Służąca czy pomoc domowa?

pipala

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a co za tym idzie w wielu domach trwają przedświąteczne porządki i przygotowania. W większości polskich domów zajmują się tym ciągle kobiety – panie domu, na szczęście coraz częściej wspomagane przez mężów. Co zamożniejsi, aby uniknąć owych przygotowań decydują się na atrakcyjny wyjazd. Jeszcze inni zatrudniają tzw. „pomoce domowe”, zwane kiedyś służącymi co jednak nie do końca oznaczało to co dzisiaj. Dawno temu panna służąca bowiem była osobą, która w domu zatrudniającej ją rodziny służyła tejże rodzinie parą swoich rąk, w sprzątaniu i gotowaniu, podczas gdy złożona migreną albo inną niemocą pani domu nie robiła nic. No moż ewentualnie robiła sobie makijaż albo manicure. Ale już schylenie się, aby zrobić pedicure było ponad jej siły. Poza tym panna służąca służyła swoim chlebodawcom nie tylko siłą swych rąk, również innymi częściami ciała, bo to zazwyczaj za jej sprawą „panicz” odkrywał uroki swojej seksualności, a „pan” uspokajał swój temperament.

Taki obraz panien służących malował się do II wojny światowej, a tuż po niej życie codzienne i jego zasady zdominowała klasa pracująca miast i wsi, w którym miejsca dla służących nie było, ponieważ panująca ideologia głosiła, że ludzie są sobie równie i nikt nie będzie upokarzał jednego, by drugiemu służył. Służące zeszły do podziemia, ale było ich już niewiele, bo kobiety wiejskie, z których większość służących się wywodziła, emancypowały się albo stanowiły parę rąk służącą własnemu dobru, czyli uprawianiu kilku mórg ziemi, które ludzie wiejscy otrzymali z parcelacji majątków „wyzyskiwaczy” w ramach reformy rolnej. Służące zupełnie nie zanikły, zachowały się jeszcze w rodzinach zasobnych, posiadających na ich utrzymanie środki finansowe i mieszkaniowe, zazwyczaj wnękę z łóżkiem w kuchni, która była domeną służącej.

Takie „warunki mieszkaniowe” dla służących zachowały się jeszcze w przedwojennych kamienicach, w powojennym budownictwie „dla ludu” czyli pokoju z ciemną kuchnią, już nie. Ale z posiadaniem służącej nikt się nie afiszował, wręcz przeciwnie, kto w swoim domowym życiu służącą się wspierał, to fakt ten raczej ukrywał. Większość z tych, którzy przed wojną posiłkowali się służącą, po wojnie gnieździła się z rodziną w pokoju z kuchnią i nie sposób było nawet myśleć, by do tego typu „domowego ogniska” mogła się jeszcze dosiąść służąca. Ich rolę przejmowały więc babcie, ale oczywiście tylko w kwestiach gotowania, sprzątania i opiekowania się dziećmi. I tak to sobie trwało do roku 1989…

Gdy nastała wolność, Polacy zaczęli nagle zarabiać prawdziwe pieniądze, a ponieważ chcieli ich mieć coraz więcej, to pracowali coraz więcej i czasu na zajmowanie się domem, gotowaniem, opieką nad dziećmi zaczęło brakować. W przeciwieństwie do czasów sprzed wojny popytu na służące nie zrodziło wygodnictwo „pań domu” lecz brak czasu. Signum nowych czasów było i to, że słowo „służąca” zniknęło ze słownika. Zamiast „służącej” zaczęto się posługiwać „panią do dziecka”, „panią sprzątającą”, „panią do mycia okien”. Z tych synonimów upowszechniła się „pomoc domowa”.

