Ścigani przez tajne służby PRL

str-11-kuklinski-z-rodzina

W trzech poprzednich wydaniach naszej gazety pisaliśmy o tym, jak tajne służby Stalina, potem ZSRR, a obecnie Rosji mszczą się na tych, którzy zdradzili swoich mocodawców bądź byli już dla nich niewygodni. W czasach Stalina dochodził jeszcze motyw nieufności i podejrzliwości wodza, co też zazwyczaj wiązało się ze śmiercią tych, którzy stracili jego zaufanie. Dla Czytelnika wydawać by się mogło, że to swoista egzotyka wschodniego imperium, ale nie do końca. Polskie tajne służby po II wojnie były przecież organizowane i spory kawał czasu także prowadzone przez mających już wtedy 25-letnie doświadczenie specjalistów „bratniego” sąsiada. Nic tedy dziwnego, że wzorem „nauczyciela” także ścigały ”zdrajców ojczyzny”. Z tym, że jedynie w dwóch przypadkach można przyjąć z prawie stuprocentową pewnością, że wysłannicy tajnych służb zdołali, zgodnie z wydanym rozkazem, dokonać śmiertelnej zemsty.

Uciekali z socjalistycznej ojczyzny zarówno agenci tajnych służb, dyplomaci, wojskowi, jak i pracownicy organów bezpieczeństwa. Spośród tych ostatni najsłynniejszym uciekinierem był Józef Światło (absolwent szkoły podstawowej, z zawodu szewc), wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po śmierci Stalina i zamordowaniu Berii, Światło uznał, że również w polskich organach bezpieczeństwa może dojść do takich samych kroków, jak w przypadku Berii i czystka może dosięgnąć także jego osoby. Nie zamierzał biernie czekać na rozwój wydarzeń i w 1953 r., podczas podróży służbowej do Berlina, „dał nogę” na Zachód, czyli do amerykańskiej strefy okupacyjnej. W audycjach nadawanych przez Radio Wolna Europa opowiadał o bestialskim traktowaniu więźniów przez funkcjonariuszy UB, ale swoich „zasługach” w tej dziedzinie nie wspominał. Amerykanom przekazał na pewno mnóstwo interesujących ich informacji, co zapewniło mu ochronę tajnych służb do końca życia. Zmarł w USA śmiercią naturalną w 1994 r. w wieku 79 lat.

Ale pierwszym, który dość szybko przekonał się o socjalistycznej rzeczywistości i przeczuł represje polskiego stalinizmu, był generał Izydor Modelski. Ten wojskowy miał w życiorysie udział w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r. Był bliskim współpracownikiem Władysława Sikorskiego, wiceministrem obrony narodowej w jego rządzie, ale po zakończeniu wojny szybko, bo już w lipcu 1945 r. wrócił do kraju i opowiedział się za współpracą z komunistami. Tym krokiem zaskarbił sobie zaufanie ludowej władzy, która awansowa go na generała dywizji i wysłała z powrotem do Londynu, aby organizował powrót do Polski żołnierzy, którzy walczyli na Zachodzie. Jednak niewielu z nich miało zamiar wracać, a Modelski – emisariusz komunistycznej władzy, nie potrafił zdobyć sobie zaufania weteranów. Przerzucono go więc do Waszyngtonu, na stanowisko attache wojskowego. W 1948 r. gdy represje stalinowskie objęły także polskie społeczeństwo, Modelski został odwołany ze stanowiska, ale odmówił powrotu do kraju. Tajne służby rozważały ściągnięcie go do Polski, z zachowanych dokumentów wynika jednak, że uznano iż niewiele wie o kulisach działania tajnych polskich służb i zamiar porzucono. Modelski oddał się w ręce Amerykanów i pod ich ochroną żył do 1962 r. Zmarł śmiercią naturalną.

33 lata po generale Modelskim inny wojskowy stał się podmiotem zaciekłej pogoni tajnych polskich służb. Był nim pułkownik Ryszard Kukliński. O jego działalności napisano setki artykułów, nakręcono też film, więc Czytelnicy zapewne mają na temat tej postaci znaczącą wiedzę. Tytułem przypomnienia tylko wspomnimy, że przez około 10 lat przekazywał on CIA ogromną ilość poufnych materiałów dotyczących międzynarodowej wojskowej struktury państw socjalistycznych, jaką był Układ Warszawski. Kukliński miał do nich niemal nieograniczony dostęp będąc zastępcą szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego CIA ewakuowała go wraz z rodziną do Berlina Zachodniego. Służby bezpieczeństwa PRL uruchomiły ogromne środki, by zlokalizować miejsce jego pobytu i sprowadzić do kraju albo zamordować. Z pułkownikiem się nie udało, ale skoro nie udało się zadać mu ciosu bezpośrednio, postanowiono zemścić się na nim pośrednio. I w odstępstwie zaledwie roku zginęli jego dwaj synowie.

Bogdan, młodszy syn pułkownika Kuklińskiego, wypłynął jachtem w 1993 r. wraz z kolegą w rejs wzdłuż wybrzeży Florydy i nigdy z niego nie wrócił. Po jachcie nie było śladu. W oficjalnej informacji podano, że jacht się przewrócił i zatonął, a ciał nie udało się odnaleźć. Dociekliwi dziennikarze sprawdzili jednak i okazało się, że w dniu, w którym jacht miał zatonąć, morze było spokojne. Zaczęły się więc pojawiać domysły i wersje nieoficjalne. Według jednej z nich śmierć młodszego syna pułkownika miała zostać sfingowana przez CIA, aby nadać mu inną tożsamość i uchronić od zemsty. Jedna z gazet podała bowiem, że towarzysz jachtowej wyprawy Bogdana Kuklińskiego był w rzeczywistości agentem CIA, który działał pod nazwiskiem mężczyzny nieżyjącego wtedy od dziesięciu już lat, że młody Kukliński i jego tworzysz rzeczywiście wypłynęli w rejs, ale w nocy przesiedli się na inny jacht, a ten, na którym wypłynęli z mariny został zatopiony na dużej głębokości. Zapewne nigdy się nie dowiemy , jak było w rzeczywistości, czy syn pułkownika żyje sobie gdzieś pod zmienioną tożsamością, czy też rzeczywiście został zamordowany. Bardzo bowiem realne jest podejrzenie, że w pościg za Kuklińskim i jego rodziną ruszyli nie tylko agenci polskich tajnych służb, ale również, bez informowania o tym Polaków, sowieccy specjaliści od skrytobójstwa. Wszak materiały, które pułkownik Kukliński przekazał CIA, należały do największych tajemnic radzieckiego wojska, a tego nie miały one w zwyczaju puszczać płazem.

Amerykańskie służby nie zdołały natomiast uchronić przed śmiertelną zemstą starszego z synów pułkownika, Waldemara. Niemal równo rok po zniknięciu młodszego syna, w sierpniu 1994 r., Waldemar został przejechany przez samochód terenowy na terenie uniwersyteckiego kampusu w Phoenix, gdzie studiował. Stało się to na oczach wielu studentów. Sprawców tego zabójstwa nie udało się oczywiście znaleźć.

Najwyższą tragedią, jaka może spotkać człowieka, jest przeżycie śmierci swoich dzieci. Pułkownik Kukliński był takiego samego zdania, bo po śmierci starszego syna powiedział, że za to, co zrobił, zapłacił najwyższą cenę, jaką może zapłacić człowiek.

Ryszard Kukliński zmarł 11 lutego 2004 r. w wieku 74 lat w Tampa na Florydzie. Podano, że śmiercią naturalną. Cztery miesiące później, 19 czerwca, pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

PS W następnym wydaniu napiszemy o tych zbiegach, którym nie udało się uniknąć zemsty tajnych służb.

Krzysztof Pipała