Ryszard Szurkowski na… inwalidzkim wózku

admin-ajax

Zawsze widzieliśmy go na rowerze i jego widok na wózku, a tym bardziej inwalidzkim, wydawał się wprost irracjonalny. Los potrafi być jednak okrutny. Człowiek, którego najlepsze lata życia wymagały nieustannej, na najwyższym poziomie sprawności fizycznej, w wieku 72 lat upadł w kraksie podczas imprezy kolarskiej, doznał czterokończynowego paraliżu i jest całkowicie unieruchomiony. To Ryszard Szurkowski, legenda polskiego kolarstwa, człowiek którego sukcesy tworzyły polski sport i wpisane zostały na zawsze w jego historię. Ten wybitny sportowiec był dwukrotnym wicemistrzem olimpijskim, czterokrotnym medalistą mistrzostw świata, trzykrotnym mistrzem świata amatorów, dwanaście razy stał też na najwyższym podium mistrzostw Polski, czterokrotnie wygrywał Wyścig Pokoju, a w tych jego edycjach, w których wziął udział, wygrał w sumie 13 etapów.

W piękny słoneczny dzień 10 czerwca bieżącego roku Ryszard Szurkowski stanął na starcie jednodniowego wyścigu zawodowców, amatorów i weteranów w Kolonii w Niemczech. Był jednym z kilku tysięcy jego uczestników. Tomaszowi Zimochowi (Angora nr 46 z 18 listopada br.) opowiadał: – W wyścigu brało udział sześć tysięcy kolarzy. Piękna pogoda. Idealne warunki do jazdy. Peleton ogromny, wydawało się, że nie ma początku ani końca, cały czas coś się działo. W pewnym momencie do przodu zaczęła się przesuwać spora grupa kolarzy. Nawet chciałem do nich dołączyć, czułem się na siłach, ale pomyślałem: Rysiu, po co ci to, przecież nie przyjechałeś walczyć o podium, baw się, ciesz jazdą, odpuść. Tak zarobiłem. Pewnie gdybym się zabrał nie doszłoby do mojego upadku, a tak po następnych stu metrach wyścig się dla mnie zakończył. Na jezdni była wysepka. Szybsza grupa jechała z prawej strony, ja z lewej. Jadący przede mną dwaj kolarze szczepili się rowerami. Wyłożyli się, nie miałem szans. Uderzyłem kołem w środek leżącego roweru. Przeleciałem głową do przodu nie zdążywszy puścić kierownicy. Walnąłem twarzą w asfalt. (…) Kask spadł z głowy. Byłem przytomny, zobaczyłem plamę krwi (…) Szybko podjechała karetka, słyszałem trzask rozkładanych noszy, a po kilku minutach widziałem już rozświetlone korytarze szpitalne.

W innej części cytowanej rozmowy Ryszard Szurkowski odsłania drugi plan kolarskiej rzeczywistości, o której kibice tego sportu niewiele wiedzą. Opowiada, jak Henryk Łasak, trener reprezentacji polskich kolarzy uczył ich upadać z roweru. Kazał im jeździć w trudnym terenie, po leśnych dróżkach, gdzie pełno było wystających korzeni, w zimie pod śniegiem ukryte były pniaki i nie sposób było uniknąć wywrotki. W ten sposób uczyli się upadać, ale w tym sporcie nie ma sytuacji powtarzalnych. Udział w kraksach jest na stałe wpisany w kolarski życiorys, a każda z nich jest inna. Szurkowski leżał w kraksach wiele razy, szczególnie na początku swej kariery. – Po takich zdarzeniach – opowiadał – następnego dnia wstawałem z przylepionym do krwawiącego ciała prześcieradłem. Dopiero po odmoczeniu pod prysznicem mogłem je z siebie zdjąć.

Ale żadna z setek kraks, w których wziął udział, nigdy nie stanowiła zagrożenia dla jego życia. Dopiero ta ostatnia, w wyścigu w Kolonii, stworzyła realne niebezpieczeństwo, że może do tego dojść. Szurkowski upadł na twarz, którą do asfaltu docisnął ciężar całego jego ciała. To gwałtowne obciążenie głowy przeniosło się także na kręgosłup powodując złamanie kręgów szyjnych i uszkodzenie rdzenia kręgowego. Neurochirurg Paweł Baranowski, dyrektor Stołecznego Centrum Rehabilitacji w Konstancinie-Jeziornie, gdzie Ryszard Szurkowski jeszcze przebywa, mówi, że miał on wiele szczęścia w nieszczęściu. Do kraksy doszło bowiem niedaleko szpitala, dlatego szybko przyjechała karetka i dzięki temu równie szybko znalazł się na stole operacyjnym. – Przy takim uszkodzeniu rdzenia kręgowego mógł się udusić już tam na miejscu – twierdzi doktor Baranowski.