Pierwsza duża podaż „pomocy domowych” nastąpiła z chwilą reformy Balcerowicza, kiedy to mnóstwo zakładów pracy straciło rację bytu, a ich załogi pracę. Kobiety pozbawione pracy zaczęły szukać sposobu na dorobienie sobie do „kuroniówki” albo zasiłku przedemerytalnego, a najprostszym sposobem było zaoferowanie siebie do opieki nad dzieckiem, sprzątania, mycia i gotowania. Początkowo szło to z oporami, ponieważ ci, którzy zatrudniali pomoce domowe, byli niejednokrotnie w drugiej, a czasem nawet pierwszej linii, potomkami tychże przedwojennych pań służących. Także lata komuny u wielu ludzi ukształtowały pogląd, że zatrudnianie służącej, teraz „pomocy domowej”, jest nieetyczne, dla służącej dyskryminujące i poniżające. Toteż na początku lat 90., mimo że podaż pomocy domowych była duża, wielu Polaków wolało własnymi rękami sprzątać dopiero co wybudowane domy czy mieszkania. Z czasem, acz powoli, optyka pojmowania fachu „pomocy domowej” zaczęła się zmieniać:

– Skoro jedna pani świadczy w mojej firmie usługę sprzątania, to jeśli inna pani sprząta w moim domu, to przecież też tylko świadczy mi usługę. Jeśli opiekuje się moim dzieckiem, to też jest usługa – tego typu pogląd zaczął powoli kształtować mentalność pracodawców „pomocy domowych”, ale o jego powszechności trudno jeszcze mówić.

Zadaniem socjologów zajmujących się sferą usług domowych, wśród Polaków dominują dwie postawy wobec zatrudnianych osób. Przeważa „model rodzinny”, czyli traktowanie takiej osoby niczym członka rodziny, zaś na drugim biegunie jest traktowanie pomocy domowej przedmiotowo, wywyższanie się. Trzeci model jest charakterystyczny dla pracodawców wywodzących się z sektora korporacyjnego i stamtąd czerpiących wzorce postępowania na linii szef – podwładny. Dla nich pomoc domowa to podwładny, którym się zarządza.

Pomoce domowe to studentki, kobiety, które straciły środki do życia, na przykład są po rozwodzie, a były na utrzymaniu męża. Wcale nie do rzadkości należą osoby z wyższym wykształceniem. Aktorka zatrudniła się jako pomoc domowa, by przekonująco zagrać rolę służącej, ale gdy wyjawiła pracodawcom, w jakim celu się u nich zatrudniła, poprosili, by mimo wszystko została. Została na dłużej, bo z czasem skomplikowały się jej sprawy zawodowe. Pewna pani chodziła na spacer z psem, spotykała podczas niego inną panią z czworonogiem, z czasem powiedziała znajomej, że ma mamę po udarze, pani zaoferowała pomoc. Po jakimś czasie pracodawczyni dowiedziała się, że jej pomoc domowa, to wzięty naukowiec, pani profesor wykładająca na uczelni. „Pomocą domową” przy rówieśniczce po udarze została „z serca”. Współpraca trwała rok, bo potem panią profesor znajomi ściągnęli na wykłady na zagranicznej uczelni.

Wśród pomocy domowych są kobiety, które znają swoją wartość, mają wiedzę dotyczącą nie tylko kuchni i ścierki do sprzątania. Znają się na środkach czyszczących (co do czego), piorących, kosmetykach (do twarzy, ciała), potrafią same robić i nauczyć wykonywać mydło, szampony, płukanki, itp. Te perfekcyjne pomoce domowe odmawiają klientom, którzy chcą szybko i tanio, także takim, którzy lubią patrzeć na ręce i kontrolować.

Na pytanie ilu Polaków korzysta obecnie z pracy pomocy domowych trudno udzielić dokładnej odpowiedzi. Dekadę temu 3 proc. ankietowanych odpowiedziało, że płaci innej osobie za pomoc w domu, ale 15 proc. przyznawało, że ktoś taki by się przydał. O skali sektora można się dowiedzieć z internetu. Zajmujące się tą kwestią serwisy mają po kilkaset odwiedzin miesięcznie, a na ich stronach zamieszcza swoje dossier po kilka tysięcy osób, gotowych na pracę przy dziecku lub zajęcie się sprzątaniem.

Zdrowych i Wesołych Świąt oraz Szczęsliwego Nowego Roku!

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii