Rzeźnie tygrysów

str-20-tygrysy1

Zabija się go strzałem w oko albo w szyję. Zabójstwo jest wyrafinowane, bo chodzi o pieniądze. Duże pieniądze. Za nieuszkodzone futro tygrysa można dostać nawet kilka tysięcy euro. To oczywiście mniej niż za żywe zwierzę, które kosztuje kilkadziesiąt tysięcy euro. Ale ten, kto kupuje żywego tygrysa i wydaje te kilkadziesiąt tysięcy euro, robi to po to, by z nawiązką odbić sobie wydane pieniądze.

Ktoś taki kupuje bowiem tygrysa „na części”. Zabija go więc strzałem w oko i osobno sprzedaje skórę, osobno mięso, osobno kości, osobno pazury. Za gram sproszkowanych kości tygrysa można uzyskać 60 euro, za gram wysuszonego i sproszkowanego tygrysiego penisa wielokrotność tej sumy. Im dalej na Wschód, tym wyższą cenę uzyskują tygrysie „części”, bo już tysiące lat temu w głowach azjatyckich ludów zrodziło się myśl, która przeszła w przekonanie, że skoro tygrys jest tak potężny, silny i piękny, to jeśli człowiek spożyje chociaż jego cząstkę, stanie się równie potężny, przejmie jego siły witalne, a seksualność takiego tygrysożercy wręcz eksploduje. To oczywista nieprawda, potwierdzona przez współczesną medycynę, ale zrodzona w zabobonnej mentalności prymitywnego człowieka sprzed tysięcy lat zakorzeniła się mocno w przekazywanej z ojca na syna medycynie ludowej i przetrwała do dziś.

Nacją, której przedstawiciele gotowi są wydać każde pieniądze na wino lub bulion sporządzone na kościach z tygrysa, bo w ich przekonaniu wzmacniają potencję, są Chińczycy. To oni zapłacą też krocie za mięso i sproszkowane kości tego pięknego kota. We współczesnych, nowoczesnych Chinach używanie do produkcji medycznych specyfików części zwierząt jest prawnie zabronione, ale prawo prawem, a życie życiem. Wino ryżowe, w którym pływa kawałeczek tygrysiej kości kosztuje nie tyle, co rzeczywiście jest warte, czyli od 5 do 10 dolarów, ale 150 dolarów.

Duże pieniądze zapłacą też za tygrysa Rosjanie, oni bowiem także wierzą, że mięso tego kota ma ogromny wpływ na seksualną sprawność. Na tamtejszym rynku kilogram tego mięsa kosztuje od 1200 do 1300 dolarów, a za głowę tygrysa trzeba zapłacić ok. 3 tys. dol. Żywy a nie martwy tygrys też jest w Rosji pożądany, ponieważ jego posiadanie winduje w górę status społeczny właściciela. W tej kulturze utarło się bowiem przekonanie, że o człowieku bardziej świadczy to, co posiada, niż to co ma w głowie.

I to właśnie nacje Wschodu są odpowiedzialne za rzeź tych przepięknych zwierząt. Eksperci podają, że jeszcze na początku XX wieku żyło na wolności ok. 100 tysięcy tygrysów, z której to liczby ostało się do dziś zaledwie 3,5 tysiąca. Z żyjących na wolności dziewięciu podgatunków trzy już całkowicie wymarły, kolejne trzy są zagrożone wyginięciem. Wśród nich tygrys chiński, którego ostatni raz widziano na wolności 20 lat temu oraz tygrysy malajski i sumatrzański.

Skoro więc rzęź trwa i trwać będzie, bo popyt jest większy niż podaż, niczym nieujarzmiona ludzka pazerność na pieniądze sprawia, że prowadzi się hodowle tygrysów z przeznaczeniem oczywiście na sprzedaż. Eksperci szacują, że tylko w samej Azji hodowla tygrysów liczy ok. 8 tys. tych zwierząt, a więc dwa razy więcej z okładem niż żyje ich na wolności. W jak drastycznych warunkach jest ona prowadzona opisał niedawno w reportażu „National Geographic”. Od urodzenia zwierzęta żyją w ciasnych, ciemnych klatkach, z których nigdy nie wychodzą. Tekst został napisany w oparciu o materiały nakręcone ukryta kamerą i nic z tego, co zostało napisane, nie da się zanegować. Ale..

Azjatyccy kupcy wyżej od zwierząt pochodzących z tamtejszych hodowli cenią sobie tygrysy z hodowli europejskich. Twierdzą, że podobnie jak europejskie samochody, są one lepszej „jakości”. A skoro tak, to oczywiście Europejczycy bez skrupułów podjęli się trudu, by oczekiwaniom Azjatów sprostać. Co prawda należące do konwencji waszyngtońskiej 182 państwa oraz Unia Europejska podpisały się w 2007 r. pod uchwałą o zakazie hodowli tygrysów do celów komercyjnych, ale dla pazernych i pozbawionych wszelkich skrupułów ludzi przeszkoda to żadna.

Tygrysy z polsko-białoruskiej granicy, których los tak wstrząsnął opinią publiczną w Polsce, ale wywołał także reakcje w innych krajach, pochodziły z Latiny pod Rzymem, gdzie jest zarejestrowany cyrk prowadzony od kilku pokoleń przez znaną w tej branży rodzinę. Rodzinka ta zajmuje się hodowlą oraz tresurą tygrysów, a urodzone „nadwyżki darowuje” przyjaciołom, którzy, co za przypadek, najczęściej pochodzą właśnie z krajów Azji lub azjatyckich republik byłego ZSRR. „Darowują”, ponieważ wspomniana już konwencja waszyngtońska zabrania handlu zwierzętami należącymi do zagrożonych gatunków. Nie sprzedaje się więc, lecz „darowuje” i zapewne zachodzi potrzeba przeprowadzenia drobiazgowego śledztwa, ile za taką „darowiznę” należy zapłacić i jak się te pieniądze pierze.

Proceder, acz zabroniony, jest stosunkowo powszechny. Eksperci twierdzą, że hodowla, przemyt i handel zwierzętami, którym grozi wyginiecie, jest czwartym najbardziej dochodowym interesem czarnorynkowym. Przed nim są tylko narkotyki, handel bronią oraz prostytucja. Skoro więc coś jest zabronione, tym bardziej staje się pożądane, a tym samym trzeba za to coś więcej zapłacić. Skoro tygrysy europejskie są ze względu na swą jakość bardziej cenione od pochodzących z hodowli azjatyckich, trzeba zapewnić ich podaż.

Jednego z wstrząsających odkryć dokonano w Czechach, w posiadłości znanej cyrkowej rodziny, zarazem treserów i oczywiście hodowców dzikich kotów. Głową rodziny był treser, Ludvik Berousek. W jednym baraku znajdowały się betonowe boksy, w których przebywały hodowane na sprzedaż tygrysy, w sąsiadującym z nim rzeźnia tych zwierząt. Znaleziono martwe tygrysy, zdarte skóry i buliony z nich. W wyłączonej z prądu zamrażarce znajdowały się aleziono mięso i szczątki tygrysów, których nie zdążono przetworzyć na produkty wykorzystywane w chińskiej medycynie ludowej.

Te zaś zwierzęta, którym „miłosierni” hodowcy podarowali życie, były od małego tresowane pejczem oraz żelazną pałką i sprzedawane do innych europejskich cyrków. Małe zaś lwiątka i tygrysiątka, którymi zachwycali się widzowie nie pomni, jaki je później czeka los, były wynajmowane do sesji zdjęciowych i filmów reklamowych. Między innymi klub piłkarski Lechia Gdańsk, wypożyczył od Berouska białe lwiątko do produkcji promocyjnego filmu. Berousek miał swoją hodowlę, którą media okrzyknęły „rzeźnią tygrysów”, pod Pragą. Spotykał się tam z azjatyckimi kontrahentami, którym prezentował przeznaczone na śmierć tygrysy i oferował pomoc w załatwieniu formalności, koniecznych do wywiezienia zwierząt za granicę.

Organizacje zajmujące się ratowaniem zwierząt są przekonane i alarmują, że hodowla Berouska to zaledwie promil morderczej działalności człowieka związanej z dzikimi zwierzętami, w tym głównie tygrysami. Polska też nie jest od tego procederu wolna. Ponieważ tygrysy, lwy i inne dzikie koty są zagrożone wyginięciem, ale są także niebezpieczne, nie może ich w Polsce posiadać każdy, kto tylko ma na to ochotę. Mogą je posiadać tylko ogrody zoologiczne, placówki naukowo-badawcze oraz cyrki. Aby więc założyć hodowlę wystarczy zarejestrować cyrk. I tak było z najgłośniejszą w Polsce sprawą dotyczącą wykrycia nielegalnej hodowli w Pyszącej pod Śremem w Wielkopolsce. Oficjalnie był to cyrk, w którym zamiast artystów i cyrkowych namiotów, były klatki z dzikimi zwierzętami. Było ich tam niemal 300, w tym sześć tygrysów, pumy i najbardziej cenne lamparty perskie, których cena przebija kilkakrotnie cenę tygrysów. Właściciel tej hodowli, przeciwko któremu toczy się obecnie postępowanie sądowe, przyznał, że sprzedawał zwierzęta hodowcom i ogrodom zoologicznym w Czechach, Holandii, Belgii i Niemczech. Przezornie nie wymienił żadnego z krajów Azji.

Rzeczywistość urodzonych w niewoli i hodowanych „na części” tygrysów jest tragiczna. Na dobrą sprawę nikt nie wie, ile jest w Europie takich „obozów koncentracyjnych” dla tych zwierząt. Z danych polskich służb granicznych wynika, że każdego roku przez wschodnią granice Polski wyjeżdża po śmierć na Wschodzie ponad 800 transportów dzikich zwierząt. Tygrysy, które miały tam pojechać w październiku, też czekała śmierć. Oglądający je lekarze weterynarii są tego pewni. Zwierzęta wieziono w ciasnych klatkach, leżały we własnych odchodach, były odwodnione i wycieńczone. Tak nie transportuje się zwierząt, które mają być przeznaczone dla ogrodów zoologicznych. W jakich warunkach były „hodowane” dowodzi ich zachowanie. Gdy otwarto im klatki, by mogły wyjść na wybieg, bały się. Ze zdziwieniem i niepokojem obserwowały ruszające się drzewa, niebo, obwąchiwały trawę. Widać było czarno na białym, w jak potwornych warunkach mijało ich dotychczasowe życie. Życie, które miało się zakończyć strzałem w oko.

Patryk Musiał