Skośnooki zabójca z młotkiem

str-23-skosnooki

Człowiekowi o nazwisku Yang Xinhai zależało przede wszystkim na tym, by nie być nagabywanym przez innych, a tym bardziej przez policję. Anonimowość zapewniał mu ogrom Chin, a także przemieszczanie się miejsca na miejsce. Mimo że swój morderczy proceder uprawiał tylko na terenie czterech chińskich prowincji (Henan, Hebei, Shandong, Anhui) to i tak działał na terytorium ogromnym. Łączna powierzchnia tych czterech chińskich prowincji jest dwukrotnie większa niż Polski, wynosi w sumie 651 tys. km kw. Z tym że na terytorium tylko dwa razy większym od Polski żyje niemal 10 razy więcej osób, bo wspomniane cztery prowincje zamieszkuje ponad 330 milionów ludzi. Odnaleźć w takim gąszczu jednego człowieka, nie wiedząc na dodatek, jak może wyglądać, to zadanie trudne, chociaż nie niewykonalne.

Historia tropienia Yang Xinhaia wskazuje, że ze sprawnością grup operacyjnych chińskiej policji nie jest najlepiej. Zapewne gdyby nie przypadek, długo jeszcze pozostawałby nieuchwytny i co najgorsze – dalej mordował.

O bestialstwie Yang Xinhai świadczy liczba popełnionych morderstw i czas, w jakim ich dokonał. Zamordował w sumie 67 osób, nie bacząc kim są jego ofiary, ani w jakim są wieku. Był bezlitosny i było mu zupełnie obojętne, czy zabija człowieka dorosłego, starca, czy dziecko. Oprócz morderstw był także sprawcą 23 gwałtów. Wszystkich tych przestępstw dokonał w ciągu 2 lat, między rokiem 2001 a 2003. Popełniał więc zbrodnię za zbrodnią. Wydaje się niemożliwe, aby nie pozostawiał na ich miejscu żadnych śladów, a mimo to policja była bezradna. Swoje ofiary zabijał zazwyczaj młotkiem, który po morderstwie wyrzucał, ponieważ dbał o to, aby za każdym razem zabijać innym.

Gdy już po schwytaniu zadano mu pytanie, dlaczego w ciągu dwóch lat zabił aż tylu ludzi, z jego odpowiedzi biła przerażająca zgroza. Z pewnym zdziwieniem w głosie powiedział bowiem, że „Zabijanie ludzi to rzecz normalna, nie ma w tym nic nadzwyczajnego”.

Ostatnio prezentowane dane naukowców zajmujących się osobowością wskazują, że w znacznie większym stopniu zależy ona od kodu genetycznego przekazanego przez przodków, ale wychowanie, środowisko, warunki materialne też odgrywają w tej kwestii niepoślednią rolę. W jakim środowisku trzeba się wychować i żyć, by nie mieć najmniejszego poszanowania dla ludzkiego życia, a zabicie drugiej osoby uważać za rzecz absolutnie normalną, zaś czyn taki uważać za niemający w sobie niczego nadzwyczajnego?

W ostatnich latach Pekin, Szangaj, Kanton i dziesiątki innych miast lśnią szklanymi elewacjami wieżowców. To reklamowo-promocyjny wizerunek Chin. Ale Chiny mają też swoje drugie oblicze. Nie ma bowiem na świecie kraju, w którym za sprawą najświetniejszej nawet koniunktury gospodarczej, wszyscy obywatele byliby ludźmi sukcesu. Procent tych, którym się nie powiodło i nie wiedze, w każdym kraju jest różny, ale jest. Nawet jeśli przyjmiemy, że to tylko 1 procent mieszkańców, co jest bardziej niż optymistyczne, to i tak przekłada się to w Chinach na 14 mln osób. One nie mają szans, by uczestniczyć w chińskim prosperity i Yang Xinhai był jednym z nich.

