Tłok na niebie coraz większy

str-18-tlok-na

Ludzie na całym świecie się bogacą i zaczynają podróżować. Aby szybko się przemieścić, oszczędzić czas i kilka dni z urlopu, mieszkańcy świata wsiadają do samolotów. Po włączeniu w internecie strony Flight radar widać zapchane niebo nad Europą, nad USA czyste bywa tylko nad Dakotą, w Azji od Indonezji przez Singapur, Chiny do Japonii tłok. Na kierunkach transatlantyckich z Europy do USA oraz Kanady i z powrotem jeden samolot siedzi na ogonie poprzednika. Spokojnie jest na trasie z Europy do naszego Vancouver, bo lata się nad Grenlandią, a tamtędy mało kto lata, potem przelatuje nad bezludnymi terytoriami północnej Kanady i dopiero im bliżej miejsca lądowania tym zagęszczenie samolotów wzrasta. Turystka to biznes i ten biznes daje szybki pewny dochód.

Ponieważ ludzie latają coraz częściej, linie lotnicze potrzebują coraz więcej samolotów. Firma Boeing co roku sporządza prognozę dotyczącą wzrostu ruchu lotniczego, a co za tym idzie – kształtowania się zamówień na nowe samoloty. I każdego roku Boeing w swoich prognozach sie myli. Co prawda tylko o kilka procent, ale jeśli te procenty przełożymy na liczbę samolotów, to ich liczba robi się nader poważna. W tym roku firma z Seattle opublikowała kolejną prognozę i jest ona aż o 3 proc. wyższa od tej sprzed dwunastu miesięcy.

Teraz eksperci Boeinga przewidują, że w ciągu najbliższych 19 lat (do roku 2038)nad naszymi głowami latać będzie ponad 50 tysięcy samolotów pasażerskich. W związku z tym zapotrzebowanie światowych przewoźników na samoloty będzie gwałtownie rosnąć i w ciągu najbliższych 20 lat hale montażowe Boeinga, Airbusa oraz innych pomniejszych producentów opuści ponad 44 tys. nowych maszyn, przy czym ok. 19 tys. zastąpi obecnie eksploatowane. Dziś linie lotnicze eksploatują niemal 26 tys. samolotów.

Koncerny lotnicze czekają niewątpliwie złote lata i trzeba tylko mieć nadzieję, że w natłoku zamówień i w wyścigu z czasem nie popełnią tak drastycznych niedoróbek, jak w przypadku Boeinga 737 Max 8, czego efektem były dwie katastrofy, które kosztowały życie ponad 350 ludzi. Podważyły one mocno reputację USA jako modelowego przykładu bezpieczeństwa w lotnictwie, ponieważ okazało się, że w wyniku nacisków (także prezydenta Trumpa) na Federalną Administrację Lotnictwa (FAA), pozwolono Boeingowi by… pomagał przy certyfikacji produkowanych przez siebie samolotów. Amerykański koncern drogo teraz za to płaci. Linie lotnicze zrywają umowy na ten samolot, zaś na You Tubie można oglądać film, na którym widać zapchane felernymi 737 Max8 nawet parkingi samochodowe wokół fabryki w Everet w Seattle.

Prognoza Boeinga podaje, że dwukrotne zwiększenie floty będzie kosztowało powietrznych przewoźników 6,81 biliona dolarów. Kwota wręcz astronomiczna, ale wydatek z pewnością zrekompensuje liczba pasażerów, która według prognozy, tym razem IATA (Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych) w roku 2037 ma osiągnąć 8 miliardów. Jeśli tak się stanie, to wyjdzie na to, że każdy mieszkaniec naszej planety odbędzie w tymże 2037 r. przynajmniej jeden lot samolotem komunikacyjnym.

W palecie samolotów zamawianych do 2038 roku królować będą maszyny wąskokadłubowe, z jednym przejściem między rzędami foteli. Zamówienia na maszyny szerokokadłubowe, obsługujące przede wszystkim przeloty transkontynentalne, mają opiewać na 8,2 egzemplarzy, około tysiąca maszyn zbudowanych zostanie wyłącznie dla linii cargo, ponieważ przewóz towarów drogą lotniczą również dynamicznie rośnie. Prognoza Boeinga obejmuje również około 2,2, tys. samolotów mniejszych, do obsługi ruchu pasażerskiego na liniach regionalnych.

Nie dotyczy natomiast maszyn sektora zwanego General Aviation, czyli obsługującego zarówno prywatny, jak też komercyjny nierozkładowy ruch lotniczy oraz samolotów wojskowych. Boeing pomija też w swoim opracowaniu produkcję samolotów turbośmigłowych.

W odniesieniu do nich pojawiają się ostatnio coraz częściej opinie, że są one przestarzałe w stosunku do wymogów współczesności, co nie do końca jest prawdą. Tych opinii krytycznych nie podziela na przykład francusko-włoskie konsorcjum ATR (Avions de Transport Régional lub Aerei da Trasporto Regionale) producent samolotów turbośmigłowych. Ta firma również zajmuje się przewidywaniem przyszłości dotyczącej ruchu lotniczego. Z jej opracowań, sięgających roku 2037, można się więc dowiedzieć, że powietrzni przewoźnicy zamówią w tym okresie ok. 3 tys. samolotów turbośmigłowych, z której to liczby ok. jedną piątą stanowić będą maszyny zabierające do 50 pasażerów.

Nic zatem nie wskazuje, by samoloty tego typu zniknęły znad naszych głów, tym bardziej, że są one mniej szkodliwe dla środowiska, a na świecie zaczynają narastać (zaczęło się w Skandynawii) ruchy ekologiczne namawiające ludzi do rezygnacji z podróży lotniczych. O ile bowiem wszystkie latające na świecie samoloty odpowiadają za 2 proc. zanieczyszczania ziemskiej atmosfery dwutlenkiem węgla, to niemal w 100 procentach są one winne skażania tym gazem górnych warstw ziemskiej atmosfery. Producenci silników lotniczych odpowiadają ekologom, że każda ich najnowsza konstrukcja jest zdecydowanie bardziej bezpieczna dla środowiska od poprzedniej. Ekolodzy mają oczywiście swoje racje, ale nikt na świecie nie wyobraża sobie, by ruch lotniczy miał zamrzeć. Oznaczałoby to zastój w biznesie, handlu i oczywiście turystyce.

Jakiekolwiek ograniczenia najmocniej uderzyłyby w kraje Azji. Prognozy zarówno producentów samolotów, jak też organizacji zajmujących się powietrznym transportem są zgodne co do tego, że najdynamiczniejszy rozwój lotnictwa komunikacyjnego będzie dotyczył krajów tamtego kontynentu. Przede wszystkim Chin. W Państwie Środka jest on wręcz szalony. Jeszcze 5 lat temu, w roku 2014, na tamtejszym rynku działało 28 przewoźników, dziś jest ich niemal dwa razy więcej, bo 55, a w ich barwach lata 2650 maszyn, trzy razy więcej niż jeszcze 10 lat temu.

Obecnie najwięcej pasażerów mają wszystkie amerykańskie licznie lotnicze razem wzięte, przede wszystkim za sprawą rozwiniętej na niespotykaną skalę komunikacji wewnątrzkrajowej. Analitycy rynku przewozów powietrznych twierdzą, że w połowie trzeciej dekady obecnego wieku, a więc za mniej więcej 6 lat, Chiny prześcigną Stany Zjednoczone w liczbie odprawianych pasażerów. I zapewne się nie mylą. Oba kraje mają porównywalną powierzchnię (Chiny 9,6 mln km kw., USA 9,3 mln km kw.) i o ile w Stanach Zjednoczonych połączenia powietrzne są skorelowane z przemieszczaniem się ludzi i samolotem można już dotrzeć wszędzie, to w Chinach ten proces jest dopiero na etapie rozwojowym, a czynnik demograficzny działa na rzecz Państwa Środka.

Chiny mają do przewiezienia 1,4 mld ludzi, a USA ponad 4 razy mniej. To oczywiście nie znaczy, że każdy Chińczyk aż się pali, aby wsiąść do samolotu, ale zarówno ten kraj, jak i jego mieszkańcy bogacą się w szybkim tempie, biznesy się rozwijają, Chińczycy też już pracują wedle dewizy, że czas to pieniądz, więc kandydatów do powietrznych podróży musi w szybkim tempie przybywać. Do tego dochodzi międzynarodowy ruch turystyczny i biznesowy, który co prawda jest procentowo nikły w stosunku do przelotów wewnątrzkrajowych, ale też liczy się w milionach. Nic tedy dziwnego, że z liczby 44 tysięcy nowych samolotów, które do 2038 roku mają opuścić hale montażowe lotniczych koncernów, aż 17,4 tysiąca zasili flotę linii z krajów Azji Południowo-Wschodniej, w tym przede wszystkim Chin. W towarzystwach lotniczych Ameryki Północnej, a więc także kanadyjskich, ma przybyć 9,13 tys. nowych maszyn i niewiele mniej, bo niemal 7 tys. przewoźnikom europejskim.

Samoloty samolotami, ale by mogły latać, potrzebni są piloci. Koncerny pracują co prawda nad samolotami autonomicznymi, czyli bez pilota, trudno jednak sobie wyobrazić, że jeśli powstaną, to szybko zdobędą sobie zaufanie pasażerów. W tej sytuacji analitycy przewidują, że tylko do roku 2035 w regionie Azji i Pacyfiku potrzebnych będzie 248 tysięcy nowych pilotów. Ale to odrębny problem, wykraczający już poza ramy niniejszego artykułu.

Piotr Skawiński