Szpiegowskie pajęczyny oplatają świat

pipala

W czasach komuny spekulowało się, który kraj ma najlepsze agencje wywiadowcze i najlepszych szpiegów. Nazwa CIA dominowała na świecie, ale wielu specjalistów wskazywało na izraelski Mosad i radziecką KGB. Szpiegowska siła Izraelczyków opierała się na żydowskiej diasporze, wszak nie było zakątka na kuli ziemskiej, zapewne poza Koreą Północną, gdzie nie mieszkaliby Żydzi. Oczywiście nie każdy obywatel jakiegoś kraju mający żydowskie pochodzenie był od razu szpiegiem (w czym moczarowsko-gomułkowska propaganda próbowała utwierdzić w roku 1968 Polaków), ale agentowi werbującemu informatorów do swojej siatki zawsze łatwiej było się dogadać z osobą mającą te same korzenie etniczne czy religijne, niż z kimś pod każdym względem całkowicie obcym. Tyle tylko, że główny ciężar izraelskich operacji wywiadowczych był skierowany na zapewnienie bezpieczeństwa swemu państwu, jego szpiedzy infiltrowali więc przede wszystkim ościenne kraje, które nie kryły swej wrogości wobec Izraela. Ale to nie znaczy, że agenci Mosadu nie działali w innych krajach. Szczególnie w tych gospodarczo i technologicznie rozwiniętych, bo mikroskopijnie terytorialnie państwo, posadowione w dodatku we wrogim otoczeniu krajów arabskich, swoją siłę musiało budować także na nowoczesnych technologiach i to nie tylko wojskowych.

Siła KGB tkwiła natomiast w całym spektrum pozyskiwania współpracowników w interesujących ten wywiad krajach świata, przy czym przez dziesięciolecia głównym terenem jego penetracji były Stany Zjednoczone – największy wróg „radzieckiego kraju szczęśliwości”, zarazem światowy lider pod względem militarnym, technologicznym i gospodarczym. Wykradanie tajemnic wojskowych i technologicznych było podstawą działania KGB, w czym niezwykle skuteczna okazała się instytucja „śpiochów”. Dziesiątki lat wcześniej udawało się niektórym obywatelom owego kraju szczęśliwości opuścić jego granice, przy czym w wielu przypadkach w tej „emigracji” pomagało KGB. W zakamuflowany sposób pomagało im również urządzić się za granicą. Przez dziesiątki lat „emigranci” niczym nie wyróżniali się spośród społeczności, w której ich ulokowano, ale w wielu przypadkach przywiązywali szczególną wagę do wykształcenia swoich dzieci. Po ukończeniu studiów na renomowanych uczelniach dzieci były angażowane przez headhunterów do czołowych amerykańskich firm różnych branż, przy czym preferowały wysłanników firm zbrojeniowych, technologicznych i IT. Po okresie aklimatyzacji rezydenci sowieckiego, a później rosyjskiego wywiadu, pukali do drzwi ich domów i ich „wybudzali”. W wielu przypadkach nawet nie dzieci, a już ich rodzice kończyli „kwarantannę” i rozpoczynali pracę dla swojego wywiadu.

Chińczycy mają wypracowane przez siebie metody wywiadowcze, przejęli też dorobek w tej dziedzinie wywiadów całego świata, doskonalą go na bieżąco i jak mówią specjaliści, ich agentura oplotła już cały świat. Skutecznie też walczą z obcą agenturą u siebie. Pracownicy amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej przyznają, że w ciągu dwóch lat po roku 2010 zamordowano w Chinach około 30 jej współpracowników, których zwerbowano dużym nakładem sił i czasu. Pierwsze podejrzenia padły na oficera CIA chińskiego pochodzenia, który został aresztowany za przekazanie Chińczykom danych współpracowników agencji w Chinach, ale z czasem oskarżenia wobec niego złagodzono. Wyszło bowiem na jaw, że chińscy hakerzy, będący na usługach swoich agencji kontrwywiadowczych, mogli wykraść dane osobowe agentów CIA działających na terytorium ich kraju z niedostatecznie zabezpieczonych komputerów amerykańskiej agencji. Okazało się, że w komunikowaniu się z agentami stosowali oni procedury sprawdzone w działalności wywiadowczej na Bliskim Wschodzie, ale łatwe do złamania dla Chińczyków. Ta niefrasobliwość kosztowała życie wielu agentów. To coś w stylu Antoniego Macierewicza, który opublikował raport na temat WSI podając na tacy dane osobowe polskich agentów działających w innych krajach. Chińczycy takich błędów nie robią.

