Tajemnicze zabójstwo komendanta

pipala

To było 25 czerwca 1998 roku, czyli 20 lat temu. Zbliżała się godzina 22, gdy na parkingu przy ul. Rzymowskiego (dziś Gintrowskiego) w Warszawie zatrzymało się daewoo espero. Padł strzał i z auta już nikt nie wysiadł. Tym, który miał wysiąść, był generał Marek Papała, komendant główny policji. Zginął od jednej kuli. To zabójstwo zbulwersowało niemal całą Polskę. Dziś, gdy się je przypomina, także bulwersuje.

Zastanawiające jest, że 20 lat po zabójstwie najważniejszego wówczas polskiego policjanta, nadal nie wiadomo, kto tego dokonał albo kto był jego zleceniodawcą, nadal nie wiadomo też, jakie motywy kierowały człowiekiem (lub grupą ludzi), który postanowił zabić komendanta głównego policji. Ekipa śledcza dotarła do jedynego świadka, który widział parkujący samochód, próbującego wysiąść z niego mężczyznę i drugiego, który trzymał wymierzony w wysiadającego przedmiot przypominający samochodową gaśnicę. Śledczy uznali, że ów przedmiot mógł być, a raczej na pewno był, pistoletem owiniętym w folię, aby sprawca nie utracił łuski z wystrzelonego naboju. Świadkiem, który opisał to zajście, był mieszkający w bloku przy Rzymowskiego Wietnamczyk. Stał wtedy na balkonie wynajmowanego mieszkania na VI piętrze i palił papierosa. Odległość była jednak zbyt duża, by mógł opisać nawet sylwetkę sprawcy, a co dopiero twarz.

W tym samym czasie niedaleko parkingu spacerowała z psem żona generała i jak zeznała, minęła się z kobietą i mężczyzną, którzy szli od strony parkingu. Nikogo innego w tym czasie zarówno w tym miejscu, jak i w najbliższej okolicy nie widziała. Żona generała była pierwszą osobą, która znalazła jego martwe ciało w samochodzie. Zadzwoniła na policję. Wieść o morderstwie rozeszła się błyskawicznie po mieście i na miejscu zabójstwa zaczęli się gromadzić gapie, dziennikarze, politycy, przede wszystkim SLD, z którymi generał żył w przyjaźni, wreszcie ekipy śledcze. Wszyscy chodzili w kółko i zadeptywali ewentualne ślady, które mógł pozostawić zabójca. Gdy wreszcie zabezpieczono miejsce zbrodni, żadnych śladów nie znaleziono.

Śledczy przyjęli na początku kilka wersji, miedzy innymi, że mogła to być zemsta któregoś z podwładnych, atak szaleńca, nieporozumienia rodzinne, ale wszystkie po kolei wykluczano. Uczepiono się koncepcji, że zabójstwa generała dokonano na zlecenie, ponieważ mógł on być na tropie mafii narkotykowej albo samochodowej, mógł też posiadać bliżej przez śledczych nieokreśloną wiedzę dotyczącą prominentnych w państwie osób, która mogła te osoby skompromitować. Ale żadnych dowodów, ani nawet poszlak dotyczących którejś z tych wersji, nie udało się znaleźć. Brak najmniejszego chociażby punktu zaczepienia mocno ciążył na wizerunku śledczych. Uczepiono się więc wersji, że było to zabójstwo na zleceni e, a jednym z tych, który mógł takie zlecenie wydać, był polonijny biznesmen Edward M.

Był biznesmenem, który robił interesy, ale nie zdradzał się z nimi. Przyjęto więc, że są to interesy podejrzane, a ponieważ utrzymywał bliskie kontakty z Papałą, generał mógł sporo o tych interesach wiedzieć, więc był dla M. groźny. Na dodatek w ręce śledczych wpadł złodziej samochodowy o ksywie „Patyk”, który powiedział, że dwie godziny przed zabójstwem generała był w pobliżu parkingu, na którym go zamordowano i widział tam byłego zapaśnika, Krzysztofa W. Ów zapaśnik zaś przyjaźnił się z niejakim Ryszardem Boguckim, który z kolei był dobrym znajomym Nikosia, słynnego złodzieja samochodów z Trójmiasta. Następnie śledczy dotarli do siedzącego w areszcie Artura Z., który miał ksywę „Iwan”. Siedział pod zarzutem udziału w zabójstwie. Tenże „Iwan” zeznał po jakimś czasie (obiecano mu nadzwyczajne złagodzenie kary w procesie o morderstwo), że swego czasu uczestniczył w spotkaniu w gdańskim hotelu „Marina” z Nikosiem i Andrzejem Z., mającym pseudonim „Słowik” oraz jakimś biznesmenem z Warszawy, który oferował 40 tys. dol. za zabicie generała Papały. „Iwan” rozpoznał w tym biznesmenie Edwarda M. Polonijny biznesmen był już w tym czasie u siebie w Chicago, zaś „Iwan” w procesie o morderstwo nie otrzymał dożywocia, jak się spodziewano, lecz jedynie karę 15 lat więzienia.

Śledczy uwierzyli w wykreowaną przez siebie wersją, że za zleceniem zabójstwa stoi Edward M. i wystąpili o jego ekstradycję. Działo się to już za pierwszych rządów PiS. Ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, który zachłystywał się, że dopiero pod jego kierownictwem sprawiedliwość dopadnie mordercę. Na koszt podatników poleciał więc do Chicago, by sprawę Edwarda M. dopinać z amerykańskimi prokuratorami. Ziobro złożył wniosek ekstradycyjny w sprawie Edwarda M., prokuratorzy wsadzili polonijnego biznesmena do aresztu ekstradycyjnego w Chicago, minister wrócił do Polski w aureoli szeryfa rozwiązującego sprawy nie do rozwiązania, ale jego entuzjazm okazał się być przedwczesny. Na drodze szeryfa stanął amerykański sędzia, który na wniosku ekstradycyjnym ministra nie zostawił suchej nitki, uznał go za absolutnie niewiarygodny i oparty na naciąganych dowodach.

Śledczy, którzy wykreowali wersję zlecenia zabójstwa przez Edwarda M. pominęli bowiem (zapewne rozmyślnie) pewien wątek z ostatnich dwóch godzin poprzedzających zabójstwo. Marek Papała spotkał się wtedy z Edwardem M. w domu emerytowanego generała SB, Jozefa Sasina. Edward M. wiedział, że komendant nie przyjedzie na parking pod swoim blokiem sam, ponieważ żegnając się powiedział, że jedzie na dworzec po matkę. Gdyby zabójca wiedział, że generał nie będzie sam, zapewne nie czekałby na parkingu. Papała zmienił plany, ponieważ pociąg się spóźniał i postanowił przed jego przyjazdem podjechać do domu. Ta decyzja kosztowała go życie.

Po odrzuceniu wniosku ekstradycyjnego ministra Ziobry, prokuratorzy oskarżyli o pomocnictwo i współudział w zabójstwie generała wspomnianych Andrzej Z., („Słowika”) i Ryszarda Boguckiego, ale ani jeden, ani drugi nie przyznali się do zarzucanego im czynu, a główny świadek oskarżenia, o którym już pisaliśmy, czyli „Iwan”, zmarł nagle w więzieniu po „przedawkowaniu leków”. Pod koniec procesu „Słowika” i Boguckiego doszło do precedensowej sytuacji. Do sprawy włączyła się bowiem prokuratura apelacyjna z Łodzi, która jako podejrzanych o zabójstwo wskazała wymienionego już w artykule Igora Ł. ps. „Patyk” oraz Mariusza M. ps. „Majek”. Precedens dotyczył tego, że po raz pierwszy dwie prokuratury przedstawiły niemal w tym samym czasie odmienne wersje tego samego zabójstwa.

W wyniku swojego śledztwa prokuratorzy z Łodzi uznali, że gen. Marek Papała został zastrzelony przypadkowo przez złodziei samochodów, czyli „Patyka” i „Majka”, którzy zaplanowali ukraść jego daewoo espero, nie mając pojęcia, kto jest właścicielem auta. Sęk w tym, że ćmiący na balkonie papierosa Wietnamczyk widział tylko jednego mężczyznę, a żona generała minęła się z idącymi od strony parkingu mężczyzną i kobietą.

Proces „Patyka” i „Majka” trwa od roku 2015, a obrońcy oskarżonych są przekonani, że zakończy się uniewinnieniem. Jeśli tak się stanie, plama na profesjonalizmie oraz honorze policji i prokuratury nie zblednie nawet trochę.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii