Seksualno-ekologiczne średniowiecze

str-18-19-edukacja-seksualna

Alessandra Smerilli jest profesorem ekonomii politycznej i zakonnicą, także pierwszą kobietą w Papieskiej Komisji Państwa Watykańskiego, która to komisja sprawuje w imieniu papieża władzę ustawodawczą. Jacek Żakowski z tygodnika „Polityka” rozmawiał z nią o tym, jak papież Franciszek reaguje na problemy współczesnego świata, które stwarza gospodarka opierająca swój rozwój na permanentnej konsumpcji. Model ten, jak już niemal powszechnie wiadomo, prowadzi do działań niszczących zasoby surowcowe naszej planety i równie niszczących zmian klimatycznych.

Nic tedy dziwnego, że papież sformułował pojęcie „grzechu ekologicznego”, bo, jak mówi Alessandra Smerilli, przesłanie drugiej encykliki Franciszka, zatytułowanej „Laudato si” („Błogosławiony bądź”) niesie przekaz, że „Nie można myśleć o nędzy, nie myśląc o ekologii natury; nie można myśleć o ekologii natury, nie myśląc o ekologii człowieka. Bycie „za życiem” musi jednocześnie oznaczać sprzeciw wobec aborcji, wobec niszczenia środowiska i wobec skazywania ludzi na nędzę. Gdy niszczę środowisko, krzywdzę wiele osób i zwierząt. Narodzonych i jeszcze nie narodzonych. Przyczyniam się do tego, że będzie więcej ofiar zmian klimatycznych albo zatrutego powietrza. Nie można być dobrym katolikiem i szczerze przejmować się ofiarami aborcji, będąc jednocześnie obojętnym na śmierć ofiar powodzi czy suszy, które powodujemy, niszcząc środowisko. (…) Grzech ekologiczny jest grzechem przeciw życiu”.

Na te słowa swojej rozmówczyni dziennikarz zareagował stwierdzeniem, że z ust tak zwanych hierarchów polskiego Kościoła katolickiego nie słychać adresowanych do wiernych napomnień chociażby dotyczących poszanowania środowiska, a pojęcie „grzech ekologiczny” jest zarówno dla księży, jak i wiernych pojęciem absolutnie abstrakcyjnym.

Żakowski nie mija się z prawdą. Słowa pani profesor w sutannie ostro bowiem kontrastują z prostacką interpretacją zarówno przez polskich księży jak też większość rodzimych katolików, cytatu z Księgi Rodzaju: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1,28).

Zdaniem i jednych, i drugich zapis z Księgi Rodzaju daje człowiekowi niczym nieograniczone prawo do eksploatacji zasobów ziemskiej fauny i flory, także zasobów naturalnych. Książkowym przykładem takiej postawy był nieżyjący już minister środowiska Jan Szyszko, wielki orędownik i przyjaciel toruńskiego biznesmena w sutannie Tadeusza Rydzyka, który nie zważając na głosy przyrodników oraz ludzi wielu środowisk, zarządził przetrzebienie polskich lasów z kilku milionów drzew. Kwintesencją zaś czynienia sobie ziemi poddanej, była rzeź bażantów, którą minister urządził sobie w hodowli tych pięknych ptaków, całkowicie bezbronnych wobec uzbrojonego w strzelbę barbarzyńcy uważającego siebie za wzorowego katolika. Nie on jeden za owych władców Ziemi się uważa, wszak przynajmniej w Polsce panowie w czarnych sukienkach licznie zasilają szeregi myśliwych, którzy trzebią lasy i pola ze wszystkiego, co się rusza. Wzorcową postacią jest w tym gronie niejaki Sławoj Leszek Głódź, jeszcze arcybiskup gdański, o którego katolickich przymiotach pisaliśmy w jednym z poprzednich wydań naszej gazety.

Grzech ekologiczny papież Franciszek sformułował niedawno, ale nie popełnimy błędu, jeśli napiszemy, że jest on pochodną grzechu społecznego, który do nauki Kościoła wprowadził nie kto inny jak tylko czczony w Polsce na tysiącach pomników papież Jan Paweł II, czyli Karol Wojtyła. Na przestrzeni owych 40 minionych lat nie było słychać w Polsce choćby jednego biskupa, który by o tym grzechu mówił. To tylko kolejny dowód na to, że polski katolicyzm ma charakter obrzędowy, czyli że polscy wierni lubią świętować, klękać i przed pomnikiem polskiego papieża, ale też na widok pierwszego lepszego plebana (ta forma ciągle jeszcze jest żywa na wsi polskiej), natomiast mają mgliste pojęcie o treściach kryjących się w naukach Kościoła. Ta niewiedza jest również konsekwencją mizernych umiejętności dydaktycznych księży, którzy nie radzą sobie z przekazywaniem owych nauk. Są natomiast znakomici w tych kwestiach, w których ponad wiedzą i umiejętnością jej wykładania góruje zakaz.

