Śmieciowa polska mafia

str-19-smieci

Problem śmieci w Polsce na naszych łamach zaledwie zasygnalizowaliśmy, a okazuje się, że urasta on do rangi światowej. Efektem globalizmu jest zawitanie śmieciowego problemu także do Polski, bo okazuje się, że na śmieciach można zarobić krocie. Oczywiście nie w sposób legalny, lecz nielegalny. Gdy mamy do czynienia z wielkim biznesem nielegalnym, mamy automatycznie do czynienia ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, które takim biznesem się zajmują, a grupy przestępcze określa się najczęściej słowem mafia. Niejaki James Bevan, szef rządowej agencji zajmującej się dbałością o angielskie środowisko naturalne, już dwa lata temu twierdził, że nielegalny biznes śmieciowy jest tak opłacalny, jak przemyt narkotyków w latach 80. A to ogromne pieniądze.

Nie ma się więc co dziwić, że mafia śmieciowa zawitała także do Polski, tym bardziej, że znalazła tam znakomite warunki dla prowadzenia swojej działalności. Nabijanie kabzy na śmieciach jest łatwe, o ile ma się trochę tupetu, sprytu, nade wszystko sprzyjające „warunki środowiskowe”. W Polsce takie warunki są.

W 2013 roku uchwalono w Polsce ustawę o gospodarce odpadami, która miała wiele wad, a główną było zrzucenie odpowiedzialności w tej kwestii na samorządy. Polskie samorządy jak chyba każde samorządy w innych krajach największy problem mają z niedomykającym się budżetem. Ciągle brakuje im pieniędzy. Gdy więc na głowę samorządowców spadła kwestia czystości, czyli między innymi prowadzenia gospodarki odpadami, de facto śmieciami, w przetargach na wywóz śmieci wygrywały te firmy, które oferowały najniższa cenę. Jedyną maszyną tanich firm, które wygrywały przetargi, był samochód-śmieciarka, a technologią transport na dzikie wysypisko w lesie lub w wyrobisku po żwirowni. Ale problem śmieci komunalnych to maleńka cząstka śmieciowego biznesu.

Śmieciowy biznes szybko zwietrzyli ludzie, którzy umieją się poruszać w nielegalnych rewirach i czerpać z tego korzyści. Ustawa z 2013 r. obowiązek wydawania zezwoleń na przetwarzanie śmieci również zrzuciła na samorządy. Uzyskanie takiego zezwolenia zazwyczaj nie stanowiło większego problemu. Występujący o nie „słup”, czyli podstawiony przez mafię człowiek dysponujący tytułem własności do odpowiedniej wielkości gruntu, występował do gminy z wnioskiem o utworzenie „punktu recyklingu”. Samorząd wydawał zgodę, pod warunkiem oczywiście, że firma prowadzić będzie odzysk surowców. I po wydaniu zezwolenia zazwyczaj nikt się nie przejmował, czy „punkt recyklingu” tenże recykling prowadzi. Zazwyczaj nie prowadził, ale też nie był kontrolowany.

Do „punktu recyklingu” zaczynały natomiast napływać w coraz większej ilości śmieci z zagranicy. Bo podstawą śmieciowego biznesu nie są jakieś tam krajowe odpady komunalne, obierki z ogórków, czy pudełka po butach, lecz śmieci z zagranicy, przede wszystkim tworzywa sztuczne i chemikalia (ostatnio na terenie jednego z polskich lasów znaleziono beczki z ulatniającym się z nich chlorem, których właściciel okazał się oczywiście nieznany).

Właściciel składowiska za jedną tonę importowanych śmieci inkasował od 150 zł do 1 tysiąca zł, w zależności od tego co prezentował sobą „towar”. Im bardziej toksyczny i trudno przetwarzalny, tym więcej pieniędzy dostawca musiał pakować do kieszeni właściciela punktu recyklingu. Podczas trzech lat, od roku 2015 do 2017 przywieziono do Polski 800 tys. ton śmieci. Jeśli właściciele składowisk inkasowali za tonę średnio 500 zł, to w ciągu tych trzech lat ich konta wzbogaciły się o 400 mln zł. To pieniądze nie do pogardzenia.

Śmieciowy problem ma zasięg globalny i związany jest zarówno z wzrastającą konsumpcją, przede wszystkim opłacalnością prowadzenia odzysku surowców ze śmieci. W większości przypadków technologia jest nadzwyczaj prosta. Taśmociągi i co najwyżej magnesy do wyławiania złomu to skromne uzupełnienie pracy ręcznej. W krajach, w których stawka godzinowa jest wysoka, nie opłaca się prowadzić recyklingu, taniej wychodzi zapłacić komuś, kto te śmieci zabierze i wywiezie. W USA branża zajmująca się eksportowaniem śmieci (nie odzyskiwaniem surowców wtórnych, lecz wysyłaniem śmieci za granicę) zatrudnia ok. 155 tys. osób. Z USA śmieci jeszcze nie trafiają do Polski, ale z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Szwajcarii, Austrii, a ostatnio z… Nigerii i Australii już tak. I wszystko wskazuje na to, że jeśli rząd nie postawi szczelnych barier, to mafia śmieciowa będzie nas nimi zasypywać ze wzmożoną aktywnością. A wszystko przez… Chiny.

Od lat 80. gdy w Chinach rozpoczęła się reforma gospodarcza, gwałtownie zaczął rosnąć popyt na surowce do produkcji. Państwo Środka jest ogromne, trzecie pod względem powierzchni (9 596 960 km kw.), tuż za naszą Kanadą (9 984 670 km kw.), ale ogrom powierzchni nie przekłada się na zasobność w surowce. Chińczycy wymyślili więc, że będą sprowadzać do siebie śmieci, bo ze sprzętu elektrycznego i komputerowego można odzyskiwać rzadkie metale, ze złomu i statków do rozbiórki taniej uzyskuje się stal niż w tradycyjnym procesie przetapiania, taniej też było odzyskiwać i przerabiać tworzywa sztuczne, niż produkować je z ciągle drożejącej drogiej ropy naftowej. Chinom opłacało się, także pokrywać koszty transportu śmieci z odległych rejonów świata, ponieważ dysponowali u siebie tanią, dobrze zorganizowaną i chętną do pracy siłą roboczą. Mało kto zapewne wie, że w obecnej dekadzie Chiny sprowadzały ok. 60% wyrzucanych na śmietnik na całym świecie odpadów plastikowych. W imporcie śmieci Chiny były potęgą.

Były, ponieważ jesienią ub. roku przywódca Chin, Xi Jinping, podczas zjazdu chińskiej partii oświadczył, że czas jest najwyższy, by Chiny zaczęły się stawać cywilizacją ekologiczną. Za słowami wodza poszły działania urzędników. Szybko sporządzili listę ponad 20 kategorii śmieci, których sprowadzanie do Chin zostało zabronione, a w bieżącym roku lista zostanie uzupełniona o kolejne kategorie. Efekt stał się widoczny natychmiast. W pierwszym kwartale bieżącego roku Chiny sprowadziły ledwie 54% śmieci w porównaniu z tym, co napłynęło do tego kraju w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Na świecie zapanowała trwoga. Zaczęło się paniczne poszukiwanie nowych odbiorców (chętne są podobno Wietnam, Tajlandia, Malezja), a w międzyczasie korzysta się z usług śmieciowej mafii, takiej na przykład, jaka działa w Polsce. Według ostatnich szacunków w Polsce jest ok. 120 nielegalnych składowisk śmieci (w Wlk. Brytanii ponad tysiąc). Gdy składowiska, także te legalne, są już pełne i nie ma miejsca na przyjmowanie kolejnych transportów, wybucha na nich pożar. Właściciele składowisk twierdzą, że pożary są wynikiem samozapłonu, ale nikt w to nie wierzy. W ciągu minionych 7 miesięcy obecnego roku wybuchło w Polsce już ponad 70 pożarów śmieciowych składowisk. W ten sposób śmieciowa mafia robi sobie miejsce na przyjmowanie kolejnych transportów, a mieszkańcy nie tylko okolicznych miejscowości mają w powietrzu, w ziemi i w wodzie toksyczne, rakotwórcze związki. Rząd w osobie ministra środowiska, Henryka Kowalczyka, zapowiedział, że mafijny proceder śmieciowy ukróci. Polacy czekają zaś niecierpliwie, czy ich kraj przestanie być wreszcie największym w Europie składowiskiem cudzych śmieci z nigdzie indziej niespotykaną specjalnością, czyli tychże składowisk pożarami.

Rafał Suliński