Sukcesywne niszczenie demokracji

str-4-pegasus

Dla utrzymania władzy przez Jarosława Kaczyńskiego jego podwładni z PiS sięgną po każde narzędzie, które będzie im w tym pomocne. Ostatnio wyszło na jaw, że CBA (Centralne Biuro Antykorupcyjne) kupiło za 34 miliony złotych program Pegasus, który potrafi odczytywać wszystkie dane z telefonu, nagrywać rozmowy, także obrazy z kamery, co najważniejsze – bez wiedzy użytkownika. To narzędzie do totalnej inwigilacji, którego producentem jest izraelska firma NSO, założona przez byłych oficerów Mosadu. Nie sprzedaje go komu popadnie, jedynie uprawnionym służbom konkretnych krajów.

Polskie media od pewnego czasu podejrzewały, że spec służby Kaczyńskiego mają Pegasusa, ale dopiero teraz znalazło się potwierdzenie tych podejrzeń. Potwierdzenie to uzyskali Kanadyjczycy, a konkretnie informatycy z CitizenLab, którzy są zatrudnieni na uniwersytecie w Toronto. – Jeden z nich powiedział, że „Na podstawie skanowania internetu i analiz okazało się, że system Pegasus jest aktywny w Polsce”. Kanadyjscy informatycy znaleźli otóż dane na podstawie których można jednoznacznie stwierdzić, że „cała infrastruktura systemu Pegasus jest powiązana z Polską”.

Tak więc powoli, bez zbędnego pośpiechu, ale krok po kroku, obecna władza niszczy w Polsce demokrację. Wykrycie przez portal Onet.pl farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości ujawniło skromny jedynie odcinek działań wymierzonych w polską demokrację. Afera ta funkcjonuje w polskich mediach jako „afera Piebiaka”, bo Łukasz Piebiak to wiceminister sprawiedliwości, który kierował działaniami sędziów hejterów. „Afera Piebiaka” jest tylko jednym z elementów totalnego ataku PiS na niezależne sądownictwo – ostatni bastion polskiej demokracji. Podczas mijających 4 lat władzy PiS, czyli tak naprawdę Kaczyński, bo ta partia jest mu całkowicie podporządkowana, zdołał już spacyfikować wszystkie inne instytucje i organy państwa, które na straży demokracji powinny stać. „W kieszeni” ma Trybunał Konstytucyjny, Ministerstwo Sprawiedliwości i Prokuraturę Krajową, publiczne media, które na okrągło przeinaczają rzeczywistość, zatajają sprzeczne z prawem dziabania PiS i jego szefa, Jarosława Kaczyńskiego (afera z budową dwóch „srebrnych” wież w centrum polskiej stolicy). Przejęcie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji przez Mariusza Kamińskiego, dotychczasowego koordynatora wszystkich służb specjalnych, sprawiło, że korona udzielnego władcy jest już coraz bliżej skroni Jarosława Kaczyńskiego. Do koronacji brakuje jedynie całkowitego podporządkowania sobie władzy sądowniczej.

Walka o nią toczy się od początku przejęcia władzy przez PiS jesienią 2015 r. Wykryta przez Onet.pl „afera Piebiaka” dowodzi jedynie, że dla Kaczyńskiego wszystkie metody i chwyty są w tej walce dozwolone i przez niego usprawiedliwiane, a opanowane przez niego, niegdyś demokratyczne instytucje państwa, też mają je usprawiedliwiać o ile nie uda się ich zatuszować. Wściekły i zmasowany atak na niezależne sądownictwo i niezawisłych sędziów służy jednemu celowi. Jest nim zapewnienie absolutnej bezkarności Kaczyńskiemu i jego czynom. Ci, którzy dobrze znają Kaczyńskiego, twierdzą, że do największej wściekłości doprowadza go sytuacja, gdy ma do czynienia z ograniczeniami, które nie pozwalają mu zrobić czegoś na co ma ochotę. Taki człowiek musi więc mieć pod swoimi rozkazami wszystkie instytucje i ich władze, co zagwarantuje mu swobodą działania i bezkarność, także w przedsięwzięciach, które stoją w sprzeczności z prawem.

