Szeroki strumień pieniędzy dla rządzących

pipala

Kilkanaście dni temu Beata Szydło, wtedy już nie premier, przyznała członkom swojego byłego gabinetu roczne nagrody. Opiewały na minimum 65 100 zł (ok. 21 700 dol. kan.), najwyższa wynosiła 82 100 zł (ok. 27 366 dol. kan.). Kilka dni temu zapytany o te podwyżki minister nauki i wicepremier, Jarosław Gowin, odpowiedział na pytanie dziennikarza następująco: – Kiedy byłem ministrem sprawiedliwości (w rządzie PO-PSL przyp. red.), miałem trójkę dzieci na utrzymaniu, studiowały. I słowo honoru – czasami nie starczało do pierwszego. I teraz sytuacja, w której minister – minister sprawiedliwości odpowiada za budżet dziesięciomiliardowy, minister nauki za budżet dwudziestomiliardowy – zamiast skupić się na sprawach państwa, zastanawia się, jak dożyć do pierwszego, to nie jest sytuacja zdrowa z punktu widzenia państwa.

W internecie i mediach niezwiązanych z PiS niemal natychmiast pojawiła się informacja, że w 2013 r., gdy Gowin był ministrem sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, najniższa pensja krajowa wynosiła 1700 zł (566 dol. kan.), natomiast średnia krajowa 3 709 zł (1236 dol. kan.), zaś Gowin zarabiał 17,5 tys. zł (5 833 dol. kan.), czyli 4,7 razy więcej od ówczesnej średniej płacy. Jeśli miał troje dzieci i niepracująca żonę, to na jedną głowę w jego rodzinie przypadało 3,5 tys. zł (1 166 dol. kan.).

Najniższe kwotowo nagrody, po 65 100 zł, była premier przyznała Jarosławowi Gowinowi, Markowi Gróbarczykowi, Krzysztofowi Jurgielowi, Mariuszowi Kamińskiemu, Beacie Kempie, Henrykowi Kowalczykowi, Konstantemu Radziwiłłowi i Elżbiecie Witek. Po 70 100 zł zainkasowali: Andrzej Adamczyk, Antoni Macierewicz, Elżbieta Rafalska, Jan Szyszko i Krzysztof Tchórzewski. Dwa tysiące więcej otrzymali: Piotr Gliński, Witold Bańka, Anna Streżyńska, Witold Waszczykowski i Zbigniew Ziobro, natomiast Mateusz Morawiecki i Anna Zalewska po75 100 zł, ale rekordzistą w hojnym obdarowaniu przez byłą premier jest obecny szef MON, a w jej rządzie szef MSWiA, Mariusz Błaszczak (82 100 zł).

Zawartość kieszeni podatników zmniejszyła się o ponad 1,5 mln zł, ale tylko w przypadku ministrów rządu B. Szydło. Ogólna kwota nagród jest większa ponieważ otrzymało je jeszcze 12 osób zatrudnionych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W ich przypadku widełki rozwarły się między 36 900 zł a 59 400 zł. Nagrodę w wysokości 65 100 zł otrzymała też Beata Szydło. Na pytanie, kto ją przyznał, zainteresowana nie odpowiedziała, ale szybko okazało się, że obdarowała się sama. Nie jest to jedyny przykład rozrzutnego dysponowania państwowymi pieniędzmi. W ostatnich dniach wyszło na jaw, że podczas 2 lat, gdy resortem obrony kierował Antoni Macierewicz, ze służbowych kart płatniczych wydano na „drobne zakupy” ok. 15 mln zł (5 mln dol. kan.)

Nagrody dla ministrów byłego rządu spotkały się z oburzeniem i potępieniem, na co obdarowani odpowiadali, że poprzedni rząd też się obdarowywał. Zgoda. Ale nie tak horrendalnie wysokimi kwotami. Oburzenie wokół tych nagród zbiegło się w czasie z opublikowaniem przez Newsweek Polska artykułu, jak pieniędzmi polskich podatników gospodaruje polski rząd. Dziennikarze tygodnika, opierając się na oficjalnych danych, obliczyli, że podczas niespełna dwóch lat rządów, na nagrody oraz premie urzędników z rządowej centrali i jej agend wydano ok. 200 mln zł (66,6 mln dol. kan.).

Od przejęcia rządów w grudniu 2016 do lata 2017 r. ministerstwa kupiły 23 samochody za… 2,6 mln zł, a rząd i ministerstwa mają już w sumie 505 pojazdów. Po katastrofie w Smoleńsku mówiło się głośno, że należy jak najszybciej kupić nowe samoloty dla VIP-ów (rządu, prezydenta), ale rząd PO-PSL odwlekał sprawę, obawiając się protestów społecznych i ataku nieprzychylnych mediów. Te drugie tylko czekały, by rozpętać kampanię oskarżycielską, że w sytuacji, gdy tyle jest braków w różnych sferach życia, rząd szasta on milionami na zakup luksusowych samolotów dla garstki osób. Gdy PiS doszedł do władzy jego rząd nie miał w tej kwestii najmniejszych skrupułów i nikogo nie pytał ani o zgodę, ani o radę i czy zakup samolotów jest zgodny z prawem. Nie był, bo zostały one kupione bez przetargów. Za 440 mln zł rząd PiS kupił dwa małe samoloty Gulfstream G 550 oraz trzy boeingi 737-800 za 2,5 mld zł (833 mln dol. kan.). Pieniądze na ten cel, zamiast na uzbrojenie armii, wyasygnowało Ministerstwo Obrony Narodowej. Prezent z tej okazji zrobiła sobie minister Beata Kempa, która za pieniądze podatników poleciała do USA, aby… dobrać kolor tapicerki i dywaników w gulfstreamach.

W ciągu niespełna dwóch lat państwowe fundusze, spółki i ministerstwa przelały pod różnym pretekstem dla imperium Tadeusza Rydzyka ponad 85 mln złotych, w tym ponad 58 mln zł dotacji z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na Geotermię Toruńską, sztandarowe ostatnio dzieło dyrektora Radia Maryja.

Nie jest to jedyne imperium medialne, które ciągnie z pieniędzy podatników ile się tylko da. Zarządzana z iście bizantyjskim rozmachem telewizja publiczna, czyli TVP, tak szasta pieniędzmi podatników na honoraria posłusznych sobie dziennikarzy i twórców, że latem ubiegłego roku otrzymała 800 mln zł pożyczki od skarbu państwa. I już po paru miesiącach pieniędzy brakło, więc z budżetu państwa wyasygnowano dla de facto prywatnej telewizji Jacka Kurskiego 980 mln zł. Opozycja chciała, aby dofinansować tymi pieniędzmi służbę zdrowia, ale opozycja może tyle co nic.

Miliony złotych zasilają też kasy tytułów prasowych zwianych z rządząca partią. Tygodniki „Do Rzeczy”, „Sieci Prawdy” i „Gazeta Polska” mają się niczym pączki w maśle. Ich finansowanie jest proste – zależne od rządu spółki Skarbu Państwa umieszczają tam systematycznie hojnie opłacane reklamy. O tym, że gazety te mają do dyspozycji nadzwyczaj dojną krowę świadczy chociażby jeden fakt. Wydawca „Gazety Polskiej” po objęciu władzy przez obecną ekipę zanotował wzrost rocznego zysku o 731 proc.!!!

Ale to wszystko nic w porównaniu z tym, co się dzieje w spółkach Skarbu Państwa oraz w tych, w których państwo ma większość udziałów. I nie chodzi już tylko o członków ich zarządów, które i za poprzednich rządów były sowicie wynagradzane. Nowe zarządy, mianowane oczywiście z partyjnego nadania, bezpardonowo wyrzucają pracowników związanych z poprzednikami. Wprowadzają swoich ludzi, tworzą też nowe stanowiska, bo liczba tych, którzy czekali na zmianę warty i chcą sobie powetować straty poniesione w okresie oczekiwania, przekracza liczbę dotychczasowych etatów. Trzeba przecież dać zarobić dzieciom, ciociom i wujkom. Zasada jest prosta – tworzy się stanowiska z wysoką pensją i żadną odpowiedzialnością, bo przecież nowi tak niewiele umieją…
Najbardziej jaskrawym przykładem nieliczenia się w tych sprawach z opinią publiczną jest Małgorzata Sadurska. Gdy była wysoką urzędniczką Kancelarii Prezydenta popadła w konflikt z szefem i musiała odejść. Lądowisko przygotowano jej bardzo miękkie i zasobne, bo w zarządzie Państwowego Zakładu Ubezpieczeń. Ale wybuchł skandal, ponieważ do mediów przeciekła informacja, że Sadurska ma tam zarabiać 90 tys. zł miesięcznie. Oficjalnie zrzekła się więc pobierania wynagrodzenia. Trwało to jednak tylko kilka tygodni. Gdy skandal przycichł, za okres, w którym pracowała za darmo otrzymała 100 tys. zł (ok. 33 tys. dol. kan.) wyrównania.

Casus Sadurskiej jest tylko jednym z niewielu jaskrawych przykładów cynicznego wręcz drenowania publicznych pieniędzy. Pieniędzy, na które w formie podatków składają się wszyscy Polacy.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii