Strach się bać wyjeżdżając z garażu

str-21

Każdego dnia na polskich drogach ginie 8 osób. Taka jest przeciętna. W skali roku daje to liczbę 2920 zabitych. W ciągu dekady ich liczba sięga niemal 30 tys., a tylu mieszkańców ma wcale niemałe polskie miasto. To na przykład o ponad 5 tys. więcej niż liczy mieszkańców znany z serialu „Ojciec Mateusz” urokliwy Sandomierz. Śmierć na polskich drogach zbiera okrutne żniwo i od lat nic się w tej kwestii nie zmienia. Gorzej niż w Polsce jest tylko na Bałkanach – w Rumunii, Bułgarii, Serbii i Chorwacji.

Średnia w Unii Europejskiej dotycząca liczby zabitych w wypadkach drogowych na milion mieszkańców wynosi 50 osób, w Polsce jest ona aż o połowę wyższa, 75 osób. Masakra jest na rumuńskich drogach, gdzie rocznie ginie 99 osób na milion mieszkańców, nieco tylko mniej w Bułgarii (96), w Serbii (82) i w Chorwacji (80). Najbezpieczniej jest na drogach Norwegii (20 zabitych na milion mieszkańców), Szwecji (25), wielkiej Brytanii (27).

Kierowcy w Norwegii podchodzą do znaków ograniczających prędkość na drogach z respektem. Jeśli znak ogranicza prędkość do 50 km/godz., oni jada 40 km/godz. Gdy w Finlandii kierowca przekroczy dozwoloną prędkość o 2 km/godz. otrzymuje list od policji z upomnieniem. Wszystkie drogi i ulice nasycone są radarami. Wysokość mandatu nie jest stała, lecz uzależniona od zarobków. Niejaki Anders Wiklöf, jeden z bardzo bogatych mieszkańców tego kraju, który ostatnio przekroczył prędkość o 21 km/godz. otrzymał mandat w wysokości 63 tys. euro (ok. 271 tys. zł), ale to i tak nie było jego rekordowe osiągnięcie. Pięć lat temu, w roku 2013, za przekroczenie prędkości o ponad 30 km/godz. zapłacił mandat opiewający na 95 tys. euro (o. 406 tys. zł), po czym stwierdził, że system karania wydaje mu się „nieco niesprawiedliwy”. Mieszkająca w Finlandii młoda Polka zaprosiła do siebie ojca, pana po sześćdziesiątce. Powiedziała polskim mediom, że ojciec po kilku dniach poddał się, nie był w stanie sprostać tak rygorystycznym przepisom drogowym dotyczącym prędkości i więcej w Finlandii za kierownicę nie zasiadł.

Gdy w krajach cywilizowanych szanuje się przepisy, ponieważ panuje tam powszechna świadomość, że celem ich ustanowienia jest bezpieczeństwo bliźnich, w Polsce te przepisy łamie się nagminnie, w przekonaniu, że ich głównym celem jest nabijanie kiesy skarbowi państwa. Specjaliści zajmujący się ruchem drogowym twierdzą, że żniwo, które śmierć zbiera na polskich drogach, jest efektem braku wychowywania od dziecka poczynając, dla poszanowania przepisów, umiejętności poruszania się po drogach. Wychowanie komunikacyjne, które w krajach Zachodu jest powszechne, w Polsce stanowi absolutną abstrakcję. A takie wychowanie, prowadzone od dziecka, przygotowuje najpierw do bycia odpowiedzialnym pieszym, potem rowerzystą, na końcu kierowcą. W Polsce jeszcze dziś i to w dużych, „europejskich” miastach, można zostać wytrąbionym przez rodzimych mistrzów kierownicy za zatrzymywanie się przed przejściami dla pieszych, by ich przepuścić. Celują w tym taksówkarze, a więc ci, którzy w pierwszym rzędzie powinni wprowadzać zasady komunikacyjnej kultury na jezdniach.

Fachowcy utrzymują, że są trzy czynniki decydujące o bezpieczeństwie jazdy. Pierwszym jest droga i jakość jej wykonania. Ona decyduje o bezpieczeństwie w 5 procentach. Drugi czynnik – samochód, to kolejne 5 procent. Pozostające 90 proc. stanowi człowiek. I człowiek jest w tej triadzie najsłabszym ogniwem, stanowi największe zagrożenie. Zarówno dla siebie, jak i innych uczestników ruchu drogowego. W przypadku niebezpieczeństw, jakie stwarza na drogach człowiek, niezwykle istotny jest wiek. Szaleństwo na drogach, szarżowanie, nieliczenie się z innymi użytkownikami, jest charakterystyczne dla ludzi młodych.

Statystyki są w tej kwestii jednoznaczne. Młodzi ludzie, w wieku od 18 do 24 lat, byli w 2017 roku sprawcami 5550 poważnych zdarzeń drogowych. Przyczyną jednej trzeciej z tej liczby była nadmierna, niezgodna z przepisami prędkość. Brawura, nieodpowiedzialność, nade wszystko brak wyobraźni co do skutków szaleństwa na drodze, doprowadzają do śmierci młodych, dopiero na progu życia ludzi i innych, przypadkowych i zupełnie niewinnych innych użytkowników dróg. Jedną ze składowych śmiertelnych wypadków są arogancja, wręcz pogarda dla pieszych. Piesi nie mają szans w zderzeniu z najmniejszym nawet samochodem. Brak u kierowców, szczególnie młodych, empatii wobec pieszych skutkuje śmiercią tych drugich. Pod tym względem Polska, niestety, także przoduje w europejskich statystykach. Cztery lata temu odnotowano w Polsce 1116 śmiertelnych wypadków z udziałem pieszych, a w mających ponad dwa razy więcej mieszkańców Niemczech niemal dwa razy mniej (523), w liczącej ok. 10 mln więcej ludności Hiszpanii 336, w Czechach (3,5 razy mniej ludności) aż 8,5 razy mniej, bo 130. Tak było 4 lata temu, a w roku ubiegłym zginęło w Polsce 24 pieszych na milion mieszkańców, podczas gdy średnia w Unii Europejskiej wynosiła 11.

Ale to nie koniec ponurej dla Polaków statystyki. Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu (ETSC) przeliczyła liczbę śmiertelnych ofiar wypadków na miliard przejechanych w danym kraju kilometrów. Ten wskaźnik, jak mówią eksperci, ilustruje natężenie ruchu na drogach i tym samym skalę niebezpieczeństwa. W Norwegii na miliard przejechanych kilometrów giną 3 osoby, w Polsce aż 15. To najgorszy wynik w Europie. Ta sama organizacja sprawdziła też, w jakim stopniu maleje liczba śmiertelnych wypadków w danym kraju. Podczas dwóch lat, między rokiem 2015 a 2017, w Polsce zmalała tyle co nic, bo raptem o 0,4 proc.

Krzysztof Bardzik