Działają perfekcyjnie zarówno poprzez rodaków ulokowanych w wielomilionowej diasporze, także „śpiochów”, którzy przeniknęli do strategicznych firm. Nigdy zapewne nie dowiemy się, jaką metodą Chińczycy zdobyli plany głowicy termonuklearnej W-88 dla pocisków Trident, w które marynarka USA uzbraja swoje okręty podwodne. FBI do śledztwa, które miało wykryć, w jaki sposób Chińczycy dotarli do tych danych, zaangażowała 300 swoich pracowników. Rezultat 4 lat ich pracy okazał się zerowy. Niczego nie udało się wyjaśnić.
Jest natomiast więcej niż pewne, że wszystkie agencje wywiadowcze świata, włącznie z działającą w Korei Północnej, wydają ogromne sumy na szkolenie hakerów, którzy wykradają tajemnice innym państwom. W ich krajach działają zakamuflowane „uczelnie wyższe”, które kształcą w tym procederze ponadprzeciętnych informatyków wyszukanych wcześniej na uczelniach cywilnych.

Kto przoduje w tym wywiadzie? Trudno powiedzieć, natomiast pewne jest, że w gronie prymusów są także Chińczycy. Bo nie kto inny, jak właśnie chińscy halerzy wykradli z komputerów jednego z podwykonawców plany ponaddźwiękowej rakiety niszczącej cele morskie, która ma się znaleźć na wyposażeniu amerykańskich okrętów podwodnych w 2020 roku. W dążeniu do celu Chińczycy są bezwzględni i działają według zasady – nie udało się kupić, to ukradnij. Inwestują też w potencjalnego agenta w długiej perspektywie czasu, są cierpliwi, nie działają pospiesznie i nie wymagają natychmiastowych rezultatów. Jako przykład Amerykanie podają przypadek jednego ze swoich młodych rodaków.

Studiował w Szanghaju i wziął udział w konkursie na esej o stosunkach amerykańsko-chińskich. To było w 2004 r. Za udział w konkursie zapłacono mu niewielkie pieniądze i zaproszono na spotkanie z pracownikami ministerstwa bezpieczeństwa. Ci poprosili Amerykanina, by po ukończeniu studiów złożył podanie o pracę do amerykańskiego Departamentu Stanu. Mimo że dwukrotnie nie zdał egzaminów, otrzymał od nich 30 tysięcy dolarów, a niedługo później kolejne 40 tysięcy, aby aplikował do CIA. Wszystko było na jak najlepszej drodze, ale w ostatniej chwili, podczas ostatniej weryfikacji, agenci CIA zorientowali się w jego powiązaniach i został aresztowany. To było w 2010 r. Skazano go na 4 lata więzienia. Chińczycy inwestowali w niego przez 6 lat. W ilu takich młodych ludzi Chińczycy inwestują cierpliwie przez lata? I ilu z nich udaje się jednak przejść przez sito weryfikacji.

Zależnie od okoliczności Chińczycy stosują różne metody. Pod szczególnym nadzorem chińskiego wywiadu jest Kalifornia. Tam są siedziby największych i najważniejszych firm technologicznych i tam też mieszka co trzeci amerykański Chińczyk. Do „obsługi” tego stanu chińska bezpieka powołała oddzielny oddział. Gdy w Kalifornii organizują swoje demonstracje Tybetańczycy lub Tajwańczycy chińscy studenci podejmują kontrmanifestacje, kierowani przez przybyłych z Chin agentów. Organizują też „powitalne” demonstracje przybywających z ojczyzny dygnitarzy. Jeśli chiński student nie chce brać udziału w tego typu imprezach, musi się liczyć z odebraniem rządowego stypendium.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii