Robotnicy w Polsce pilnie poszukiwani

str-19-robotnicy

Sytuacja na polskim rynku pracy jest niezwykle dynamiczna. Największe przyspieszenie nastąpiło z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej i otwarciem się dla Polaków rynków pracy w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Zbiegło się to z dużą nadwyżką pracowników na polskim rynku pracy związaną z rekordowym bezrobociem, które sięgało wtedy 20%. Wolny dla Polaków rynek we wspomnianych dwóch krajach Zachodu był więc dla wielu Polaków otwarciem sie bram raju. Ludzie wielu zawodów, przede wszystkim robotnicy, znajdujący się wtedy na najniższym szczeblu w hierarchii zawodów, ruszyli szeroką ławą na Wyspy. Z wegetacji na bezrobociu w Polsce, obudzili się nagle w kraju, w którym był popyt na ich pracę i w przeliczeniu na polskie złotówki – bardzo duże pieniądze.

Zjawisko z wielu względów korzystne, bo dając pracę przywróciło godność i poczucie wartości ludziom żyjącym na marginesie, ulżyło też budżetowi państwa, który zmniejszył wydatki na cele socjalne, w dłuższej perspektywie czasowej okazało się dla polskiej gospodarki nad wyraz kłopotliwe. Do Wielkiej Brytanii i Irlandii polscy bezrobotni wyjeżdżali w okrasie kryzysu, ale właśnie wtedy, czyli w chwili wejścia do UE, polska gospodarka zaczęła się rozpędzać. W wielu branżach otwarły się już nie ścieżki, a szerokie drogi wzrostu, mnóstwo firm zaczęło prowadzić ofensywę handlową skierowaną na rynki zagraniczne.

Produkcja zaczęła rosnąć, a w raz z nią zaczęło też rosnąć zapotrzebowanie na pracowników. Ci zaś, widząc, co z pracy za granicą zaczęli przywozić do kraju ich sąsiedzi, budować domy, kupować działki itp., porzucali pracę w Polsce i wyruszali szlakiem przetartym przez poprzedników na Wyspy, a potem do Norwegii i innych krajów Zachodu. Wszyscy oni wyjeżdżali „na chwilę”, ale owa „chwila” zaczęła się przedłużać i coraz więcej ludzi z polskim paszportem zaczęło w swoim zagranicznym miejscu pracy osiedlać się na stałe. Pozostały po nich nowe, nie zawsze do końca wykończone domy, co widać szczególnie na wschodnich krańcach województw podkarpackiego i lubelskiego, gdzie bezrobocie było największe i z których to terenów emigracja osiągnęła szczególnie duże rozmiary.

Na polskim rynku pracy nasilał się drenaż pracowników, który z roku na rok zaczął przybierać coraz większe rozmiary. Dziś rynek pracy jest w wielu branżach bardzo mocno przetrzebiony. Szczególnie dramatyczna sytuacja panuje w budownictwie, gdzie brak rąk do pracy może zagrozić zarówno terminowemu zakończeniu wielu inwestycji, co najgorsze – wykorzystaniu unijnych pieniędzy przeznaczonych na budowę infrastruktury. Bo przypadki rezygnacji firm budowlanych z udziału w przetargach, właśnie z powodu braku pracowników, nie należą do rzadkości. W branży budowlanej tylko podczas ostatnich 5 lat liczba polskich pracowników zmniejszyła się o nieco ponad 100 tys., z 488 do 384 tysięcy. Lukę na razie ratują Ukraińcy, dla których polskie pensje wielokrotnie przewyższają te, które za tę samą pracę otrzymywaliby u siebie. Ale… Coraz większa liczba pracowników ze Wschodu zaczyna traktować Polskę jako kraj tranzytowy w dojeździe do pracy w Niemczech i innych krajach Zachodu. To m.in. wynik „godnościowej” strategii rządu PiS, który niemal ze wszystkimi sąsiadami prowadzi kłótliwą politykę. Jeśli przeciwko komuś wszczyna się kampanię może jeszcze nie nienawiści, ale niechęci na pewno, to ten ktoś, jeśli nie chce się kłócić, przed nią po prostu ucieka. Logiczne.

Drenaż polskiego rynku pracy dotknął przede wszystkim wykwalifikowanych robotników. O ile kraje komunistyczne były krajami „robotników i chłopów”, to dzisiejsza Polska staje się krajem robotników. Są poszukiwani, a skoro poszukiwani, to i hojnie wynagradzani. Skoro są coraz lepiej wynagradzani, zwiększa się ich siła nabywcza, a tym samym prestiż w środowisku. I wykwalifikowani robotnicy coraz bardziej się cenią, bo wiedzą, że reprezentują deficytowe branże.

Liście najbardziej pożądanych i trudnych do znalezienia na polskim rynku pracy przewodzą spawacze, elektrycy, elektromonterzy, mechanicy, hydraulicy, także murarze. Wystarczy zajrzeć do internetu albo na tablice poszukiwanych pracowników w urzędach pracy, by się o tym przekonać. Nie mniejsze jest zapotrzebowanie na kierowców samochodów ciężarowych, tylko trochę mniejsze na operatorów maszyn i produkcji oraz inżynierów różnych branż. Z roku na rok odczuwalny staje się także niedobór pracowników gastronomii oraz hotelarstwa, również techników i księgowych. O tym, że deficyt poszukiwanych pracowników jest coraz większy świadczy fakt, że aż 51 polskich firm ma problemy z rekrutacją. Jeszcze dwa lata temu problemy takie zgłaszało 45 proc.

Emigracja robotników wykwalifikowanych to jedno, ale główną przyczyną jest bez wątpienia niemal absolutny zanik w Polsce kształcenia zawodowego. Cieszące się za komuny najniższym prestiżem „zawodówki” jednak kształciły wykwalifikowanych robotników branż wszelakich. Dziś ich nie ma, kto chce zdobywa kwalifikacje zawodowe na różnego rodzaju kursach, ale to jednak nie to samo, a po drugie ukształtowało się w Polsce przekonanie, że robotnik, to zawód uwłaczający ludzkiej ambicji. Dziś już jest inna mentalność ogółu społeczeństwa. CBOS (państwowa firma sondażowa) przeprowadziła badania, z których wynika, że pod względem prestiżu zawód robotnika wykwalifikowanego niewiele tylko ustępuje profesji profesora i strażaka, jest natomiast stawiany wyżej niż zawód wykonywany przez lekarza czy nauczyciela. To radykalna zmiana oceny prestiżu tego zawodu.

Wraz ze wzrostem prestiżu i świadomości, że wykonuje się zawód potrzebny, poszukiwany i ceniony, wzrastają też płace osób te zawody wykonujących. Kierowcom TIR-ów nikt już nie zaoferuje mniejszych poborów niż 5 tys. zł (brutto), w sektorze budowlanym płace wzrosły w roku 2017 o 7,5 proc. Co prawda nadal pokutuje wśród Polaków przekonanie, że dobre samopoczucie, a także wysoką samoocenę, daje praca za biurkiem, ale przytoczone wyżej dane CBOS wskazują, że samoocena samooceną, a mentalność ogółu społeczeństwa jednak w tej kwestii radykalnie się zmienia. Tym bardziej, że płace wykwalifikowanych robotników wszelkich branż, operatorów maszyn, osób zatrudnionych w gastronomii i hotelarstwie, które od dawna były niższe od zarobków pracowników biurowych, już się wyrównują. I wszystko wskazuje, że niedługo je przewyższą. Jeśli więc polscy rodzice chcą, by ich dzieci nie miały problemów ze znalezieniem pewnej i dobrze płatnej pracy, to powinni namawiać swoje pociechy do nauki w technikach, a przy okazji uczęszczać na poszerzające kwalifikacje zawodowe różnorakie kursy.

Adam Lasocki