Smak szczęścia

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Kto by nie chciał być szczęśliwy? Każdy chce. W księgarni półki się uginają od poradników, nawet są specjaliści, którzy gotowi są nas uczyć jak być szczęśliwym, jak zmienić swoje życie. Tylko czy jest jedna recepta na szczęście, czy jest definicja szczęścia? Niestety, a może „stety”, nie ma jednej definicji szczęścia, dla każdego szczęście jest czymś innym. Cały sekret polega na tym, żeby znaleźć to co jest dla nas szczęściem. Większość z nas pędzi przed siebie na oślep. Ja też kiedyś tak biegłam. Pędzimy więc, żeby złapać to ulotne coś, co da nam poczucie spełnienia, samorealizacji, wewnętrznego spokoju i radości. Czegoś co sprawi, że bedziemy budzili się każdego ranka pełni enrgii z uśmiechem na twarzy i będzie się nam chciało chcieć. Od najmłodszych lat mamy wkładane do głowy w domu, w szkole, w pracy, co musimy, co należy, co wypada. Wchodzimy więc w dorosłe życie z bagażem nakazów i zakazów. Mamy być odpowiedzialni, dojrzali, ambitni, pracowici, uczciwi. Okazuje się, że pomimo naszych starań ciągle jest za mało. Ktoś nam ciągle podnosi poprzeczkę. Kto? Życie i otoczenie. Zaczynamy biec. Coraz szybciej, coraz więcej. Nie chcemy być postrzegani jako niezaradni, leniwi, mało ambitni. Więc znowu więcej i więcej. Po drodze są ukończone szkoły, kariera, awanse, podwyżki, nowe samochody, markowe ciuchy, pierwsze mieszkanie, a wraz z nim kredyt. Tydzień się zmienia, mamy wrażenie, że nie ma weekendu, bo ten często jest wchłonięty przez wyjazd integracyjny. Ciągle jest poniedziałek i znowu w formie musimy stanąć w drzwiach biura. Doba się kurczy. Mijają lata. Mamy jeszcze lepsze auto, większe mieszkanie z większym kredytem i zazdrosnm spojrzeniem znajomych. Jest! Mamy sukces! Niektórzy patrzą na nas z podziwem, inni z zazdrością. To nas nakręca, chcemy więcej. Musimy wyprzedzić Kowalskiego. W przyszłym roku zmienię auto, będzie model lepszy niż ma sąsiad. Po pewnym czasie nic nas nie cieszy. Radość z kupna wymarzonej rzeczy kończy się w momencie zapłaty. Uczucie pożądania znika, jest ok. i odkładamy to na półkę. Niby mamy wszystko, ale nie mamy w sobie tego uczucia spokoju i spełnienia. Coś nas ciągle goni, a w duszy nam gra Urszula „Czego wciąż mi brak? Co tak cenne jest, że ta nie nazwana myśl rysą jest na szkle?” Zaczynamy źle spać, jesteśmy ciągle zmęczeni, myślimy przez sen. Wpadliśmy w błędne koło, działamy jak trybiki w maszynie, biegniemy jak chomik w klatce. W tym wszystkim zarakło czasu żeby żyć. Nakręceni stresem, z tabelkami w głowach, biegniemy już ileś lat. Dzieci, rodzina – to miał być raj, a tymczasem to ciągłe potrzeby, pretensje, problemy logistyczne kto odbierze, kto popilnuje? Ciągła walka z czasem i z obowiązkami. Dom – miejsce, w kórym zamiast żyć właściwie tylko śpimy, przekazujemy sobie wzajemnie informacje kto, jak, kiedy, gdzie, ogarnie dzieci, zakupy, wyprowadzi psa, pójdzie na wywiadówke, do lekarza. Boże! Co się z nami stało? Gdzie ta para, która godzinami spacerowała bez celu i nie potrzebowała do szczęścia nic więcej. Mieliśmy marzenia, miało być tak pięknie. Miały być dzieci, domek z ogródkiem i sielanka. Jest domek, są dzieci tylko nie ma nas. Są wzajemne pretensje, pośpiech, a my jakby obcy. Gdzie jest to szczeście, ta sielanka, ta radość? Ona zasnęła w fotelu, odziana w poplamiony kawą szlafrok, z niezmytym makijażem. Przed Nią na ławie wypracowanie syna, miała sprawdzić, nie dała rady poległa. On wraca z podróży służbowej. Żeby nikogo nie obudzić wchodzi cichutko, w jadalni na krześle wiesza marynarkę, robi drinka i ląduje przed komputerem, bo jeszcze coś ma do zrobienia. Drink zapewni odrobinę relaksu, ukoi nerwy. Pierwszy łyk i to uczucie przyjemnego ciepełka rozchodzącego się po ciele. Świat staje się piękniejszy. Po północy przebudza się Ona, zbiera się z fotela, spogląda na Niego jednym