Śmierć bałtyckiego dorsza

str-23-dorsz

Mamy wakacje, w kilkutygodniowych odstępach pojawiają się rzadko spotykane upały i Polacy ruszyli nad Bałtyk. Na plażach tłoczno, po wyjściu z wody chce się jeść, więc dwa kroki do nadbrzeżnych smażalni na dorsza. No i zaczyna się awantura, bo urlopowicz chce bałtyckiego dorsza, którego wyjątkową jakość zapamiętały jego kubki smakowe z poprzedniego urlopu nad polskim morzem, a dostaje skórkę i kawałek przylepionego do niej rybiego mięsa. Zapewnień właściciela smażalni, że tak właśnie wygląda dziś polski dorsz, żaden urlopowicz nie chce przyjąć do wiadomości. Tym bardziej hiobowych wieści, że polski dorsz wymiera. A taka jest, niestety, prawda.

Przyczyn jest kilka, a te główne, to przetrzebienie łowisk i, a może nawet przede wszystkim – zmiany klimatyczne oraz brak wspólnej polityki połowowej krajów nadbałtyckich.

Bałtyk jeszcze 8 tysięcy lat temu był słodkim jeziorem i dopiero, gdy ruchy tektoniczne spowodowały powstanie cieśniach duńskich (Skagerrak i Kattegat), zaczęła się do niego wlewać zimna słona woda z dzisiejszego Morza Północnego. W miarę jak postępowało zasolenie, zaczęły do tego już coraz mniej słodkiego jeziora wpływać ryby i organizmy żyjące w słonej wodzie, no i po kilku kolejnych setkach czy tysiącach lat powstał nasz słony Bałtyk z dorszami, śledziami, flądrami itp. Zlewnia Bałtyku sięga Sudetów i Karpat na południu po obszary znajdujące się na północ od kola podbiegunowego. Największe rzeki wpadające do niego to OdraWisłaNiemenDźwina i Newa. Wszystkie one, a także pomniejsze, transportują nieustannie do naszego śródlądowego morza miliony ton słodkiej wody. Zasolenie zaś swoich wód Bałtyk zawdzięcza wlewom z Morza Północnego. Zimna i bardzo słona woda, która stamtąd co roku wlewała się do Bałtyku, gwarantowała właściwe warunki życia dla jego ryb i innych organizmów.

Problem w tym, że w 1983 roku rytm natury wyhamował. Funkcjonujący od wieków mechanizm odmówił dotychczasowej regularności. Wlewy ustały, a naukowcy nie potrafili ustalić jest tego przyczyną. Mechanizm się zaciął i odblokował dopiero po dziesięciu latach, bo kolejny wlew nastąpił w roku 1993. Biolodzy, ichtiolodzy, nade wszystko rybacy odetchnęli przekonani, że natura powróciła do ustalonego przez wieki rytmu. Było to jednak tylko jednorazowe przebudzenie. Po wlewie z 1993 r. na kolejny trzeba było czekać ponad 20 lat, bo do roku 2014. Tym razem okazał się on niezwykle obfity, badacze określili go nawet rekordowym. Ogromne ilości zimnej i słonej wody dawały nadzieję na odnowienie przymierającego życia biologicznego. Poprawa, niestety, nie nastąpiła. Czytelnik oczekuje zapewne odpowiedzi na pytanie jaki jest związek dorsza ze słoną wodą? Bardzo otóż istotny, można powiedzieć, że wręcz żywotny.

Ikra dorsza, która w wyniku tarła wydostawała się, oczywiście do wody, osiadała na silnie zasolonych jej pasmach, które tworzyły w morzu miękki kożuch. Znajdowała na nich doskonałe miejsce dla dalszego rozwoju. Teraz, gdy tych pasm silnie zasolonej wody nie ma, ikra osiada na bałtyckie dno i tam umiera, bo na coraz większych już obszarach bałtyckie dno jest pozbawione tlenu. Tlenu w Bałtyku jest coraz mniej, ponieważ morze jest coraz bardziej zanieczyszczane związkami chemicznymi znajdującymi się w nawozach sztucznych, którymi rolnicy użyźniają swoje pola. Deszcze spłukują je do rzek, a te transportują do Bałtyku. Ichtiolodzy obserwują, że dorsze, jakby przeczuwając zagrożenie dla swojej egzystencji, rozpoczynają tarło w coraz młodszym wieku. Bałtyckie dorsze były zawsze mniejsze od atlantyckich, ale teraz z ikry i narybku, któremu udaje się przeżyć, dorastają egzemplarze, które w porównaniu z dorszem atlantyckim można nazwać miniaturką.

Drugi czynnik, który uśmierca bałtyckiego dorsza, to „czynnik ludzki”. Jeszcze na początku lat 80. dwudziestego wieku dorszy, ale też innych ryb, było w Bałtyku zatrzęsienie. Dziś dorsz bałtycki uważany jest za rarytas, wtedy uważano go za rybę wręcz „śmieciową” i pożywienie biedoty. Przywoływano ukute jeszcze przed wojną powiedzenie ”jedzcie dorsze, g… gorsze”. Za „śmieciowością” dorsza stał oczywiście człowiek.

Klęska urodzaju sprawiała, że rybacy na kutrach nie mieli czasu, by natychmiast patroszyć dorsze, co w przypadku akurat tej ryby jest konieczne. Dorsz ma bowiem bardzo silne soki trawienne i jeśli nie wypatroszy się go natychmiast po złowieniu, całe jego mięso nasiąka nieprzyjemną goryczą. Na dodatek w latach 80. ubiegłego wieku Polska była krajem permanentnego niedoboru wszystkiego, w tym także odpowiednich warunków do przechowywania złowionych ryb. Nie było wystarczającej liczby chłodni, nie mówiąc już o samochodach chłodniach do transportu ryb na duże odległości. W bardzo dużej ilości dorsze więc się marnowały. Te, które nie zdążyły zgnić, przerabiano na mączkę rybną. A człowiek nadal im dokopywał.

Przez długie lata miejscem, w którym dorsze czuły się bezpiecznie i w którym dorastały do dużej wagi, były wrakowiska. Nie były tam nagabywane przez rybaków, bo ci nie spuszczali sieci w miejscach, w których mogły się one zaplątać w spoczywające na dnie wraki. Ale na początku lat 90. na rynku ze sprzętem rybackim pojawiły się nowe sieci i z tą chwilą rybacy nie bali się już spuszczać sieci w miejsca dotychczas uważane za niedostępne. Na apele ichtiologów i biologów, że niszczy się siedliska najzdrowszych i największych ryb, które decydują o jakości całej dorszowej populacji, nikt nie zwracał uwagi. Niewyedukowani rybacy byli szczęśliwi, że od chwili wprowadzenia nowych sieci ich połowy zwiększyły się o 3 tysiące procent (!) i oczywiście absolutnie nieświadomi, że podcinali gałąź, na której siedzieli. Trzebili bowiem najbardziej dorodne ławice dorszy. Dziś płacą za to wysoką cenę.

Na dodatek nie ma też wspólnej polityki połowowej państw bałtyckich, a jest ich dziewięć (Dania, Estonia, Finlandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Polska, Rosja, Szwecja). Państwa skandynawskie nie są zainteresowane dorszem i jego połowami, a więc także liczbą i jakością jego populacji, ponieważ te państwa łowią masowo śledzie i szproty, które przerabiają na mączkę rybną. A akurat i śledzie, i szproty stanowią główne pożywienie dojrzałych dorszy.

W tej sytuacji Marek Gróbarczyk, polski minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, będzie rekomendował swoim odpowiednikom z krajów bałtyckich wstrzymanie na rok połowów dorsza. Aczkolwiek, jak sam przyznaje, takie jednorazowe i tylko na rok wstrzymanie połowów raczej nie spowoduje odbudowy jego populacji. Na świecie są pozytywne przykłady odbudowy morskiej fauny w tych częściach akwenów, w których wstrzymano połowy, tyle tylko, że zakaz taki obowiązywał tam przez kilka lat. Nad Bałtykiem jest zaś dziewięć państw, każde ma swoje interesy związane z tym akwenem i o wypracowanie jednomyślnego stanowiska będzie raczej trudno. Chyba, że przyjdzie otrzeźwienie, do uszu decydentów dotrą zaś wołania naukowców, że Bałtyk ginie i niedługo może się przekształcić w śmierdzące i pozbawione wszelkich przejawów życia bajoro.

Sinice, które pojawiły się w ostatnich tygodniach w niemal całym Bałtyku i odseparowały urlopowiczów od morskich kąpieli, są tego pierwszym zwiastunem. Także miniaturki, w które wyewoluował bałtycki dorsz.

Marek Kober