Teatry pod kreską, ale się nie dają

pipala

Zaczęło się w 2005 roku. Krystyna Janda, można powiedzieć – „kultowa” polska aktorka tak teatralna, jak i filmowa („Człowiek z marmuru”, „Przesłuchanie”), założyła Fundację Krystyny Jandy na rzecz Kultury, a poprzez nią prywatny teatr „Polonia”. To było wydarzenie dla życia kulturalnego nie tylko stolicy, także dla miłośników teatru z całej Polski. Liczyli, że Krystyna Janda połączy sztukę dramatyczną z aktorstwem z najwyższej półki i się nie przeliczyli.

Na inaugurację (3 grudnia 2006 r.) teatr wystawił „Trzy siostry”, co zaskoczeniem nie było, wszak aktorka i teraz już właścicielka teatru, miała za sobą przed laty fenomenalną rolę w telewizyjnej adaptacji dramatu Antoniego Czechowa. Do „Polonii” zaczęli jeździć z całej Polski ludzie, którym teatr miły sercu. Roczna widownia „Polonii” to około ćwierć miliona widzów. Pięć lat później w budynku byłego kina „Ochota” (jak sama nazwa wskazuje w warszawskiej dzielnicy Ochota) fundacja Jandy założyła drugą scenę, Och-Teatr, z widownią na 447 miejsc. Teatr na Ochocie wystawiał własny repertuar, również teatru „Polonia”, a także spektakle muzyczne, co stało się jego znakiem rozpoznawczym.

Krystyna Janda, jako się rzekło, była prekursorką na niwie polskich prywatnych scen teatralnych. W jej ślady poszli także inni. Cztery lata po niej aktorka Anna Gornostaj i Stanisław Mączyński założyli przy warszawskiej ulicy Marszałkowskiej Teatr Capitol. Wystawia spektakle na dwóch scenach. W tym samym roku rozpoczęła się działalność kolejnej prywatnej sceny dramatycznej. Zdecydowali się na ten krok kolejni ludzie teatru, aktor Emilian Kamiński i jego żona Justyna Sieńczyłło. Z ich inicjatywy w zabytkowej secesyjnej kamienicy przy Alei Solidarności w Warszawie podniosła się kurtyna w Teatrze Kamienica.

Rok później aktor Michał Żebrowski oraz Eugeniusz Korin na scenę dramatyczną zaadaptowali położoną na 6. piętrze Pałacu Kultury i Nauki salę koncertową i z racji położenia nadali mu nazwę Teatr 6. piętro. Kolejną scenę, Teatr IMKA, założył 5 lat po debiucie właścicielskim Krystyny Jandy Tomasz Karolak, a jego nazwa wiąże się z lokalizacją. Siedzibą teatru jest bowiem budynek, w którym przed wojną znajdowała się międzynarodowa organizacja młodzieżowa YMCA.

Prywatne sceny teatralne, to specyfika nie tylko stolicy. Marek Zgaiński z Poznania za swoje pieniądze wyremontował i zaadaptował na potrzeby „sceny dramatycznej” starą… myjnię samochodową. Mój Teatr Zgaińskiego jest rzeczywiście jego. Jest on bowiem w jednej osobie autorem sztuk, reżyserem i dyrektorem artystycznym. Jego widownia ma niewiele, bo około 30 miejsc. Ceny biletów są zgodne z zasadą Izabelli Cywińskiej, polskiej reżyserki filmowej i teatralnej, pierwszej minister kultury i sztuki w pierwszym niezawisłym rządzie po roku 1989, a mianowicie, że ich górny pułap nie może przekroczyć ceny pół litra wódki. W ciągu pięciu lat działalności Mój Teatr miał 15 premier. Krakowski Teatr Komedia stworzył ceniony niegdyś muzyk i wykonawca piosenek Brela, Jan Jakub Należyty. Jego cechą charakterystyczna jest, że nie ma stałej sceny. Dzięki temu odpadają mu koszty najmu lokalu.

W innych polskich miastach także działają prywatne teatry. Z reguły w małych lokalach, z kameralnymi scenami. Ot w takim Rzeszowie są dwa. Ale…

Wszystkie te prywatne biznesy teatralne mają jedną wspólną cechę – chorują na brak pieniędzy. Do końca roku 2015 polityka stała od nich raczej daleko, ale gdy nadeszła „dobra zmiana”, to akurat dla nich okazała się ona „złą zmianą”. Przede wszystkim dla tych, które były sponsorowane przez spółki skarbu państwa. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, które było głównym sponsorem Teatru Polonia już na samym początku „dobrej zmiany” zerwało umowę sponsorską. W krótkim piśmie sponsor poinformował, że medialne kontrowersje związane z osobą Krystyny Jandy (była animatorem Czarnego Protestu) źle wpływają na wizerunek PGNiG jako firmy. Tenże sam polski potentat w kopaniu ropy i gazu był sponsorem Teatru 6. piętro Michała Żebrowskiego i też zerwał umowę. Środowisko natychmiast powiązało to z faktem, że Michał Żebrowski otwarcie popierał w kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Emilian Kamiński pozyskał natomiast na sponsora paliwowego potentata PKN Orlen, co wiąże się z tym, że bardzo krytycznie wypowiadał się o spektaklu „Klątwa” wystawianym w Teatrze Powszechnym. Jego ściągnięcia z afisza domagał się zaś minister od kultury Piotr Gliński.

Jak się utrzymać na powierzchni, to dziś problem wszystkich polskich teatrów prywatnych. I tych dużych i tych małych. Żeby nie wiadomo jak ambitny repertuar miały na afiszach, a był on nie pomyśli „dobrej zmiany”, to nie mają szans już nie tyle na dotacje, co nawet na dobre słowo. Bo „dobra zmiana” polega na tym, że ma się robić sztukę, którą „dobra zmiana” uznaje za słuszną. I „dobra zmiana” wynagradza tylko to, co według niej jest słuszne. A sednem sztuki i ludzi sztuki jest, jak wiadomo, nieposłuszeństwo.

Anna Gornostaj miała marzenie, by jej Teatr Capitol był pierwszym prywatnym teatrem w Polsce, który miałby stały zespół. Ale stały zespół to etaty, ZUS-y, podatki, koszty ogromne, na które właścicieli nie stać. Marzenia trzeba było odłożyć na półkę, miesięcznie dawać w stolicy 80 spektakli, 40 jeżdżąc po całej Polsce, prowadzić ogródek „Przechodnia Food&Music”, by zarabiać na realizację teatralnej pasji.

Michał Żebrowski miał marzenie, by ze składek społeczeństwa zbudować teatr, tak jak to na długo przed wojną zbudował Teatr Polski Arnold Szyfman. W tamtych czasach społeczeństwo wspierało ambitne marzenia, dziś społeczeństwo ma telewizję, także Telewizję Trwam, które od kontrowersyjnych teatrów są bardzo daleko.

W jaki sposób prywatne teatry bronią się przed upadkiem? Graniem. Grają na okrągło. 120 spektakli miesięcznie, jak w przypadku Teatru Capitol, to dla teatrów publicznych wysiłek nieosiągalny. Skąd, skoro tak ciężko u nich z finansami, biorą aktorów? Aktor dostaje gaże za spektakl. W ich zawodowym slangu mówi się o tym, że „się dogrywa”.

Wszyscy mówią, że zaciskają pasa, i zaciskać będą dopóty, dopóki nie nadejdą dla prywatnych i niesfornych teatrów lepsze czasy…

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii