Święta na wyjeździe

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Wróciliśmy do domu po Mikołaju, fajne uczucie wyjechać na wakacje tuż po zakończeniu lata, a wrócić w sam środek bożonarodzeniowego szaleństwa. Wszystkie domy dookoła pięknie przystrojone, wystawy sklepowe i ulice mienią się milionami światełek. Lubię ten klimat, w radio świąteczne melodie. Tak jakoś od razu na sercu ciepło się robi. Nie żal, że urlop się skończył. Ponadto tutaj dzień jest zdecydowanie dłuższy niż w Polsce, więc od razu poczułam się lepiej. Na Wigilię zostaliśmy zaproszeni do rodziny. Super! Cieszę się jak dziecko. Uwielbiam święta, ale zdecydowanie wole przygotowywać Wielkanoc niż Wigilię. Ustaliłam ze szwagierką, że coś tam ugotuję i luzik. Pierwszy raz postanowiłam się nie denerwować, nie stresować, tylko na spokojnie jechać w gości. Ryba, sałatka, ciasto i jestem gotowa. Nawet porządki miałam odłożyć na później. Kiedy już wyszorowałam w pracy całą chałupę i wypolerowalam wszystkie okna, żal mi się zrobiło, że u mnie nie jest tak czysto. Więc sobota przedświąteczna upłynęła mi w rytmie szorowania swojej chałupy. Kiedy odpadały mi już ręce z bólu to poczułam magię świąt. Za prezentami nie biegałam w tym roku, postanowiliśmy, że prezentów nie będzie. Po wakacjach jesteśmy mocno spłukani, więc ten wyjazd traktujemy jako prezent pod choinkę. W moich oszczędnościach poszłam krok dalej. Stwierdziłam, że skoro nas nie będzie na Wigilię w domu to i choinki nie kupujemy. Po cholerę wyrzucać 100 dolarów i robić bałagan skoro wyjeżdżamy. W tym roku wyjątkowo nie robiłam żadnych dekoracji, a dotychczas zawsze szalałam ze stroikami, bańkami, światełkami. Tym razem umyłam okna dla Jezuska i tyle. Dwa dni przed Wigilią okazało sie, że kolega przylatuje do NY i trzeba go 23 odebrać z lotniska i ugościć. Tego dnia byłam w pracy i miałam tyle roboty, że pomimo iż skończyłam wcześnie to padłam ze zmęczenia. Gościa przyjęłam pizzą, wstyd! Zero zapachu nadchodzących świąt, zero pieczenia ciast, ba nawet zakupy jeszcze nie zrobione. Ja wyluzowana, jak nigdy. Po południu jadę na zakupy i dostaję telefon, że u rodziny w domu awaria i nie mogą zrobić Wigilii. Mogą zabrać to co mają i przyjechać do nas. Jasne przyjeżdżajcie! O żesz kurna! Chałupę trzeba ubrać! Choć trochę. Barszcz ugotować. Kompot z suszu. Zaczęło się, czasu mało, a tu w sklepie suszu nie mają. Barszcz gotowałam w nocy, niedobry jak szlag. Kompletnie bez smaku, czasami czegoś brakuje, soli czy czosnku. Ten w ogóle nie ma smaku. A kij mu w parasol! Pomyślałam, rano zrobię nowy. Córka miała mi pomóc to się rozchorowała. Młody sprytnie zniknął z domu do kolegi. Mąż kulawy, więc do pomocy się nie nadaje. Placek spaliłam, masę do wafla zepsułam. Ale co tam o tym wiem tylko ja! A goście się zachwycali i andrucikiem i plackiem. A i barszcz następnego dnia jakimś cudem dostał smaku i okazał się być pyszny. O dziwo w tym pośpiechu zdążyłam ze wszystkim zanim goście przyjechali. Jedynie na co nie miałam już siły to na siebie. Więc ubrałam się zwyczajnie, wygodnie, zero makijażu. Narzeczona teścia, mistrzyni komplementów, nie omieszkała mi dowalić zaraz na powitanie słowami: – Ale ty jesteś wielka! – jakbym była nieświadoma swojej trzycyfrowej wagi. Mój teść miał straszny problem z tym dlaczego nie ma choinki? Jak to może być? Święta są choinki nie ma?! Na szczęście ja tego nie słyszałam, bo pewnie by była wojna. Zresztą Kuba mu wytłumaczył: – Dziadek, w naszym budynku ze względów religijnych posiadanie choinki jest zabronione! A że była w ubiegłym roku to już dziadek nie pamięta. Teść cały wieczór robił jakieś uszczypliwe uwagi pod adresem swojej wnuczki, a naszej córki. Widząc ją z nowym chłopakiem co godzinę pytał: – Kiedy wesele?. W końcu nie wytrzymałam i mówię: – Słuchaj tato to miała być tajemnica, ale ci powiem. Jason to chłopak Kuby nie Karolci. Mina dziadka była bezcenna, już nie miał pytań. Spotkanie rodzinne należy jednak zaliczyć do bardzo udanych. Koło południa w Boże Narodzenie pożegnaliśmy jednych gości, przyjęliśmy drugich. Byłam tak zmęczona, że o 7 wieczorem wylądowałam w ciepłej pościeli. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. I nagle poczułam, że teraz to i ja jestem chyba chora. Nie wiem co za zaraza, grypa jelitowa czy inna cholera. Kolejne 36 godzin spędziłam na przemian w łóżku i na kibelku, a jakby tego było mało to jeszcze z wiadrem w objęciach. Tym cudownym sposobem pierwszy raz w życiu nie przytyłam w święta.

lady-bunia-500x333Jolanta Lipińska – lat 46, urodzona w Jarosławiu na Podkarpaciu, od pięciu lat na emigracji, zamieszkała w Nowym Jorku na Brooklynie. W Polsce pośredniczka w obrocie nieruchomościami. W USA sprzątaczka, niania, opiekunka osób starszych.

Jednym słowem Lady Bunia!