Urodził się w 1968 r., czyli jeszcze w czasach niszczycielskiej „rewolucji kulturalnej” Mao Zedonga. Przyszedł na świat w małej wsi w prowincji Henan. Chińskie wsie w tamtych czasach były siedliskiem skrajnej nędzy, a rodzina Yanga należała do bardzo biednych. Mimo tej biedy chłopiec uczył się dobrze, był inteligentny, wykazywał ponadprzeciętne zdolności rysunkowe. Mimo sprzeciwu rodziców, którego źródłem była bieda, nie przerwał nauki i ukończył ją na poziomie liceum. To był jednak szczyt jego możliwości. Przede wszystkim ze względu na brak jakiegokolwiek wsparcia materialnego, studia były poza jego zasięgiem. Mając niezłe jak na ówczesne chińskie warunki wykształcenia, musiał jednak podjąć się pracy fizycznej. W prowincji Henan panowało ogromne bezrobocie, które było konsekwencją podupadania przemysłu ciężkiego. Yang, podobnie jak wielu jego rówieśników, szybko doszedł do wniosku, że ciężką fizyczną pracą, za którą często nie dostawało się żadnego wynagrodzenia, niczego w życiu nie osiągnie. Alternatywą dla pracy nie dającej żadnych szans na przyszłość, było wejście na drogę przestępstwa.

Wielu mieszkańców tej prowincji jeździ do bogatych, nadbrzeżnych prowincji „do pracy”, którą są mniejsze lub większe przestępstwa: kradzieże, wymuszenia, organizowanie prostytucji. Yang również tego typu „pracę” uznał za rzecz normalną. Ale nie udawało mu się być bezkarnym. Trzy razy został zatrzymany i trzykrotnie trafił do zakładów karnych o nazwie laogai. Są one połączeniem więzienia z zakładem pracy i przynajmniej w teorii ich celem jest resocjalizacja przez pracę. Zarówno przypadek Yanga, jak i wielu innych przestępców mających za sobą pobyty w laogai, dowodzi, że ze szczytnej idei zostaje uwięzionym tam tylko praca.

Yang spędził w laogai w sumie 9 lat, ostatni wyrok (za gwałt) odsiadywał przez 4 lata, między rokiem 1996 a 2000. Po kilku miesiącach jakie upłynęły od wyjścia z więzienia, zaczął mordować. Chińscy psychologowie doszukiwali się zwichrowania jego psychiki w mizoginii (nienawiści do kobiet), bo po drugim wyjściu z więzienia, dziewczyna, z którą się wcześniej zaręczył porzuciła go i była w przeddzień ślubu z innym mężczyzną. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście takie pobudki nim kierowały.

Żadne z jego morderstw nie zostało popełnione w wyniku jakiegoś gwałtownego, emocjonalnego wzburzenia. Wszystkie planował z wyrachowaniem, a mordował z zimną krwią. Starannie wybierał miejscowości, w których zamierzał dokonać zabójstwa. Zazwyczaj były to wsie i niewielkie miejscowości. Niemal zawsze zjawiał się tam w okresie jakichś świątecznych uroczystości lub podczas targów, gdy przyjezdni nie rzucali się w oczy, ich pojawienie się było czymś naturalnym. W domostwie, do którego się wyłamywał, mordował wszystkich, których tam zastał, czasami całe rodziny. Najczęściej jednak wybierał samotne kobiety, które przed uśmierceniem gwałcił, kilka razu gwałcił także zwłoki swoich ofiar. Zamordowanych obrabowywał z pieniędzy i wartościowych przedmiotów. Niemal całą zdobycz wydawał na prostytutki.

Policja stosunkowo szybko ustaliła, że zabójca uśmierca swoje ofiary młotkiem, szybko też połączyła kolejne zabójstwa z jednym sprawcą, ale to było wszystko do czego zdołała samodzielnie dojść. O schwytaniu mordercy zadecydował przypadek. W 2003 roku właściciel hoteliku w sąsiedniej prowincji zawiadomił policję, że zjawił się u niego mężczyzna, który nie posiada dowodu osobistego, na dodatek podejrzanie się zachowuje. Yang został zatrzymany. Pobrano od niego próbki DNA, które porównano z pobranymi z miejsc, w których znaleziono zabitych ludzi. Okazało się, że są identyczne z tymi, które zachowały się na miejscu zbrodni popełnionych młotkiem.

Proces przeprowadzono szybko. Zebrane dowody nie pozostawiały wątpliwości co do tożsamości sprawcy, tym bardziej że oskarżony przyznał się w śledztwie do popełnienia 67 morderstw i dokonania 23 gwałtów. Yang Xinhui został skazany na śmierć i 14 lutego 2004 r. rozstrzelany.

Robert Suliński