Pani profesor Alessandra Smerilli na stwierdzenie dziennikarza, że w polskim Kościele słowem nawet nie słychać o grzechu ekologicznym i społecznym odpowiada, że przypadłość ta jest bolączką nie tylko polskiego Kościoła: „Moja doktorantka pytała katechetów, dlaczego nie uczą etyki społecznej, gospodarczej ani ekologicznej. Dominowała odpowiedź, że nie potrafią. Nie czują się kompetentni. (…) wydaje się to skomplikowane”.

Jeśli coś jest skomplikowane, to się tego czegoś unika i przechodzi do kwestii, które, przynajmniej w głowach byle jak wykształconych katechetów i księży, skomplikowane nie są i jawią się jako oczywiste. Do tych „oczywistości” należą według nich sprawy związane z seksualnością człowieka. A są one „oczywiste”, ponieważ wykładnia kościelnych nauk dotyczących tych kwestii zasadza się na dwóch słowach: „nie wolno”. Nie wolno więc w stosunku seksualnym szukać radości i rozkoszy, nie wolno „marnować nasienia”, a więc nie wolno stosować żadnej formy antykoncepcji od stosunku przerywanego poczynając, poprzez prezerwatywy, po pigułki antykoncepcyjne. Niczego nie wolno poza stosunkiem, którego celem ma być spłodzenie potomstwa. Jeśli się popełni cokolwiek z tego, czego „nie wolno”, popełnia się grzech.

Polacy od przedszkola (bo tam zaczynają się już lekcje religii) terroryzowani są grzechem. Gdy więc młody człowiek wchodzi w wiek seksualności, nie posiada żadnej wiedzy dotyczącej absolutnie naturalnego i najsilniejszego instynktu człowieka. Nie wie nic. Poza tym, że cokolwiek zrobi, aby rozładować seksualne napięcie, jest grzechem. Stany lękowe i depresyjne powodowane poczuciem winy są u polskiej młodzieży może nie na porządku dziennym, ale częste. Bo uległość polskich katolików wobec terroru Kościoła w kwestiach dotyczących seksualności jest zadziwiająca. W ostatnich tygodniach pojawił się w Internecie mem oddający tę polską zaśniedziałą katolickość. Zaśniedziałą, bo współcześnie spotykaną już tylko w społeczeństwach o najniższym wskaźniku wykształcenia, rzec można – prymitywnych. Mem przedstawia ludzi oczekujących w kolejce do spowiedzi i wielce wymowny podpis pod zdjęciem: „XXI wiek… Dorośli ludzie czekają w kolejkach, żeby na kolanach powiedzieć facetowi w sukience, że byli niegrzeczni”.

Terroryzowanie grzechem ma na celu zmusić do uległości, ale do takiej samej uległości prowadzi również niewiedza. W programie nauczania polskich szkół znajduje się co prawda przedmiot o nazwie „wychowanie do życia w rodzinie”, ale jest on nieobowiązkowy. Prowadzą ten przedmiot w przeważającej większości nauczyciele zupełnie do tego nieprzygotowani. Uczy go, kto popadnie. Biolog, historyk, wuefista, także ksiądz katecheta.

Z ich głów polska młodzie otrzymuje zupełnie wypaczoną wiedzę na temat seksualności i wszystkiego, co się z nim wiąże.

Dorosła już kobieta z Bielska-Białej wspomina swoje lekcje z „Wychowania do życia w rodzinie”: „Usłyszałam, że od tabletek antykoncepcyjnych rosną wąsy i rodzą się zdeformowane dzieci, więc lepiej wypić szklankę wody. Prezerwatywy mają mikropory, więc przed niczym nie zabezpieczają. Katechetka opowiadała też, jak nieuważna dziewczyna z Japonii zaszła w ciążę z deską klozetową, na której jakiś onanista zostawił nasienie. Więc można zajść w ciążę, będąc dziewicą”.

Uczennica (16 lat) z Czechowic: „Gdy zagadnęłam nauczycielkę o książkę „#sexedpl” Anji Rubik, zaczęła na mnie krzyczeć, że jestem w szkole katolickiej, a nie zachowuję się, jak katoliczka. I żebym za kilka lat się nie zdziwiła, że nie znajdę sobie męża”.

Uczennica z Kępna: „W przedszkolu usłyszałam, że słowo „seks” jest tak samo brzydkie jak słowo na „k”, a w szkole na WdŻ nauczycielka mówiła, że jeśli chcemy mieć rodzeństwo, musimy codziennie odmawiać różaniec”

Kobieta (28 lat) z Zambrowa: „W liceum mieliśmy kurs przedmałżeński, który prowadził ksiądz. Na jednej z lekcji pokazywał nam dokument o eugenice, a potem porównywał do nazistów osoby, które korzystają z antykoncepcji, in vitro lub zrobiły aborcję. Kobiety stosujące antykoncepcję porównywał do śmietnika”.

Młoda kobieta ze Słupska: „Nauczycielka na WdŻ poinformowała nas, że masturbują się tylko chorzy psychicznie lub więźniowie. Ja już w tym wieku się masturbowałam, więc przez wiele lat myślałam, że jestem chora psychicznie”.

Zuzanna z Warszawy: „Do naszego postępowego liceum przyjechał raz „edukator”. Opowiadał, że masturbacja to nałóg, który nas unieszczęśliwi, spowoduje choroby i oddali od Chrystusa. Na zajęcia przyprowadził parę narzeczeńską, która opowiadała, że kiedy czują chęci, piją zimną wodę i idą na rolki, więc mamy podobnie ujarzmiać „naszego wewnętrznego tygrysa”. Szkoła po tym wszystkim zorganizowała nam zajęcia z edukacji seksualnej, które przeprowadziło dwóch świetnych, rzetelnych i godnych zaufania nauczycieli. Wiem jednak, że ten „edukator” jeździł też do wielu innych szkół”.

Na „odtrutkę” jakiegoś seksualnego oszołoma stać było dyrekcję postępowego liceum warszawskiego. Ale to wyjątek. Tego typu „edukatorzy” wędrują bowiem po polskich szkołach wprowadzając zamęt w głowach młodych ludzi, którym nie ma kto wytłumaczyć, że to, co się im mówi na lekcjach „wychowania do życia w rodzinie”, to brednie będące wytworem tkwiących w kompleksach fanatyków. Nie ma kto im tego wytłumaczyć, ponieważ polscy rodzice uciekają od rozmów ze swoimi dziećmi w kwestiach dotyczących seksualności.

Trafnie ilustruje tę postawę rodziców relacja młodej mieszkanki Poznania: „ Jako nastolatka nigdy nie słyszałam o cytologii. Gdy zapytałam mamę, czy pójdzie ze mną do ginekologa, usłyszałam: „Po co”? Co ci jest?”. Nie miałam odwagi powiedzieć, że chcę dostać tabletki antykoncepcyjne. Poszłam bez jej wiedzy. Okazało się, że mam bardzo obszerne torbiele na jajnikach. Musiałam powiedzieć mamie, bo nie miałam pieniędzy na leki. Była w szoku. Przeprosiła mnie. Dzięki temu sama się przebadała i zaczęła chodzić regularnie do ginekologa. Szybko zdiagnozowano u niej mięśniaki. Tłumaczyła, że jej też nikt nigdy nie nauczył”.

Poznań jest jednym z największych polskich miast, z dużym odsetkiem ludzi wykształconych. Jeśli wśród jego mieszkańców (mieszkanek) występują, a wcale nie są sporadyczne, przypadki jak ten wyżej opisany, to łatwo można sobie wyobrazić jakie edukacyjne średniowiecze dotyczące seksualności panuje na polskich wsiach, gdzie terror „grzechem” jest na porządku dziennym.

Jak w tej sytuacji mówić o powszechnym zrozumieniu polskiego społeczeństwa dla czegoś tak abstrakcyjnego jak „grzech społeczny” czy „grzech ekologiczny”, skoro edukacja dotycząca sfery seksualności, dominującej w naturze człowieka, jest w Polsce żadna. I taka będzie jeszcze przez długie lata, wszak polski Kościół tkwi w doktrynie rodem ze średniowiecza i nie ma zamiaru się zmieniać.

PS. Wypowiedzi byłych uczniów polskich szkół na temat lekcji z przedmiotu o nazwie „wychowanie do życia w rodzinie”, pochodzą z Gazety Wyborczej (14-15 grudnia 2019).

Krzysztof Propolski