Sama na oceanach

str-17-chojnowska-liskiewicz

Tego wyczynu nie dokonała mieszkanka żadnego z krajów uchodzących za morskie potęgi. Nie była ani Amerykanką, ani Brytyjką, Francuzką czy Australijką. Była Polką. Nazywała się Krystyna Chojnowska po mężu Liskiewicz i była pierwszą kobietą, która samotnie opłynęła świat na żaglowym jachcie. Kilka miesięcy temu, dokładnie 28 marca, minęło 40 lat od momentu, gdy po okrążeniu oceanów polska żeglarka zamknęła rundę wokół Ziemi. Zamknęła ją w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, skąd dwa lata wcześniej wyruszyła w samotny rejs.

Samotny rejs Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz ma w pewnym stopniu odniesienie do Kanady, bo 27 czerwca 1898 do Newport w stanie Rhode Island przybił niejaki Joshua Slocum. Był urodzonym w Wilmot w Nowej Szkocji Kanadyjczykiem. Dopłynięcie do Newport owego czerwcowego dnia 1898 roku kończyło jego samotny rejs dookoła świata, który trwał ponad 3 lata, bo od 24 kwietnia 1895 r. (wyruszył z Bostonu). Joshua Slocum był pierwszym żeglarzem, który tego dokonał. Spodziewał się, co zostało udokumentowane w jego wypowiedziach dla gazet, że niedługo po nim podobnego wyczynu dokona także kobieta. To „niedługo” trwało aż 80 lat i tą kobietą, która pierwsza poszła w ślady Kanadyjczyka, była właśnie Krystyna Chojnowska-Liskiewicz.

Urodziła się w 1936 roku w Warszawie, ale jej rodzicom, podobnie jak wielu innym mieszkańcom polskiej stolicy, kolejne etapy życia wyznaczyła wojna. Kamienica, w której mieszkali Chojnowscy (ojciec pani Krystyny był przed wojna fryzjerem, miał swój zakład na ulicy Siennej), zamieniła się podczas warszawskiego powstania w stertę gruzów, a powojenne plany odbudowy miasta umieściły w jej miejscu schody wiodące do Pałacu Kultury. Rodzina wyjechała więc do Ostródy i tam została, bo nie było do czego wracać. I tam, na jeziorach wśród pięknych lasów, rozpoczął się nierozerwalny związek Krystyny Chojnowskiej z wodą. Każda wolną chwilę spędzała na wodach pobliskich jezior i żeglowanie powoli stawało się jej pasją. Nauka i pływanie determinowały jej życie. Jeszcze na długo przed maturą rodzice zdecydowali, że Krystyna ma iść na studia, by w swoim dalszym życiu nie być zdaną na przyszłego męża.

Wybrała Wydział Budowy Okrętów na Politechnice Gdańskiej, w owym czasie jedne z najtrudniejszych studiów w Polsce. Tam też poznała Wacława Liskiewicza. Obydwoje zapisali się do Akademickiego Klubu Morskiego działającego przy Politechnice Gdańskiej, stanowili nierozłączną parę żaglowych załóg i w 1960 r. wzięli ślub. Po studiach Wacław pracował w Gdańskiej Stoczni Jachtowej jako konstruktor, Krystyna w biurze konstrukcyjnym wielkiej Stoczni Gdańskiej. To były czasy, gdy kobieta inżynier należała do rzadkości, a w takiej branży jak budowa okrętów było to raczej niespotykane. W konfrontacji z mężczyznami, jak po latach mówiła pani Krystyna, co i rusz musiała udowadniać, że w niczym nie jest od nich gorsza i w związku z tym przeszła ostry trening psychiczny w dawaniu sobie rady, co, jak przyznaje, przydało się później podczas samotnego rejsu dookoła świata. W chwilach wolnych i podczas urlopów żeglowała wraz z mężem, czasami oddzielnie, jak na przykład wtedy, gdy pan Wacław w 1967 r. jako pierwszy dopłynął polskim jachtem żaglowym („Swarożyc III”) na Spitsbergen.

