pomogę.” Misiek wściekły! Ja nie jestem zaskoczona. Nawet mnie to cieszy, bo nie daj Boże dziadek by zasłabł to dopiero byłby problem. Walczą we dwóch, następnego dnia biorą pomocnika. Dają rade, młody wraca i pada. Prysznic i śpi o ósmej jak dziecko. Po kilku dniach już ma dość. Mówi do mnie: „Mamo chcę żeby juz się zaczęła szkoła”. Jestem szczerze zdziwiona, kto marzy o końcu wakacji? „Dlaczego synu?” „Bo wolę iść do szkoły niż na to mieszkanie, gniewasz się?” Uśmiecham się do siebie: „Nie synku, cieszę się bardzo, że nie podoba ci się ciężka, fizyczna praca. Jak się będziesz uczył to będziesz robił to co lubisz, w przeciwnym razie budowa!” Myśle, że to jest dla młodego najlepsza motywacja do nauki. Starzy mogą opowiadać bajki o ciężkiej pracy, a dzieci i tak nie wiedzą o czym mówimy. Jak się przewali dwie i pół tony gruzu w jeden dzień to się wie co to praca, tym bardziej w czasie kiedy koledzy na instagramie dają focie z wakacji. Wszystko wydaje się być ogarnięte. Ja mebluję w myślach od pierwszego dnia czyli od lutego. Projekt kuchni gotowy, łazienka wybrana. Biegamy po sklepach budowlanych celem zakupów. Ja nie mogę się odnaleźć w tutejszych jednostkach miar. Ja muszę mieć metry i centymetry, a tu incze, fity, futy… ni ciula nic z tego nie wiem. Szukam wanny, chcę taką jak w Polsce, głęboką i wygodną. Uwielbiam poleżeć w wannie w pianie, a te tutejsze to takie płytkie, że brzuch nam nad woda. Za nic w świecie nie mogę pojąć tych miar, nic mi to nie mówi. Jadę do sklepu i mierzę najprostszą metodą – wchodzę do wanny, kładę się i już wiem, że to ta! Nie wiem tylko dlaczego ludzie dziwnie na mnie spoglądają… W Internecie porównuję ceny i wielkości, mam system po ilości galonów wody jaka wchodzi do wanny rozróżniam wielkość. Szefowa daje mi w prezencie „metrówkę”. Jest magiczna – z jednej strony moje centymetry, a z drugiej te tutejsze incze czy coś tam. Mierzę co się da! Cieszę się jak dziecko. W Polsce to jakoś prosto – szafki kuchenne 80, 60, 40, tutaj inne wymiary. Znowu jestem w czarnej d… Niestety wanna, o której marzę nie wejdzie. To znaczy wejdzie, ale nie zmieści się szafka z umywalką. Walczę sama ze sobą, co ważniejsze – szafka pod zlewem czy wygodna wanna? Chyba jednak wanna. W trakcie demolki mąż mnie informuje, że niestety, ale mój projekt kuchni właśnie szlag trafił. W kuchennej szafce w miejscu której zaplanowałam zmywarkę jest rura odpływowa! Poprzednik przesunął zlewozmywak i my już nic nie damy rady przesunąć. Zlew ma być obok kuchenki. Nie ma takiej opcji dla mnie! Pomiędzy ma być blat roboczy, czy nikt tu nie słyszał o ergonomii pracy? Sto lat za Polską ta cała Ameryka jest. Przeniesiemy kuchenkę, nie da się! Bo są zasady jakieś kody i nie można! „Misiu to ja już nie chcę tego mieszkania!” -krzyczę wściekła. Niebawem minie miesiąc odkąd mamy klucze, teoretycznie powinniśmy się wprowadzać, a my w czarnej dupie jesteśmy! Wizyty w sklepach z moim mężem przypominają polowanie. Misiek jak sarna podczas polowania, leci pędem jakby go mieli postrzelić. Żadnych konkretów, chodzimy tam i z powrotem bez sensu. Po wannę byliśmy już ze trzy razy. Nie mam siły się kłócić. Wczoraj w drodze powrotnej mąż mówi: „No popatrz dalej nie kupiliśmy wanny”. Spojrzał na mnie. „Zauważyłeś ? To miłe”. – mam dość, poddaję się. Mam wrażenie, że w życiu tego mieszkania nie wyremontujemy. Ekipa szpachluje ściany, a tam jeszcze dwie (już wyszpachlowane) mają być wywalone! Ratunku! „Bunia, w Polsce przy remoncie mieszkania sobie świetnie poradziłaś, z domem też dałaś radę. Pamiętasz, ty wszystko kupowałaś, ty codziennie byłaś na budowie, pilnowałaś robotników i tak pięknie wyszło. Tutaj też dasz radę. Oddaję ci auto i codziennie przed pracą będziesz w mieszkaniu” „Misiek tylko kuźwa z małą różnicą. Byłam w swoim kraju i były centymetry, ja tu nic z tego nie wiem! Jak mam się z ekipą dogadać? No jak?!” – piana mi się toczy. On mówi: „Bunia, trochę po angielsku i po rosyjsku, ty też po trochę, dasz radę”. Powinnam się cieszyć? Cóż za wiara we mnie i zaufanie. Trzymajcie mnie, bo zabiję chłopa! No i co zrobić? Działam, mam już podane ile czego potrzebujemy, jutro kolejne spotkanie w mieszkaniu, pomiar kuchni i ostatnie decyzje co gdzie…. i jedziemy na zakupy. Już nie wiem co chcę, jakie chcę. To wszystko za długo trwa. Jestem zdesperowana, kupie co mi w ręce wpadnie. Miało być pięknie, to miała być perełka, a będzie co musi być. Gdybym wiedziała, że tego czy owego się nie da, przysięgam przemalowalibyśmy ściany, meble w kuchni i tak byśmy zamieszkali. Teraz nie ma wyjścia, wszystko rozkute, stare wyrzucone. W łazience po wyjęciu starej wanny dziura w podłodze, poznaliśmy sąsiada przez te dziurę. Sasiad też ma remont i zdjął sufit. Zachodzę w głowę jakim cudem te budynki jeszcze się nie rozsypały. W pracy jestem tuż po przeprowadzce, padam na pysk. Nowy dom piękny, ale teraz mam 500 m kwadratowych do posprzątania. Na podwórku basen, jak pracować przy takim widoku? No jak? W poniedziałek biorę strój kąpielowy i będę zaczynać pracę od pływania, a co? Szkoda żeby stał nieużywany, woda krystalicznie czysta, podgrzewana. Tu moja znajoma Krystyna złapie się za głowę jak ta gruba Jolka się rozbierze w pracy na basenie? Toż szokiem było, jak w Głogowie na basen chodziła, a tu w NY u pracodawcy? Wstydu nie ma! Tak normalnie się rozbiorę do kostiumu kąpielowego i wskoczę do wody na bombę. Zapewniam Cię Krysiu, że wstyd będę miała zakryty. Powoli przygotowujemy się do pakowania. Korzystając z okazji, że w pracy masa pudeł to przywożę je do domu. Nasze małe mieszkanie wygląda jak u ludzi cierpiących na zbieractwo. Wszędzie pudła, na stole pod stołem, pod kanapą za kanapą, koło kanapy, wszędzie. Masakra, trzymajcie kciuki żebym nie zwariowała. Mam nadzieję, że się nie pozabijamy ani nie rozwiedziemy do przeprowadzki. Mam też nadzieję, że już niebawem będę mogła pisać z czystego, pachnącego nowością, pięknego mieszkanka. Marze aby usiąść wygodnie przy biurku, pisać dla Was spoglądając raz po raz jak w oddali za oknem pięknie mienią się światła Manhattanu. Póki co piszę siedząc na kanapie w bałaganie, pomiędzy pudłami i jednocześnie piekę pizzę na obiad.