okiem. Nie ma czułości, powitania. Jest zmęczenie. Ona patrzy z wyrzutem na szklankę z drinkiem, On spogląda na Nią beznamiętnie. Namiętność już tutaj chyba nie mieszka. Ona wyglądem nie przypomina aktorki ze sceny erotycznej, raczej walczącą o byt bezdomną z okolic dworca centralnego. Wlecze się do łóżka, pada w tym szlafroku i zanim zaśnie zdąży tylko pomyśleć „jak robią to te kobiety w filmach, że są piękne, zadbane, wypoczęte i uśmiechnięte? Chciałabym być niczym Kozuchowska w Rodzince.pl”. Zasypia. Rano o piątej dzwoni budzik, skok na równe nogi, bo za trzy godziny ma być w gabinecie szefa. Ma być rzecz jasna, piękna, elegancka z plikiem gotowych dokumentów. Boże!!! Tych dwoje zakochanych niegdyś do szaleństwa ludzi, zaczyna żyć bardziej obok. Łącza ich dzieci i rachunki, a najbardziej kredyt we frankach szwajcarskich zacągnięty na dom. Ciągle biegną, tylko chyba już nie wiedzą za czym. Czy widziałeś drzewo rosnące do nieba? Nie i tu nadejdzie jakaś burza, będzie zmiana, musi być. Na jednych spadnie jak grom z jasnego nieba choroba, która zmieni całe życie i priorytety. Na innych spadnie rozwód. Na jeszcze innych strata pracy. Zawsze w życiu przychodzi moment, kiedy wszystko na chwilę zatrzymuje się w miejscu. Moment zwany często tragedią, a tak naprawdę to jest zmiana. Początek czegoś nowego. Ludzie w sytuacjach ekstremalnych odkrywają w sobie niesamowite pokłady energii, kreatywności, zdolności wszelakich. Mają nagle odwagę zrobić coś czego nie odważyli się robić przez całe życie. Często wychodzą w takim momentach z założenia – a co mi zależy, już nie mam nic do stracenia i wtedy często odbijają się od życiowej trampoliny i zaczynją robić nie to co wypada, ale to o czym marzyli całe życie. Nagle samotne matki robią karierę, są matką i ojcem i świetnie sobie radzą. Nagle ktoś po ciężkiej chorobie, ma taki apetyt na życie, że kończy kolejne studia, robi karierę zawodową. Moje życie było kiedyś bardzo podobne. Korpo-mąż, ja z biznesem na głowie. Jak spojrzę wstecz to aż przykro patrzeć. A gdzie to szczęście i sukces? Moje szczęście smakuje pomidorową i naleśnikami z serem. Teraz to wiem. Po latach życia zdawczo-odbiorczego w pośpiechu i pędzie, w rytmie telefonów od klientów i szefa. Pieniądze były na zasadzie weszły -wyszły. Bo im więcej się zarabia tym więcej się wydaje. Szybkie życie jest bardzo drogie. Obiady w restauracjach nie z luksusu tylko z braku chęci i siły do gotowania. Pewnego dnia dotarło do mnie, że moje dzieci przez lata nie jadły pomidorówki, kopytek, naleśników. A pierogi jak są to kupowane, bo nie mam czasu ugotować. Nie chodzę z dziećmi do kina, najwyżej podwożę i zostawiam, bo nie mam czasu. Jak już uda mi się pójść to zasypiam na seansie. Ta świadomość bolała jak szlag. Nagle zrozumiałam, że marzę o tym, żeby kręcić się w kuchni w fartuszku i patrzeć na dzieci wracające ze szkoły, odrabiające zadania przy kuchennym stole. Gotować im pomidorówkę i smażyć naleśniki. Nie mieć w głowie cyferek, które muszę zarobić, planów, analiz i kosztów. Nie chcę być żadną kobietą biznesu. Chcę spokojnej pracy i żyć poprostu żyć. Mieć czas oddychać powietrzem, wracać z pracy powoli z nogi na nogę. Co mi z pięknego domu kiedy tam tylko śpię? Los mi przyszedł z pomocą i chwilę później nastapił czas wielkich zmian. Na początku przypominało to tornado, był płacz, łzy i zgrzytanie zębów. W głebi serca wierzyłam, że to musi być początek czegoś nowego, czegoś dobrego, że nie może tak po prostu bez głębszego sensu się wszystko tak poukładać. Zmiany dały mi czas na krzątanie się po domu i gotowanie. To był piękny czas. Przyszły najtrudniejsze chwile, dużo czasu do myślenia. Dziś kocham moje obecne życie, pracę, w kórej mam wolną głowę, to że nie dzwoni mi telefon. Kiedy zamykam za sobą drzwi w pracy mogę już skupić sie tylko na rodzinie. Osiagnełam stan wewnetrznego spokoju i spełnienia.