Na samotny rejs pani Krystyny dookoła świata złożyło się kilka okoliczności. Rok 1975 został ogłoszony przez ONZ Międzynarodowym Rokiem Kobiet i zapewne w związku z tym Polski Związek Żeglarski ogłosił nabór żeglarek ze stopniem kapitana do samotnego rejsu wokół globu. Za Krystyną Liskiewicz przemawiało zarówno posiadane już doświadczenie, nade wszystko fakt, że pracowała w branży okrętowej, ta zaś dysponowała dewizami, za które można było kupić niezbędne części do wyposażenia jachtu. Argumentem zapewne koronnym był fakt, że konstruktorem jachtu, który miał podołać trudom rejsu dookoła świata został Wacław Liskiewicz. Decydenci doszli do wniosku, że w związku z tym w pracach konstruktorsko-wyposażeniowych nie będzie opóźnień, co było niezmiernie ważne, ponieważ faktura za wybudowanie jachtu musiała być z datą roku 1975.

Zdążono na czas i 10 marca 1976 r. z portu w Las Palmas Krystyna Chojnowska-Liskiewicz wypłynęła na Ocean Atlantycki. Po 9 dniach musiała, niestety wrócić, ponieważ ujawniło się kilka poważnych usterek, które uniemożliwiały dalszy rejs. Żeglarski przesąd podaje, że gdy ktoś zawraca do portu wypłynięcia, to taki rejs nie może się dobrze skończyć. Pani Krystyna wypłynęła na Atlantyk ponownie 28 marca tegoż 1976 r. obierając kurs na Kanał Panamski, Pacyfik, Australię, Ocean Indyjski, Przylądek Dobrej Nadziei i ponownie Atlantyk, którym zmierzała do portu wypłynięcia, czyli Las Palmas. Dopłynęła do niego 20 marca 1978 r., pokonawszy 28 696 mil morskich.

Nie był to rejs non stop, więc kilka razy zawijała po drodze do portów, by naprawić sprzęt, uzupełnić prowiant. Najdłuższą przerwę spowodował atak kamicy nerkowej, gdy była u wschodnich wybrzeży Australii. Trafiła do szpitala, ale gdy tylko poczuła się lepiej wyruszyła w dalsza podróż. Z mężem spotkała się w Australii, drugie spotkanie trwało tylko kilka godzin, gdy dopłynęła do Kapsztadu w Afryce Południowej. We wspomnieniach (napisała książkę pt. „Pierwsza dookoła świata”, sprzedała się w nakładzie 100 tys. egzemplarzy) przyznała, że bała się tylko raz, gdy była ok. 200 mil przed wybrzeżem Panamy i widziała szalejące nad nim tropikalne burze.

Samotny rejs jest przede wszystkim egzaminem z wytrzymałości organizmu. Kładła się spać bardzo późno, spała zazwyczaj 6 godzin z przerwami, budziła się przed świtem, by jak najkrócej zostawiać jacht w ciemnościach bez kontroli. Podczas podchodzenia do lądu przechodziła na system 15 minut snu, 15 minut czuwania. Przez cały rejs miała na pokładzie różnego rodzaju zajęcia. Mąż i bliscy przeżyli chwile niepewności, gdy po wyjściu pani Krystyny z Kapsztadu urwała się radiowa łączność. Przerwa trwała 5 tygodni. Okazało się, że w serwisie błędnie ustawiono częstotliwość radiotelefonu. Gdy dopłynęła do Las Palmas zamykając rundę wokół ziemi, tamtejszy parlament przerwał obrady, by ją powitać i uhonorować.

W Polsce powitano ją na Dni Morza, na które doleciała samolotem z Paryża, a jej jacht „Mazurek” został przetransportowany specjalnym samochodem do baseny Marynarki Wojennej na Oksywiu, bo drogą morską nie zdążyłaby na uroczystości. Po rocznym urlopie pracowała w biurze Polskiego Związku Żeglarskiego, ale nie czuła się tam potrzebna. „Solidarność” nie zgodziła się na jej powrót do Stoczni Gdańskiej, kolega ze studiów, który był dyrektorem zatrudnił ją w Stoczni Radunia, a potem przeniosła się do Centrum Techniki Okrętowej. Dziś jedni zarzucają jej, że zbyt wylewnie dziękowała ówczesnym władzom za pomoc w przeprowadzeniu rejsu, ona i mąż uważają, że jej rejs nigdy nie został przez Polskę wykorzystany propagandowo i gdyby nie okrągłe rocznice, to mało kto by o tym wiedział.

PS Pierwszym żeglarzem, który opłynął świat w rejsie non stop, czyli bez zwijania do portów, był Brytyjczyk, Robin Knox-Johnston. Jego rejs trwał 313 dni i zakończył się 22 kwietnia 1969 r.

Krzysztof Korbecki