– Do uszkodzonego kręgosłupa – opowiada Szurkowski – lekarze dostali się od klatki piersiowej. Następnego dnia rozcinano już plecy. Kręgi są potłuczone, połamane, nastąpiło mozaikowe uszkodzenie rdzenia kręgowego. Po dziewięciu dniach przeszedłem ponad siedmiogodzinną operację twarzy.Górna szczęka połamana była w trzech miejscach, ale zostały wszystkie zęby. Po upadku właściwie nie miałem nosa, jego kawałki były wciśnięte do szczęki, miałem wyrwaną dolną wargę. Niemiecki lekarz, Hindus z pochodzenia i urody, który mnie operował, mówił później, że on i wszyscy, którzy brali udział w tej operacji, jeszcze nie widzieli nosa w takim stanie. Stwierdził, że to, co robili, przypominało układanie puzzli. Plastycznie to poskładali i teraz trwa gojenie.

W szpitalu i ośrodku rehabilitacyjnym w Niemczech Ryszard Szurkowski przebywał dwa miesiące, następne już w Polsce, we wspomnianym ośrodku w Konstancinie. Ponieważ kończy się mu refundowany przez NFZ okres rehabilitacji, po naradzie z rodziną zdecydował, że dalszemu leczeniu podda się w prywatnej klinice rehabilitacyjnej w Kamieniu Pomorskim, gdzie stosowane są podobno nowocześniejsze metody. Ryszard Szurkowski jest zniecierpliwiony, chciałby już chodzić, ale dr Paweł Baranowski tłumaczy: – Pan Ryszard może uważa, że jego rehabilitacja nie przebiega zbyt intensywnie, ale my musimy pamiętać, że dla 72-latka już same ćwiczenia stanowią duże obciążenie. Treningi od dwóch do trzech godzin dziennie są wystarczające. Trzeba uważać, by nie pozrywać mięśni i nie połamać kości. To mit, że ćwicząc więcej, byłby już sprawniejszy. Wszyscy znamy przypadek Tomasza Golloba, który po wypadku chciał przyspieszyć proces rehabilitacji i tylko sobie zaszkodził. Koszty leczenia w ośrodku w Kamieniu Pomorskim są olbrzymie, a ja jestem sceptycznie nastawiony do tych wszystkich nowych urządzeń. Maszyna nie zastąpi ćwiczeń samego człowieka. To nie są żadne cudowne urządzenia, które wyręczają pacjenta i będą rehabilitować się za niego. Jednak cała sprawa została już medialnie nagłośniona, a my nie możemy podejmować decyzji za pacjentów.

Ryszard Szurkowski mówi, że w stanie, w jakim się znajduje, czuje się niczym niemowlak i chce jak najszybciej z tego stanu wyjść. Stąd zapewne jego decyzja o zmianie ośrodka rehabilitacyjnego. Na pytanie dlaczego dopiero po pięciu miesiącach zgodził się, by rodzina poinformowała za sprawą mediów opinię publiczną, odpowiedział, że wyjazd na kolarska imprezę w Kolonii był jego prywatną sprawą i dlatego sam powinien ponosić wszystkie konsekwencje tej decyzji. Nie przypuszczał jednak, że w okresie rehabilitacji refundowanej przez NFZ nie zdoła odzyskać pełnej sprawności i że koszty dalszego leczenia w prywatnej klinice wielokrotnie przekraczają jego finansowe możliwości. Nie ukrywa, że liczy na wsparcie nie tylko sympatyków kolarstwa.

PS Wszystkim, którzy chcą wspomóc rehabilitację Ryszard Szurkowskiego podajemy nr konta, na które należy dokonać wpłat:

09 1240 1747 1111 0000 1845 5759

W dane przelewu trzeba wpisać dane odbiorcy:

ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 189

60-594 Poznań

Tytuł: RYSZARD SZURKOWSKI – REHABILITACJA

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii