Rozwarte nożyce biedy i bogactwa

str-11-rozwarte

Po uwolnieniu się w 1989 roku od ustroju gospodarki centralnie sterowanej przyjęto w Polsce model rozwoju, który nazwano uczenie „polaryzacyjno-dyfuzyjnym”. Jego istota opierała się na tym, że rozwój gospodarczy wezmą w swoje ręce ludzie przedsiębiorczy, z pomysłami i szaro-bura polska rzeczywistość zamieni się w wyniku ich działalności w normalny kraj kapitalistyczny z gospodarką rynkową. Model ten zakładał, że prywatna przedsiębiorczość nada dynamikę rozwojowi gospodarczemu, a jej autorzy poczują efekty swych działań w pęczniejącym od pieniędzy portfelu.

Innymi słowy prywatny biznes miał się bogacić i jego bogacenie się miało następować kilkakrotnie szybciej niż zasobność finansowa tych, którzy dla tych prywatnych przedsiębiorców pracowali. Mówiąc wprost – przyjęty model zakładał wzrost nierówności finansowych w społeczeństwie. Ale drugi człon owego modelu, określony słowem „dyfuzyjny”, przewidywał, że z czasem bogacić się będą nie tylko właściciele firm, ale także ich pracownicy i początkowe dysproporcje w zasobności polskiego społeczeństwa zaczną się wyrównywać.

Rzeczywistość pokazała, że były to pobożne życzenia. Przez niemal 30 latach od sformułowania optymistycznego modelu rozwoju gospodarczo-społecznego dysproporcje w Polsce rosły, rosną i dziś, nic też nie wskazuje, by w najbliższych latach miał się rozpocząć proces dyfuzji, czyli rozpraszania się bogactwa na warstwy niezamożne. Wręcz przeciwnie. Bogaci będą się nadal bogacić, a biedni nadal pozostawać w okowach niedostatku. I nie jest to proces charakterystyczny tylko dla Polski, bo tak dzieje się na całym świecie.

Nierówności najlepiej zilustrować poprzez ukazanie siły nabywczej mieszkańców poszczególnych nie tylko regionów kraju, ale także poszczególnych dzielnic dużych miast. Bo nawet jeśli mamy do czynienia z miastem, które wedle wszelkich rankingów należy do bogatych, to nie wszyscy, co oczywiste, w tym mieście bogaci są.

Siła nabywcza to, najprościej mówiąc, wartość towarów i usług, które przeciętny mieszkaniec danego miasta czy regionu może nabyć z tytułu wykonywanej pracy czy otrzymywanego świadczenia. Instytut GfK, zajmujący się od lat badaniem procesów rynkowych oraz zachowaniami konsumentów, opublikował raport na temat nierówności w 42 krajach Europy, w tym także w Polsce. Na podstawie zebranych danych (dochody, podatki, świadczenia) obliczono przeciętną siłę nabywczą statystycznego Polaka. Średnia ta wynosi rocznie 7228 euro i w klasyfikacji 42 ujętych w badaniu krajów Polska zajmuje pod tym względem 29. miejsce.

Nie ma zaskoczenia, że najbogatszym powiatem w Polsce jest Warszawa, podobnie jak nie ma zaskoczenia także w tym, że stolicą najbiedniejszego pod tym względem powiatu w Polsce jest Przysucha, leżąca w woj. mazowieckim, a więc w tym, którego stolicą, jak i stolicą Polski jest Warszawa. We wszelkich rankingach dotyczących zarówno zasobności finansowej mieszkańców, dynamiki rozwoju gospodarczego, wartości PKB i jego przyrostu, Warszawa winduje woj. mazowieckie na czołową pozycję w kraju. Bez Warszawy woj. mazowieckie należałoby do najbiedniejszych w Polsce, o ile nawet nie zamykałoby statystyk największych „nędzarzy”.

O ile więc siła nabywcza statystycznego Polaka wynosi wspomniane 7228 euro, to w przypadku statystycznego warszawiaka jest ona aż o 82,7 proc. od tej średniej wyższa, zaś w odniesieniu do mieszkańca pow. przysuskiego stanowi ledwie 60 proc. tego, czym dysponuje przeciętny warszawiak. Liczby i kwoty w ujęciu procentowym nie uświadamiają w pełni skali nierówności, ale w przeliczeniu na „brzęczącą monetę” już tak. Owe 82,7 proc. większej siły nabywczej warszawiaka przekłada się na 5 977,6 euro, co winduje jego roczną siłę nabywczą do kwoty 13 205,6 euro. Po przeliczeniu na złote wyraża się to sumą 56 652 zł. Mieszkaniec najbiedniejszego powiatu w Polsce, czyli owego przysuskiego, którego siła nabywcza stanowi ledwie 60 proc. średniej krajowej, ma rocznie do dyspozycji na zakupy towarów i usług zaledwie 18 604 zł, czyli jedną trzecią tego, co warszawiak. Dysproporcja ogromna i robi wrażenie. W Polsce jest jeszcze kilka powiatów, w których siła nabywcza mieszkańców jest o 40 proc. niższa od przeciętnej krajowej.

Mieszkańcy Warszawy są absolutnym krajowym liderem pod względem wartości siły nabywczej, acz w samej stolicy też występują spore dysproporcje. Siła nabywcza statystycznego mieszkańca Śródmieścia, Mokotowa, Żoliborza i Ochoty jest niemal dwa razy wyższa od przeciętnej krajowej, ale mieszkańca Białołęki, co prawda też w odniesieniu do średniej krajowej jest spora, lecz przekracza ją już tylko o 55 proc.

Fachowcy analizujący skutki nierówności dochodowych twierdzą, że mają one wpływ na wiele obszarów życia społecznego, od ekologii, demografii, edukacji poczynając, na architekturze kończąc, bo przyjaźnie i nowocześnie zaprojektowana oraz zabudowana przestrzeń publiczna świadczy o statusie danego miejsca. Dla życia przeciętnego Polaka najbardziej istotna będzie zapewne informacja, że nierówności dochodowe mają niezwykle istotny wpływ na przeciętną długość życia. Biedni żyją znacznie krócej od tych, którym finansowo dobrze się powodzi. Weźmy jako przykład Warszawę, czyli miasto najzasobniejszych Polaków.

W polskiej stolicy za dzielnicę bogatą uchodzi Wilanów, a znacznie jej ustępującą pod tym względem jest Praga-Północ. Okazuje się, że przeciętna długość życia mieszkanki Wilanowa wynosi 89 lat, zaś mieszkańca 81 lat. W przypadku mieszkańców Pragi-Północ jest to 79 lat w przypadku kobiety i 71 w odniesieniu do mężczyzny. W oby przypadkach, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, różnica wynosi 10 lat. Oczywiście na korzyść bogatych.

Nierówności dotyczące jakości zdrowia i długości życia między bogatymi i biednymi, są charakterystyczne także dla innych miast oraz regionów Polski. Z braku miejsca przytoczymy tylko za GfK, że do miast, których mieszkańcy dysponują siłą nabywczą znacznie wyższą niż przeciętna, należą Sopot, Poznań, Katowice, Wrocław. Przekracza tam ona przeciętną od 44 do 52 proc. Jest niższa od przeciętnej warszawskiej, ale i tak znacznie wyższa niż w innych miastach i regionach kraju. Bo większość Polaków nawet o owej przeciętnej wynoszącej 7228 euro, czyli 31 tys. zł rocznie, może sobie tylko pomarzyć.

Andrzej Barczyński