Wcześniej jednak, bo już za niespełna sześć tygodni, PiS będzie musiał wygrać wybory. „Afera Piebiaka” dowodzi, że bez względu na wszystko PiS posunie się do najbardziej obrzydliwych chwytów, ze sfałszowaniem wyborów na końcu. Awansowanie do Państwowej Komisji Wyborczej, która decyduje o ważności bądź nieważności wyborów, ludzi uległych wobec Kaczyńskiego, nakazuje dopuszczać, że taka sytuacja jest możliwa. „Afera Piebiaka” dowodzi też, że obecna władza utworzyła bądź zaakceptowała swoiste „tajne państwo”, które podejmuje owiane tajemnicą działania mające kompromitować niezgadzających się na antydemokratyczną politykę sędziów, a przed wyborami także opozycyjnych polityków i niezależnych dziennikarzy.

Szokującym dowodem akceptacji przez Kaczyńskiego przestępczych działań skierowanych przeciwko sędziom i politykom opozycji jest fakt, że członkowie grupy Piebiaka (działali pod pseudonimem „Kasta”), którzy szczuli na swoich kolegów sędziów w internecie, obrzucali ich wulgaryzmami i wyzwiskami, po wykryciu afery nie zostali wyrzuceni z sędziowskiego zawodu. Wrócili do sądów, z których awansowali do Sądu Najwyższego czy Krajowej Rady Sądownictwa i nie odebrano im prawa do orzekania.

Profesor Andrzej Rzepliński, ostatni przewodniczący tego prawdziwego, a nie dzisiejszego, fasadowego Trybunału Konstytucyjnego, został zapytany, jak ludzie pokroju Piebiaka i innych sędziów biorących udział w tym ohydnym procederze znaleźli się w stanie sędziowskim. Odpowiedział trzema słowami: „Nie mam pojęcia”. Znaleźli się w nim z nominacji PiS, a konkretnie Zbigniewa Ziobry. Idea zniszczenia władzy sądowniczej to marzenie Jarosława Kaczyńskiego – mówi profesor Andrzej Rzepliński.

doświadczonych sędziów z dorobkiem i orzeczniczym, i naukowym. Wiedział, że musi się oprzeć na „bmw”, czyli biernych, miernych ale wiernych. Stąd błyskawiczne kariery młodych sędziów bez dorobku, bez doświadczenia, czasami nawet z karami dyscyplinarnymi w sędziowskim życiorysie. Takich, którzy podczas golenia nie patrzą w swoje oczy w lustrze. To ludzie bez godności i honoru, w tym drugim przypadku będący odzwierciedleniem swego szefa. Gdy bowiem podczas rządów PO-PSL w jednym z polskich więzień powiesił się skazany, Zbigniew Ziobro wzywał ówczesnego ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ćwiąkalskiego, do dymisji, argumentując, że tak powinni postępować ludzi honoru. Gdy kilka tygodni temu w tajemniczych okolicznościach zmarł w swojej czteroosobowej celi bokser Dawid Kostecki, politycy opozycji przypomnieli Ziobrze jego wywody na temat honoru. Nie zareagował, co dowodzi, że o honorze potrafi mówić w odniesieniu do polityków opozycji, natomiast sam jest z nim na bakier. Pewnie powie, że dla zrealizowania marzeń prezesa Kaczyńskiego trzeba także poświęcić własny honor.

Realizację marzeń prezesa partia PiS rozpoczęła od zlikwidowanie niezależności Prokuratury i podporządkowania jej ministrowi sprawiedliwości. Ten najważniejszy organ ścigania stał się rzeczywiście organem ścigania, ale przede wszystkim przeciwników PiS i ludzi dla tej partii niewygodnych. Perfidia i przebiegłość Kaczyńskiego ujawniły się w nominowaniu na ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Ziobro to człowiek który kiedyś „zdradził” prezesa występując z PiS i zakładając własną partię. Ale to także człowiek o ogromnych ambicjach politycznych. Mianując na te stanowiska „zdrajcę” Kaczyński był przekonany, że będzie on na każde jego skinienie i że bez dyskusji będzie też wykonywał jego polecenia. Skupienie w rękach jednego człowieka organów ścigania i sądzenia stanowi kwintesencję bezkarności. Jej konsekwencje są widoczne właśnie w związku z „aferą Piebiaka”, ale nie tylko. Nikt nie wierzy w to, że wiceminister Piebiak nie informował swego szefa, czyli Zbigniewa Ziobry, o działaniach wobec sędziów sprzeciwiających się niszczeniu niezależnego sądownictwa. Prokuratura Krajowa zapowiedziała, że podejmie śledztwo w tej sprawie, ale ponad nią jest prokurator generalny, czyli Zbigniew Ziobro. Będziemy więc mieć parodię działań Prokuratury Krajowej, bo śledztwo przeciwko Zbigniewowi Ziobrze, prowadzić będzie podległa mu prokuratura, na której czele stoi na dodatek zaufany przyboczny Ziobry. Bogdan Święczkowski.

W każdym demokratycznym kraju „afera Piebiaka” zdymisjonowałaby co najmniej ministra sprawiedliwości o ile nie cały rząd, ale nie w Polsce PiS. Mijają dwa tygodnie od jej ujawnienia, a zarówno Kaczyński jaki Ziobro tchórzliwie milczą. Nie ma też mowy o dymisji Ziobry. Ale…

Mianując Ziobrę na dwa niezwykle ważne dla każdego ustroju stanowiska, Kaczyński zlekceważył zapewne fakt, że sprawujący je człowiek będzie miał dostęp do informacji mogących skompromitować wielu ludzi, a tym także prezesa PiS. Mamy więc klasyczną sytuację opisaną przysłowiem „trzymał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Ziobro zapewne pójdzie „pod topór” po wyborach, oczywiście jeśli PiS te wybory wygra. Na razie mobilizuje wszystkie siły, by do tego doprowadzić.

Kolejna osobą z grona najbliższych współpracowników prezesa PiS, która ma w tym pomóc, jest Mariusz Kamiński. Po wysłaniu na lukratywną emeryturę, czyli w europosłowanie, prostackiego Joachima Brudzińskiego (ksywa Jojo z czasów gdy jako uczeń okradał kolegów w pociągach), stanowisko szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji objął Mariusz Kamiński, podobno drugi z najwierniejszych halabardników Kaczyńskiego. Doszło do sytuacji niebywałej w żadnym innym demokratycznym kraju. Pod kontrolą jednego człowieka znalazły się wszystkie służby specjalne oraz policja. I jedni, i drudzy mają nad sobą władzę jednego człowieka, który na rozkaz Kaczyńskiego jest zdolny zrobić wszystko. A tym bardziej w sytuacji, gdy za wszelką cenę trzeba będzie wygrać wybory.

Kamiński dał tego dowód w roku 2007, gdy tuż przed wyborami ujawnił sprawę posłanki Beaty Sawickiej otumanionej miłością do podstawionego agenta, a nieco wcześniej przygotowując i nadzorując prowokacją wobec ówczesnego wicepremiera, Andrzeja Leppera. Został za to później skazany, wyrok nie był jednak prawomocny i po dojściu do władzy PiS „niewinnego”, bo jeszcze przed prawomocnym wyrokiem, ułaskawił prezydent, Andrzeja Duda. Dodał, że zrobił to, by z niezręcznej sytuacji wyręczyć sąd.

Duda jest doktorem prawa i widocznie zapomniał, że w demokratycznym państwie żaden prezydent nie może wyręczać sądu. Był to pierwszy drastyczny sygnał, że PiS będzie przestrzegał prawa tylko wtedy, gdy to prawo będzie mu służyć. W przeciwnych przypadkach sięgnie po słynną sentencję szatniarza z filmu „Miś” Stanisława Barei: Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?

Krzysztof Pipała