Stare i nowe rysy na „kryształowym” Marianie

str-20-marian-banas

W poprzednim wydaniu opisałem historię Mariana Banasia, którego rząd PiS desygnował na urząd prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Oficjalnie Marian Banaś był człowiekiem cnót wszelakich, ale po drugiej stronie ramy, w którą te cnoty były oprawione, okazało się, że Mariana Banasia równie dobrze można nazwać niecnotą. „Kryształowo uczciwy” ten człowiek, jak mawiali o nim jeszcze niedawno czołowi politycy PiS, ma na swoim życiorysie kilka rys, które ów kryształ czynią bublem.

Stare i nowe te rysy przedstawię w skrócie. Po pierwsze więc Marian Banaś był właścicielem kamienicy w centrum Krakowa, którą wynajmował, ale jak twierdzi, nie wiedział, co najemcy w tej kamienicy robią. Natomiast wszyscy mieszkańcy okolicy wiedzieli, że jest to po prostu burdelik, w którym wynajmowano na godziny pokoje parom będącym „w stanie pożądania”. Niewiedza Banasia w tej kwestii jest wątpliwa, ponieważ kamienicę wynajmowali ludzie z krakowskiego półświatka, z którymi Banaś był na „ty” i którzy mieli do Banasia telefon. Dwóch z nich było zamieszanych w gangsterskie bijatyki. Dziennikarze TVN wykazali ponadto, że Banaś wynajmował kamienicę po zaniżonej cenie, by nie płacić wyższych podatków. W partyjnej telewizji, czyli w TVP, przyznał otwarcie, że tak robił, a różnicę wyrównał sobie podczas sprzedaży kamienicy, do czego doszło na kilka tygodni przed objęciem przez niego stanowiska prezesa NIK. W TVP Banaś nie powiedział jednak, że odbijając sobie koszty niższego przez lata wynajmu w cenie sprzedaży kamienicy, uniknął wyrównania kwoty podatków, za realne koszty jej wynajmu. Tak, czy owak przyznał się do szwindlu.

Oglądających programy TVN i czytających relacje o burdeliku oraz unikaniu płacenia podatków przez uczciwego niczym kryształ wysokiego urzędnika państwowego zastanawiało, w jaki sposób człowiek ów stal się posiadaczem kamienicy w centrum Krakowa o powierzchni 400 m. Banaś przyznał otóż, że otrzymał ją od Henryka Stachowskiego, starego, schorowanego kombatanta AK, w zamian za opiekę nad nim. W ramach „umowy dożywocia” oprócz kamienicy Banaś otrzymał jeszcze domek na wsi z działką o powierzchni 4,7 ara. Umowę zawarto w 2001 r. i jak w niej zapisano, obie te nieruchomości wyceniono na… 150 tys. zł. „Żelazny Marian” zobowiązał się w zamian wydawać na utrzymanie Stachowiaka 500 zł miesięcznie przez… 5 lat, czyli przez 60 miesięcy. Rachunek jest oczywisty – 60 miesięcy razy 500 zł daje kwotę 30 tys. zł. Jeśli taka transakcja nie jest cynicznym wykorzystaniem człowieka znajdującego się pod koniec życia w dramatycznej sytuacji, to co nim jest? A ponadto media podały, że Banaś sprzedał tę kamienicę za ponad… 4 miliony złotych. Tak wygląda moralność bogobojnego katolika, członka Opus Dei, przez lata zaufanego człowieka PiSpartii.

Bardzo szybko wykryto również, że na wyposażenie burdeliku, który znajdował się w kamienicy Banasia, sięgnięto po dotację z… Unii Europejskiej i budżetu polskiego państwa. Wystąpiła o nią spółka należąca do syna „Żelaznego Mariana”. We wniosku napisano, że środki zostaną przeznaczone na urządzenie i wyposażenie centrum szkoleniowo-hotelowego. Ponieważ na obiektach, które są współfinansowane lub w całości finansowane z funduszy unijnych, musi znajdować się informująca o tym tablica, dziennikarze odkryli, że jeszcze kilka tygodni znajdowała się ona na frontonie burdeliku przy ul. Krasickiego na krakowskim Podgórzu.

Z dokumentów znajdujących się w krakowskim Urzędzie Marszałkowskim dziennikarze wynotowali, że UE i budżet państwa dofinansowały „doposażenie techniczne sal wykładowych oraz pomieszczenia biurowego”, w tym m.in. zakup kamery cyfrowej, mikrofonów bezprzewodowych, niszczarki, telewizora, telefonów i routerów, wieży hi-fi, wzmacniaczy i kina domowego z zestawem głośników, a także komputera z programem miksującym dźwięk. To nie wszystko, bo z dotacji UE i polskiego budżetu wyposażono burdelik w wózek kelnerski, lodówki, cukierniczki, popielniczki, sejf, odkurzacz, no i oczywiście w… łóżka, komplety pościeli, w tym jaśki, ręczniki, meble, krzesła, fotele, dywany.

Z dokumentów wynika, że umowa o dotacji była trzykrotnie aneksowana, a ostateczne jej podpisanie nastąpiło w listopadzie 2007 r., w ostatnich dniach pierwszego rządu PiS, którego premierem był Jarosław Kaczyński.

Niezależne polskie media zadają pytanie, czy służby specjalne, których celem jest m.in. prześwietlanie życiorysów osób kandydujących na wysokie stanowiska, są tak nieporadne pod wodzą PiS i kierującego nimi Mariusza Kamińskiego, że nie były w stanie dotrzeć do informacji, do których bez większych problemów dotarli dziennikarze? Należy otóż przypuszczać, że dotarły i wszystko wiedziały, ale nie robiły z tego użytku bo… władza Kaczyńskiego opiera się na ludziach, na których ma on tak zwane „haki”. Człowiek, który ma na sumieniu zarówno grzechy i grzeszki, jak i pospolite przestępstwa, wykona na powierzonym mu urzędzie każde polecenie, bo wie, że w przeciwnym razie popadnie w nicość.

Kiedy więc w świetle dnia ujawnił się Banasiowy burdelik, a zaraz za nim kolejne kompromitującego tego wysokiego urzędnika fakty, Banaś udał się na urlop „do wyjaśnienie sprawy”. Na urlop poszedł przed wyborami, co należy odczytywać, jako rozstrzyganie przez Kaczyńskiego jego być albo nie być w zależności od wyniku wyborów. Wydawało się, że wybory sprawę „przykryją” i stanie się ona nieistotna w wyniku nowych wydarzeń. Media jednak nie zapominały o Banasiu, a oliwy do ognia dolał on sam. Po wyborach od politruków PiS można było usłyszeć, że Kaczyński domaga się dymisji Banasia ze stanowiska prezesa NIK, ponieważ w świetle ujawnionych faktów z jego życiorysu staje się on dla PiS balastem, postacią tę partię kompromitującą. Ale Banaś powrócił do siedziby NIK w czwartek, 4 dni po wyborach, czyli 17 października i na wstępie oświadczył, że „będzie się przeciwstawiał wszelkim próbom ataku na jego osobę jako prezesa Najwyższej Izby Kontroli”.

Stała się więc w obozie PiS rzecz niesłychana, co prawda pani nie zabiła pana, jak to zostało zapisane w Mickiewiczowskiej balladzie, ale Banaś przeciwstawił się woli pana PiS, czyli Kaczyńskiego. I „geniusz z Żoliborza” jest bezradny, ponieważ musi jeszcze uszanować konstytucję. Ta zaś stanowi, że prezesa NIK można odwołać jedynie w pięciu przypadkach: zrzeczenia się stanowiska, niezdolności do pracy na skutek choroby, potwierdzenia przez sąd złożenia niezgodnego z prawdą oświadczenia lustracyjnego, prawomocnego wyroku, orzeczenia Trybunału stanu o zakazie zajmowania stanowisk kierowniczych.

Wszystko wskazuje an to, że albo ”haki”, jakie Kaczyński ma na Banasia nie mają tej wartości, jak się Kaczyńskiemu wydawało, albo też… Banaś ma haki na PiS i Kaczyńskiego. Gdy sprzeciw wobec woli prezesa wyszedł na jaw, Mariusz Kamiński, szef wszystkich służb i policji, oświadczył, że CBA przyspieszy kontrolę oświadczenia majątkowego Banasia, które „badało” od kilku miesięcy. Na razie z przecieków wynika, ze CBA „wykryło”, iż majątek Banasia kilkakrotnie przewyższa jego dochody jako urzędnika państwowego. Banaś otrzymał tydzień na „złożenie wyjaśnień”, de facto prezentowanie swoich „haków” wobec PiS i jego ludzi. Cóż to mogą być za haki?

Na ślad jednego z nich wpadł już lata temu dziennikarz tygodnika „NIE”, Andrzej Sikorski. Za pierwszych otóż rządów PiS Banaś był wiceministrem finansów i szefem Służby Celnej ( od 28 listopada 2005 r. do 3 stycznia 2008 r.). Za jego szefowania wszystkimi celnikami do Polski masowo, cysternami, sprowadzano z Ukrainy płyn do spryskiwaczy szyb samochodowych. Tak naprawdę był to spirytus skażony dla picu substancją, którą było łatwo i bez wielkich komplikacji usunąć. Celnicy na punktach granicznych z Ukrainą monitowali w tej kwestii centralę, ale ta trwała na stanowisku, że na podstawie wytycznych Ministerstwa Finansów czegoś takiego nie należy okładać akcyzą. Polska zalana została spirytusem, który w różnej postaci trafił na rynek, a wiele cystern pojechało także na Zachód. Celnicy, którzy monitowali w tej kwestii centralę Służby Celnej, byli szykanowani.

Podczas trzech lat (od maja 2004 do listopada 2007) do Polski wjechali kilkaset cystern z takim spirytusem. NIK, do której Banasiowi było jeszcze bardzo daleko, ustaliła, że straty z tytułu niezapłaconej akcyzy wyniosły 65 miliardów złotych. Kto na tym biznesie zarobił i gdzie są te pieniądze? Jest jeszcze pytanie – na czyje polecenie ten spirytus został wyłączony spod opłaty akcyzowej?

O tym, kto za tym stoi, wie tylko Banaś.

Krzysztof Propolski