Rodzinka

lady-bunia

 

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Nie raz słyszałam powiedzenie, że „z rodziną to najlepiej wychodzi się na zdjęciu i zawsze stawaj z boku, w razie czego łatwiej będzie odciąć”. Kiedy byłam młoda i pełna ideałów kompletnie nie rozumiałam tego powiedzenia. Rodzice zawsze nam powtarzali, że mamy się kochać. Koniec kropka. Nie bardzo było mi dane zobaczyć relacje rodzinne kiedy byłam dzieckiem czy w młodości, bo cóż to wtedy człowiek widzi. Ponadto my w zasadzie nie mieliśmy rodziny, a przynajmniej nie blisko. Tato jedynak, więc tylko dziadkowie dla których byłyśmy całym światem. Rodzina mamy tak daleko, że spotkania były rzadkie, żadnych problemów ani różnicy zdań. No może z wyjątkiem ciągłej wojny o kotleta.

Tak, tak, wojna o kotleta była od zawsze pomiędzy dziadkiem, a właściwie drugim mężem babci, a jedną wnuczką. Kuzynka była niejadkiem, to dziecko żyło powietrzem i wszyscy stawali na głowie by zjadła cokolwiek. Na obiedzie u dziadków zawsze chciała największego kotleta! Zawsze go sobie upatrzyła i był płacz i zgrzytanie zębów. Ciotka zawsze kazała babci dać Acikowi owego kotleta. Jedzenie obiadu zawsze kończyło się tak, że mała pogrzebała w talerzu, zjadła niewiele i reszta lądowała w koszu. Dziadek, który kochał dzieciaki nad życie, równie mocno kochał jeść, a do tego był cholernie oszczędny. Podczas niedzielnego obiadu więc zawsze walczył z ciotką i babką o kotleta. Zawsze kończyło się to tak samo. Kotleta dostawała mała, a kiedy nie zjadła dziadek doprowadzony do szału, spocony z nerwów i czerwony z wściekłości musiał powiedzieć swoje trzy grosze. Na co ciotka, konkretna babka z charakterem nie była mu dłużna. Każdorazowo dosadnie mu powiedziała, że jest stary, a głupszy niż wnuczka i że jak mu tak żal to ona tu ani minuty dłużej nie zostanie. Zbierała ostentacyjnie swoje rzeczy, zabierała córkę i wychodziła trzaskając drzwiami. Jej noga nie postała więcej u matki. Oczywiście do następnego razu! Uwielbiałam tę ciotkę, za ten temperament. Imponowała mi, bo wiedziała czego chce i wszystko oprócz jedzenia jej córki było u niej poukładane jak w szwajcarskim zegarku. Wszyscy jej słuchali i schodzili z drogi. Silna baba, mocnej budowy, urody przeciętnej z wielką gębą. Natomiast kiedy czasem się uśmiechała to miałam wrażenie, że zasłużyłam sobie czymś wyjątkowo. Zdecydowanie to moja ulubiona ciotka. Tę rodzinę widziałam kilkanaście razy w życiu. Kuzynostwa właściwie jako dorosłych ludzi nie znam. Za to kiedy wyszłam za mąż, moja rodzina się bardzo powiększyła. Mąż ma troje rodzeństwa, teść ma trzy siostry, a teściowa ma sześcioro rodzeństwa. Każdy ma kilkoro dzieci. Wiec tu już jest rodzina. Prawdziwa paleta ludzkich charakterów i losów. Są żony, synowe, teściowe. Trochę mi czasu zajęło, żeby wszystkich poznać i jakoś to ogarnąć. Bardzo rodzinni, uśmiechnięci i serdeczni ludzie w większości. Klasyczne układy, że teściowa nie lubi synowej to chyba normalka. Na przestrzeni lat różne rzeczy się działy, sympatie, antypatie, podziały. Jak to w życiu . Wojny o majątki są zawsze w rodzinach najciekawsze. Zazwyczaj nie ma co dzielić, bo wartość materialna jest niewielka, ale za to jest się o co kłócić! Myślałam, że nie lubić teściowej czy bratowej to nasza narodowa przypadłość. Teraz kiedy dotykam na co dzień zupełnie innych kultur wiem, że ta przypadłość jest ponad narodami ponad kulturami. W każdej rodzinie są kwasy, plotki i pretensje. Im więcej rodzice pomagają dzieciom tym więcej powodów do kłótni. Kiedy tak stoję z boku i znam córkę, matkę, teściową, bratową to dochodzę do wniosku, że każda ma swoją racje. Śmiesznie to patrzeć jak się kłócą w zasadzie o bzdury.

Raz wszyscy chcą robić święta i wojna na całą rodzinę, bo tym razem u mnie! Krzyczy każde z rodzeństwa. Idą niemal na noże, po czym spędzają święta oddzielnie, bo się nie dogadali. To wszystko tylko po to by przy następnych świętach nikt nie chciał ich robić. Każdy ma swój powód, każdy ma swoją rację. Jedna nie zrobi świat u siebie, bo będzie musiała zaprosić rodzinę męża, a ich nie lubi, bo wszyscy są durni. Druga nie zrobi, bo nie lubi gotować żuru i koniec kropka. Może ewentualnie święta zrobić, ale na śniadanie będzie pomidorowa. Nie da się jej przegadać, że tradycja, że może mama ugotuje i przyniesie. Nie i już, bo jej żur śmierdzi. Koniec i kropka. Skoro rodzina nie potrafi tego uszanować to nie chce ich widzieć. Mąż z innej religii więc najlepiej niech każdy z osobna idzie do restauracji. Wojna trwa od lutego. W końcu najstarsza siostra mówi ok. – będą święta u mnie. Niestety laduje w szpitalu na poważnej wielogodzinnej operacji. Nikomu to nie przeszkadza, wszyscy nadal wybierają się do niej na święta. Mało tego, teściowa skwitowała, że ta operacja w takim terminie celowo żeby świąt nie robić! Ręce opadają na ludzką głupotę. Dopiero patrząc z boku, widzę ile człowiek czasami zmarnował energii i nerwów na bzdury.

Koniec końców i tak święta zawsze są i gdzieś trzeba się spotkać. Najlepiej z rodziną. W rodzinie też się pomaga i robi różne przysługi na tym też czasami można wyjść dziwnie. Mój mąż kiedyś został poproszony o przysługę nietypową, bo pożyczenie ziemi, nieruchomosci rolnej dokładnie rzecz biorąc. Jedna z ciotek szła na emeryturę i brakowało jej lat pracy wymyśliła, że gdyby miała ileś tam pola to zaliczyli by jej tzw. pastuchowe dzięki czemu miałaby więcej lat pracy i wymarzona emeryturę. Uklad był prosty. Misiek przepisuje ciotce ziemię na chwile, za jakiś czas ciotka mu tę ziemię odda. Ona poniesie koszty notarialne, a on będzie miał dobry uczynek. No i ma. I dobry uczynek i problem. Nie ma chłop hektara przeliczeniowego obecnie. Przed wyjazdem z kraju wpadł na genialny pomysł żeby przejść na KRUS, obowiązkowy. Okazało się, że ma za mało ziemi. Wtedy przekopał swoje akty własności ziemi i stwierdził, że ziemia, którą podarował ciotce nigdy do niego nie wróciła. No cóż zapomniał, mnie nic do jego majątków rodzinnych więc nie przypominałam. Człowiek był młody i nie przywiązywał wagi do takich spraw, bo przecież nie uprawiamy tej ziemi, ba nawet nie wiem gdzie ona jest. Na oczy jej nie widziałam. Kiedy się Misiek zorientował zadzwonił do ciotki, a tam usłyszał, że to nieprawda, że nic takiego nie miało miejsca! Jest bezczelny i niewychowany.

Pamięć ludzka może i krótka, ale jeszcze jest akt notarialny i KW. Ja próbowałam uspokoić wściekłego męża mówiąc, że tyle lat minęło, może ciotka nie pamięta. Co prawda takich rzeczy się nie zapomina, no ale ja zawsze wierzę w ludzi i w dobro. Misiek poszedł do KW i tam spotkała go totalna niespodzianka. Otóż owa ziemia juz nie jest ciotki. Ciotka podarowała ją swojej córce, niedługo po tym jak tę ziemię pożyczyła. Tak więc ciotka ma emeryturę, a Misiek miał nie będzie, bo ma za mało ziemi. Tak się wychodzi na przysługach. Jedyne wyjście chyba to… odciąć ciotkę z rodzinnej fotografii, a ziemię sobie dokupić.