Sprzedawca mięsa i skórzanej galanterii

str-25-karl-denke

Miejscowość leży 63 kilometry na południe od Wrocławia, a jej mieszkańcy jeśli już się czymś szczycą, to tym, że urodził się tam Janusz Kamiński, operator filmowy stale współpracujący ze Stevenem Spielbergiem, dwukrotny laureat Oscara za zdjęcia do filmów „Lista Schindlera” oraz „Szeregowiec Ryan”. Zdziwienie przybysza potęgują dodaniem, że 13 lat po Kamińskim, w roku 1972, także u nich, przyszła na świat piosenkarka Edyta Górniak. Ta miejscowość nazywa się Ziębice.

Jej mieszkańcy milczą natomiast o tym, co się zdarzyło w murach ich miasteczka, gdy nazywało się jeszcze Münsterberg, czyli w czasach przynależności tych terenów do Niemiec. Pewnie wiedzą, co 95 lat temu porabiał jeden z ówczesnych mieszkańców, rzecz w tym, że nie jest to powód do chwały. To, co porabiał, z całą natomiast pewnością jest zapisane w kronikach światowej kryminalistyki, mimo że do dziś wiele faktów, w tym te najistotniejsze, pozostają niewyjaśnione i pewnie nigdy wyjaśnione do końca nie zostaną.

Odkrycie, którego dokonano trzy dni przed wigilią Bożego Narodzenia roku 1924, dowodzi, że człowiek potrafi być zwyrodnialcem dokonującym najbardziej makabrycznych i obrzydliwych morderstw, prezentując się przy tym miejscowej opinii publicznej jako człowiek spokojny, zrównoważony, pracowity i oczywiście religijny, bardzo aktywnie angażujący się w życie miejscowej parafii i wspierający biednych oraz bezdomnych. Taką opinię miał w oczach swoich współmieszkańców jeden z ich ziomków. Był wzorem obywatela, a jedyną kwestią, która sprawiała, że nie był w ich oczach ideałem, lecz tylko stał u jego boku, było to, że żył bez kobiety, samotnie. Fakt ów sprawiał, że niektórym mieszkańcom wydawał się być dziwakiem, acz nieszkodliwym.

Ów bogobojny wzór cnót wszelakich nazywał się Karl Denke i wtedy, w roku 1924, liczył sobie pół wieku z czteroletnim okładem. W opinii miejscowych był rzemieślnikiem wyrabiającym w domowym zaciszu galanterię skórzaną – szelki, paski, sznurówki. Zaopatrywano się u niego chętnie, podobnie jak nie gardzono jego peklowaną i oskórowaną wieprzowiną, którą handlował przede wszystkim na dużym targowisku we Wrocławiu. I pewnie trwałoby to jeszcze długie lata, gdyby do uprawianego przez Karla Denke rzemiosła nie wkradła się nieprzewidziana przez niego okoliczność liczona w ułamkach sekundy.

Stało się to właśnie na trzy dni przed wigilią Bożego Narodzenia 1924 roku. Tegoż dnia po domach mieszkańców Münsterbergu chodził upraszając się o jałmużnę niejaki Vincenz Olivier – bezrobotny i bezdomny stolarz. Zapukał też do drzwi domu stojącego przy ulicy, która dziś nazywa się Stawowa. Otworzył mu je właśnie Karl Denke, który na prośbę bezrobotnego stolarza o jałmużnę zaproponował mu transakcję wymienną – on da Olivierowi 20 fenigów, ale obdarowany ma mu się zrewanżować napisaniem listu. Bezrobotny stolarz był czytaty i pisaty, toteż usiadł przy stole, zamoczył pióro w inkauście i po napisaniu pierwszego podyktowanego zdania, które brzmiało cokolwiek dziwnie „Adolf, ty tłusty bebechu”, zaśmiał się i odwrócił głowę. I to był właśnie ów ułamek sekundy, który jemu uratował życie, a Karla Denke zdemaskował.

W ułamku bowiem sekundy, gdy odwrócił głowę, Vincenz Olivier zrobił unik przed ciosem motyką, który chciał mu zadać bogobojny wytwórca skórzanej galanterii. Stolarz błyskawicznie wstał, rzucił się na napastnika, po krótkiej szarpaninie wyrwał mu motykę z rąk i rzucił się do ucieczki krzycząc, że Denke chciał go zabić. Tuż po nim z domu wybiegł także Karl, który też zaczął krzyczeć do przechodniów, ale że uciekający mężczyzna napadł na niego, gdy tylko otworzył drzwi i chciał go obrabować. Świadkowie zajścia byli skonsternowani i nie wiedzieli, komu wierzyć, ale oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa, bardziej wierzy się nie bezrobotnemu żebrakowi lecz dobrze ubranemu i znanemu przynajmniej z widzenia szacownemu wytwórcy skórzanej galanterii.

Podobnego zdania byli także policjanci, którzy szybko ujęli stolarza Vincenza. Oni również kwestionowali relację napadniętego, bo nie mieściło im się w głowach, że porządny obywatel Karl Denke mógłby kogokolwiek brutalnie potraktować, a już tym bardziej zaatakować mogącą zabić motyką. To niedowierzanie relacjonowały później gazety cytując słowa miejscowego komisarza policji, który podczas spotkania z reporterem powiedział: „Karl Denke i mord, to jest naprawdę śmieszne”. Odkrycie, do którego doszło niedługo, śmieszne nie było absolutnie, natomiast makabryczne wręcz potwornie.

W dniu, w którym doszło do opisanych wyżej wydarzeń, zarówno stolarza Vincenza Oliviera, jak i szanowanego obywatela Karla Denke profilaktycznie zamknięto w celach miejscowego posterunku policji. Profilaktyka okazała się niedostateczna, ponieważ rankiem okazało się, że Denke się powiesił. Dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, ale zakończył żywot wieszając się… na chustce do nosa. Gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że wtedy chustki do nosa nie były takie jak dziś. Ta, którą posłużył się Denke, miała pół metra na pół metra i była z mocnego lnu. Samobójstwo bogobojnego mieszkańca Münsterberga była tyleż szokująca co niezrozumiała, ale policjanci dopiero w dzień wigilii, a więc trzy dni po zajściu z Olivierem weszli do domu nieboszczyka i wszystko zrozumieli. Ale najpierw przeżyli szok, bo widok, jaki zastali był zaiste makabryczny.

W zagraconej różnorakimi przedmiotami kuchni stały naczynia wypełnione peklowanym mięsem, w innych znajdowały się kości. Szybko okazało się, że było to mięso ludzkie, kości też. Z zachowanego spisu można się dowiedzieć, że znaleziono dwie łopatki, parę obojczyków, piętnaście średniej wielkości kawałków kości długich oraz parę piszczeli, a także 420 ludzkich zębów i… aparat do wyrabiania mydła. Szybko dowiedziono, że owe „wyroby galanteryjne”, które jeszcze znajdowały się w mieszkaniu, wykonane były z ludzkiej skóry. Na wierzchu leżały też narzędzia zbrodni: siekiera, motyka, noże i nożyczki. Znaleziono również zakrwawione resztki ubrań i co najważniejsze – dokumenty opiewające na różne nazwiska. Karl Denke rzeczywiście był pedantem. Prowadził bowiem rejestr zamordowanych osób włącznie z tym, czym się niegdyś zawodowo parali. Wśród zamordowanych byli więc robotnicy, ślusarze, także tkacze i piekarze.

Rejestr pozwolił policjantom szybko zidentyfikować 20 ofiar krwawego pobożnisia, jednak w tym czasie zarówno w mieście, jak też w najbliższej okolicy zaginęło, więc poszukiwano, 40 osób. Ale w rejestrze Karla Danke widniało tylko 20 spośród poszukiwanych. Co interesujące, nie było wśród jego ofiar ani jednej kobiety. Nigdzie nie znaleziono też ani jednej czaszki zamordowanych.

W domu, w którym mieszkał, Denke nie był sam. Nad głową miał sąsiadów. Sąsiedzi widzieli, jak Karl wylewa wodę z krwią, słyszeli z jego mieszkania odgłosy rąbania i piłowania, ale byli przekonani, że zabija psy, których mięsem handluje. To były przecież lata 20., gdy zabicie psa czy kota nie było czymś niezwyczajnym, wszak powszechnie na przykład uważano, że skóra kota jest najlepszym antidotum na reumatyzm i „korzonki”.

Śledztwo, któremu policja starała się nie nadawać zbyt wielkiego rozgłosu, pozwoliło ustalić, że Denke zwabiał do swojego mieszkania przede wszystkich bezdomnych włóczęgów, ludzi bez rodziny, o których nikt by się nie upomniał. Był człowiekiem absolutnie zwyrodniałym i bez jakichkolwiek zasad moralnych, co umiejętnie skrywał pod maską spokojnego, pracowitego pobożnisia. Mięso mordowanych mężczyzn woził na targowiska do Wrocławia, gdzie sprzedawał jako „peklowaną wieprzowinę bez skóry”

Mimo iż policja starała się ukrywać wiele szczegółów prowadzonego śledztwa, to co przedostawało się do opinii publicznej wywoływało wstręt i budziło przerażenie. Ówczesne gazety pisały, że wśród mieszkańców Münsterberga, ale też Wrocławia zapanowała fala „nerwowych chorób żołądkowych”, a wielu ludzi odwróciło się od mięsa, niektórzy na zawsze. Fabryka konserw w Ziębicach znalazła się w finansowych tarapatach, podobnie jak okoliczni rzeźnicy, producenci mięsa oraz wędlin i ich sprzedawcy. Władzom bardzo więc zależało na wyciszeniu sprawy i rzeczywiście po pewnym czasie sprawę „przykryto” innymi sensacyjnymi wydarzeniami.

Historycy, którzy już po wojnie zajmowali się sprawą Karla Denke, próbowali ustalić, czy był on kanibalem, czy tylko sprzedawał mięso zamordowanych ludzi. Nie udało się dociec, jak było naprawdę. Podobnie jak nie udało się stwierdzić, jakie motywy kierowały tym wynaturzonym oprawcą.

Wszystko wskazuje na to, że był człowiekiem psychicznie niezrównoważonym i swój makabryczny proceder uprawiał dla samej przyjemności zabijania. Powojennym historykom nie udało się też ustalić rzeczywistej liczby zamordowanych osób. Niemieccy policjanci, którzy w 1925 r. prowadzili śledztwo, nie przekopali ogrodu domostwa, w którym zajmował mieszkanie Karl Danke, a dzisiejsi mieszkańcy nie chcą się na to zgodzić. Historycy mogą więc opierać się tylko na analizie zachowanych w archiwach materiałów z dochodzenia prowadzonego w roku 1925. Na ich podstawie twierdzą, że ofiar psychopatycznego mordercy z Münsterberga musiało być przynajmniej kilkanaście więcej niż widnieje w jego rejestrze.

Ale czy tak rzeczywiście było, a jeśli było, to kim byli ci ludzie, nigdy się nie dowiemy.

Robert Suliński