Tajemnica śmierci legendarnego prezydenta

str-16-starzynski

Ci, którzy przeżyli wrzesień 1939 r. w Warszawie mówili, że do końca życia będą pamiętać jego przemówienia, w których zagrzewał mieszkańców do oporu przeciwko hitlerowskiej nawałnicy. Mimo że dwukrotnie otrzymał rozkaz ewakuowania się z miasta (za drugim razem wysłany został po niego specjalny samolot) odmówił. Pozostał na barykadach Warszawy wraz z jej mieszkańcami. Nazywał się Stefan Starzyński i był prezydentem stolicy Polski.

Urodził się w Warszawie, 19 sierpnia 1893 roku i jak wielu aktywnych ludzi żyjących w czasach wielkich przełomów, miał krótkie, ale bogate życie. Będąc uczniem gimnazjum działał w Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej, za co w wieku 17 lat skazany został na miesiąc aresztu w twierdzy, który spędził w Cytadeli Warszawskiej. Gdy rodziła się niepodległa Polska, był żołnierzem Legionów, w wojnie 1920 r. wyróżnił się w walkach z 1 Armia Konną dowodzoną przez wąsatego Siemiona Budionnego. Po zakończeniu działań wojennych zajął się polityką i pracą w administracji państwowej. Miał ku temu stosowne przygotowanie, ponieważ jeszcze pod zaborami studiował ekonomię na Wyższych Kursach Handlowych Augusta Zielińskiego, z których wypączkowała dzisiejsza Szkoła Główna Handlowa. W 1914 r. uzyskał dyplom ukończenia tychże Kursów, miał też za sobą dwa semestry prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Przeszedł przez wiele szczebli kariery (w latach 1922-1924 był m.in. sekretarzem generalnym polskie komisji, która realizowała postanowienia polsko-rosyjskiego traktatu ryskiego), a 2 sierpnia 1934 r. został mianowany komisarycznym prezydentem miasta stołecznego Warszawy. W grudniu 4 lata później, a więc niespełna rok przed wybuchem wojny, w głosowaniu demokratycznie wybranej rady miejskiej nie uzyskał wymaganej liczby głosów na prezydenta stolicy, ale został zatwierdzony na to stanowisko przez ministra spraw wewnętrznych.

28 września 1939 r. po heroicznej obronie Warszawa jednak skapitulowała i Stefan Starzyński był w komisji, która pertraktowała warunki kapitulacji. Wrócił do pracy w ratuszu, ale niespełna miesiąc później, 26 lub 27 października, w tymże ratuszu został aresztowany. Zaczęła się gehenna człowieka, który w opinii warszawiaków był symbolem bohaterskiej obrony polskiej stolicy. I droga ku nieznanej śmierci.

Wiadomo na pewno, że po aresztowaniu, co stało się w obecności Stanisława Lorentza, Stefan Starzyński przewieziony został do więzienia na ul. Daniłowiczowskiej, a następnie przebywał na Pawiaku. Z Pawiaka wożono go na przesłuchania do siedziby gestapo w Alei Szucha. Co i kiedy stało się z nim później, nie wiadomo. W grudniu 1939 r. nie odebrał wysłanej mu paczki i od tego momentu są już tylko poszlaki dotyczące jego dalszych losów.

Pierwsze śledztwo, którego celem było wyjaśnienie wojennych losów legendarnego prezydenta Warszawy podjęto dopiero w 1969 r. Prowadziła je sędzia Lidia Kwiatkowska z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. Po 3 latach je zawiesiła, ale śledztwo doprowadziła jedynie do momentu zniknięcia Starzyńskiego z Pawiaka. Następne podjęto dopiero w 2005 r. i po 9 latach prowadząca je prokurator Małgorzat Kuźniar-Plota zakończyła swoja prace i udzieliła wywiadu „Rzeczpospolitej” pt. „Jak rozwikłałam zagadkę śmierci Starzyńskiego”. „Rozwikłanie” prokuratorka z IPN oparła na zeznaniach jednego tylko człowieka. Był nim niejaki Ernst Komarek, obywatel Niemiec, który sam się do niej zgłosił w 2012 roku. Opowiedział, że pochodzi ze Śląska, w chwili wybuchu wojny miał 18 lat i pracował w warszawskim gestapo jako tłumacz. Trzej jego znajomi z gestapo, których podał z imienia, nazwiska i stopnia, opowiedzieli mu że po zabraniu Starzyńskiego z Pawiaka rozstrzelali go „podczas próby ucieczki”. Tę jedną jedyną relację prokurator IPN uznała za wiarygodną, odrzucając kilka innych, które się w dodatku zazębiają.

Na przełomie lat 1945-1946 zagadkę śmierci Stefan Starzyńskiego postanowił rozwiązać na własną rękę dziennikarz Stanisław Sachnowski, piszący pod pseudonimem Jacek Wołowski. Wiosną 1946 r. trafił w Gdyni na niejakiego Jana Mazurka, który był kucharzem w obozie koncentracyjnym w Dachau. Powiedział on dziennikarzowi, że osobiście nie spotkał się ze Starzyńskim, ale dwóch więźniów, których znał i z którymi rozmawiał, nosiło zupę w kotle do bunkra i mieli ze Starzyńskim kontakt. Jednym z nich był ksiądz Józef Zapłata. Opowiedział on Mazurkowi, że w październiku 1943 r. ksiądz otrzymał gryps od Starzyńskiego, w którym więzień pisał: Byłem przewieziony do Berlina. Znów odmówiłem podpisania odezwy wzywającej do stworzenia armii przeciwko Sowietom. Myślę o Warszawie. Serdecznie pozdrawiam wszystkich Polaków. Jestem pewien, że hitlerowcy mnie wykończą.

Z relacji innych więźniów Dachau dziennikarz dowiedział się, że hitlerowcy dręczyli Starzyńskiego puszczając mu dzień i noc jego przemówienia wygłaszane przez radio podczas obrony Warszawy. Ten fakt potwierdził jeszcze inny więzień Dachau, przy czym stwierdził, że Starzyński miał z tego powodu „stracić zmysły”. Pobyt prezydenta w Dachau potwierdził kolejny były więzień tego obozu, który w styczniu 1972 zgłosił się do prowadzącej pierwsze śledztwo sędzi Kwiatkowskiej. Nazywał się Józef Nadrzycki, był malarzem pokojowym i malował m.in. cele w Dachau. Także w bunkrze. Nadrzycki zeznał, że Starzyński zapytał go, czy w obozie są jacyś znani Polacy. Gdy usłyszał, że jest w nim mjr Leon Kniaziołucki, powiedział Nadrzyckiemu, by koniecznie przesłał mu gryp. Starzyński znał bowiem majora z czasów obrony Warszawy, który był wtedy oficerem do zleceń specjalnych gen. Juliusza Rómmla i z tej racji codziennie spotykał się ze Starzyńskim.

Koronnym argumentem tych, którzy odrzucają fakt, że Stefan Starzyński był więziony i zamordowany w Dachau, jest książka „Dachau 1939-1945” autorstwa Teodora Musioła. Musioła uważa się za najważniejszego historyka tego obozu, a on ani słowem nie wspomina, aby prezydent Starzyński miał w Dachau przebywać. O Starzyńskim nie było najmniejszej wzmianki także w dokumentach obozu, które przejęli Amerykanie, jego wyzwoliciele. Dlaczego? O tym mówi historyk Tomasz Szarota, który postanowił zbadać, gdzie i jak zginął Stefan Starzyński. Jest przekonany, że ostatni przed wojną prezydent Warszawy, podobnie jak gen. Stefan Rowecki „Grot”, był przetrzymywany w specjalnym bunkrze. Nie wiedzieli o nich inni więźniowie obozu, a z jego załogi jedynie komendant. Prof. Tomasz Szarota mówi:

Tak przetrzymywano więźniów specjalnych II Rzeszy. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że zarówno Rowecki, jak i Starzyński byli takimi więźniami. Ich nazwisk nie zapisywano w dokumentach obozu. W związku z tym pan Teodor Musioł, sam więzień Dachau, nie miał pojęcia o przetrzymywaniu tam Starzyńskiego. (…) Niemcy prowadzili wtedy akcję „Noc i mgła”. Porywali kogoś z ruchu oporu i proponowali współpracę. Jeśli się godził, wychodził nagle z niebytu, a jeśli nie – ślad miał po nim zaginąć. Rozpływał się jak noc i mgła.

Prokurator IPN uznała, że wszystkie te informacje są niewiarygodne, zaś jedyną prawdą jest to, co powiedział jej Ernst Komarek, który pojawił się nagle niczym królik wyjęty z kapelusza.

Wspomniany już Stanisław Sachnowski ostatnie chwile Stefana Starzyńskiego opisał w kilku zdaniach: 17 października 1943 roku Starzyński wyprowadzony został z celi. Przeprowadzono go na dziedziniec, gdzie kazano wykopć mu grób. Gdy wykopał, odczytano mu wyrok, po czym padła salwa.

Nie podał, niestety, źródła, na podstawie którego napisał te trzy zdania.

Andrzej Fliss