„Tylko nie mów nikomu”

str-1_czb

Ponad 30 lat temu w jednym z włoskich kurortów patrzyłem jak młody mężczyzna w krótkich spodenkach, koszuli z koloratką pod szyją i dużym słomkowym kapeluszem na głowie kosi trawę wokół letniej kaplicy, w której podczas wakacji służył wiernym i panu Bogu. Był zlany potem od czubka głowy po klapki na gołych stopach. Zapytałem go, kto przychodzi do niego na niedzielne msze. Odpowiedział jednym słowem: Polacy. Dwadzieścia kilka lat później ze zdumieniem i niedowierzaniem czytałem słowa jakiegoś wychowanego w polskim Kościele arcybiskupa, który pouczał z ambony uczestników mszy, że niedopuszczalne jest, by chłopców zmuszać do prania własnej bielizny i skarpetek. W tym samym mniej więcej czasie pewna babina z zapadłej małopolskiej wsi na widok czarnoskórego mężczyzny, który przyjechał odwiedzić mieszkającą w jej wsi koleżankę, żegnała się kilkakrotnie w przekonaniu, że spotkała antychrysta.

Przywołuję te trzy migawki, by zilustrować stosunek Polaków do Kościoła kat., a także mentalność polskich księży wobec wiernych. Polscy księża zostali wychowani, że są panami myśli i czynów tych, którzy wierzą w Boga wedle kanonów wiary katolickiej i przychodzą do kościołów, by do tego Boga się modlić. Uważają się za tych, którzy mają wiernym dyktować, jak mają się modlić, co myśleć i czynić, by zasłużyć na godne życie pozagrobowe.

Władcy Kościoła w Polsce narzucili wiernym poddańczy wręcz stosunek do siebie, wynosząc się na pasterzy, a wiernych degradując do roli owieczek. Nic bardziej upodlającego dla godności człowieka. Ale „lud boży” poddał się tej indoktrynacji, bo polski „lud boży” jeszcze dziś jest w swojej masie niewykształcony, a człowiek niewykształcony nie ma w sobie wiedzy, która pozwoliłaby mu na krytyczną ocenę słów i czynów osób drugich, w tym przypadku księży. Dla setek tysięcy polskich katolików jedyną dostępną lekturą, z którą mają do czynienia, stanowi książeczka do nabożeństwa, czytana może raz w niedzielę, a i to nie wiadomo czy z pełnym zrozumieniem. W tej sytuacji nie dziwi, że jedyną nauką kształtującą osobowość takich ludzi jest „słowo boże” płynące do nich z ambony podczas niedzielnej mszy.

Bezkarność ludzi Kościoła

Polskie „owieczki” wychowane zostały w przeświadczeniu, że akceptowalne są tylko zasady moralne, które płyną z ust księży, co jest równoznaczne z tym, że niepodważalna jest moralność tych, którzy te zasady krzewią. W ten sposób hierarchowie Kościoła katolickiego zapewnili sobie bezkarność dla swoich słów i czynów. Jeszcze teraz, gdy próbuje się im wytknąć postępowanie kardynalnie sprzeczne z kanonami szerzonej przez nich wiary, podnoszą larum, że jest to atak na Kościół. Nie różnią się pod tym względem od pierwszego lepszego aparatczyka z epoki komunizmu, który na słowa krytyki pod swoim adresem wrzeszczał, że jest to atak „na partię”.

str-10-przewodnik-filmowy-tylko-nie-mow-nikomuŻyczenie śmierci papieżowi

Społeczeństwa Zachodu, które już w epoce Odrodzenia poddały krytyce i negacji dogmaty Kościoła, jego nieomylność i sybarytyzm księży, a w Oświeceniu tylko się w tej krytyce wzmocniły, w kwestiach moralnych dawno już wyzwoliły się spod dyktatu Kościoła. Kolejnym etapem była sekularyzacja i rzeczywisty rozdział Kościoła od świeckiego państwa. Polskę to szczęście ominęło. Warto tylko przypomnieć, że spośród krajów europejskich, właśnie w Polsce kontrreformacja, czyli przeciwstawianie się wszelkim reformom Kościoła, miała najbardziej radykalny charakter i przebieg.

Reformacja i kontrreformacja to był wiek XVI, dziś mamy wiek XXI, ale opór polskiego Kościoła wobec wszelakich reform jest taki sam jak pięć wieków wcześniej. Żaden z polskich księży nie powie otwarcie, że jest przeciwnikiem reform wprowadzanych przez papieża Franciszka, ale wiele ich wystąpień potwierdza ten opór w sposób oczywisty. Zresztą w żadnym innym Kościele katolickim na świecie, a tylko w polskim właśnie, znalazł się ksiądz profesor Edward Staniek, który życzył papieżowi Franciszkowi śmierci.

Moralność i bezkarność

Zapewnienie sobie przez Kościół katolicki pozycji jedynego słusznego szafarza praw moralnych prędzej czy później musiało utrwalić w ich funkcjonariuszach przekonanie o bezkarności wobec prawa powszechnego. To przekonanie brało się też ze świadomości, że Kościół, jako ów autorytet moralny, nie dopuści do tego, by przestępstwa jego funkcjonariuszy wychodziły na światło dzienne, ponieważ podważałoby to wyjątkowość owej instytucji w kwestiach moralnych, godziło w jej dobro i autorytet. Skoro więc jesteśmy bezkarni, bezkarne pozostają występki, wykroczenia i przestępstwa, które są naszym udziałem. Hulaj dusza, piekła nie ma!

Taka postawa i przekonanie, że ujawnianie przestępstw, godzi w dobro Kościoła, musiały doprowadzić do popełniania przez księży najbardziej obrzydliwych przestępstw, wśród których szczególnie ohydne jest przestępstwo pedofilii, czyli seksualnego wykorzystywania dzieci. O tym jak na świecie, szczególnie w Irlandii, Holandii, Niemczech, USA, Kanadzie czy Australii zaczęło się odkrywanie pedofilów w sutannach, ukrywanie ich przez przełożonych, jak wyglądała walka z tymi przestępstwami i czym to się skończyło dla tamtejszych Kościołów, pisaliśmy na naszych lamach wielokrotnie. Sygnalizowaliśmy również, że do podobnych przestępstw dochodzi w Polsce, ale także że polskie władze, i kościelne, i świeckie, nie podejmują żadnej inicjatywy, by tym przestępstwom przeciwdziałać.

Uwertura pt. „Kler”

We wrześniu 2018 r. na ekrany polskich kin wszedł film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego. Problem pedofilii został w nim wyraźnie ukazany, ale mimo iż film oglądnęło w kinach ponad 5 mln widzów, i odbił się głośnym echem w społeczeństwie, nie wywołał powszechnego wzburzenia. Prawicowi krytycy pisali przeróżne bzdury, by zdyskredytować film, jego twórców i aktorów, a nawał przeróżnych aferalnych wydarzeń w sferze polityki, „wygasił”, mówiąc językiem politycznych piarowców, zainteresowanie opinii publicznej filmem. Hierarchowie Kościoła odetchnęli, przekonani, że strategia „na przeczekanie” znów okazała się skuteczna. Ale „Kler” był tylko uwerturą. Cisza, jaka zapadła po kilku miesiącach dyskusji nad „Klerem”, była ciszą przed burzą. W tej ciszy swój dokumentalny film o pedofilii w polskim Kościele katolickim kończyli bracia Marek i Tomasz Sekielscy. Film ma tytuł „Tylko nie mów nikomu”. Jego premiera miała miejsce 11 maja br. o godz. 14.30. Genialnym posunięciem twórców była decyzja o dystrybuowaniu go w internecie na youtubie. Do dziś klikało na film ponad 20 mln osób. Nie znaczy to oczywiście, że wszyscy, którzy kliknęli, oglądnęli film w całości. Ale nawet jeśli zrobiła to tylko połowa, liczba widzów jest ogromna. Mało kto bowiem ogląda film w domowym zaciszu w pojedynkę.

Ręka Kaczyńskiego

Film wywołał i szok, i burzę. Nie jest to film fabularny lecz surowy dokument, w wielu sytuacjach filmowany ukrytą kamerą. Autorzy dotarli do księży, którzy dopuszczali się przestępstw seksualnych wobec dzieci i nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny. Szokujące są ich tłumaczenia. Przerażają ewidentne przykłady i dowody, jak kościelni hierarchowie, począwszy od biskupów na kardynałach kończąc, robili wszystko, by przestępstwa seksualne swoich podopiecznych kryć. Za wszelką cenę, by tylko nie wydostały się na światło dzienne, bo w ich przekonaniu byłoby to uderzenie w pozycję i autorytet Kościoła. Teraz ten autorytet wali się, może jeszcze nie w gruzy, ale w bagno na pewno. Polacy są zszokowani, bo w wielu domach oglądało się film w trakcie przygotowań pociech do uroczystości związanych z pierwszą komunią, w dodatku na dwa tygodnie przed wyborami do europarlamentu, w trakcie kampanii, podczas której Jarosław Kaczyński bronił Kościoła mówiąc, że „ręka podniesiona na Kościół jest ręką podniesioną na Polskę”. To mówił przed premierą filmu, po premierze już tych słów nie powtórzył.

Koniec z bałwochwalstwem

Zdezorientowani wierni szli do kościołów, by szukać pomocy w odczytaniu przesłania filmu. Od jezuity Jacka Prusaka, psychologa z wykształcenia, usłyszeli: „Nadchodzi sąd nad wilkami w koloratkach. To księża krzywdzą wasze dzieci. Nie swoje. Ofiarom należy się troska, także wasza, a nie wasze bieganie na klęczkach wokół księdza czy biskupa. Koniec z tym bałwochwalstwem” . Wierni wstali z ławek i bili brawa. Jezuita wypowiedział te słowa w kościele św. Barbary w Krakowie. W archidiecezji, na której czele stoi arcybiskup Marek Jędraszewski. To ten, który podczas słynnej konferencji o pedofilii w polskim Kościele katolickim mówił o miłosierdziu dla winnych, ani słowem nie wspominając o ofiarach. A tymi ofiarami były przecież i zapewne jeszcze są, bezbronne dzieci, istoty ufne wobec księży, którzy je bestialsko wykorzystywali.

Intelektualista” z Torunia

Jezuita Jacek Prusak przemawiał w Krakowie, a w Toruniu słynny już chyba na pół świata ksenofob, homofob i antysemita, niejaki Tadeusz Rydzyk, który doi z państwa dziesiątki milionów złotych, mówił do swoich wiernych, że film Sekielskich jest atakiem na Kościół. Po tym „intelektualiście” mającym za sobą seminaryjną zawodówkę, a w CV szemrany handel samochodami z Niemiec, niczego innego nie można się było spodziewać. Widać też, że film podzielił polskich hierarchów. Pojednawcze stanowisko przyjął abp Wojciech Polak, prymas, który, przynajmniej werbalnie, potępia przestępców w sutannach i mówi o wprowadzaniu do polskiego Kościoła zasad ustanawianych przez papieża Franciszka. Warszawski kardynał Kazimierz Nycz, który odmówił Sekielskim wypowiedzi do filmu, dziś mówi, że przecież by rozmawiał. Zachowawczy polski Kościół, oderwany od współczesnego świata, z monopolem na rację, taki Kościół w wydaniu średniowiecznym, kiedy to ksiądz był Bogiem, reprezentuje abp Sławoj Leszek Głódź. Zapytany o film Sekielskich z właściwą sobie „boską” bezczelnością powiedział, że „byle czego nie ogląda”, a dopytującą go dziennikarkę oskarżył o prowokowanie.

Episkopat do dymisji

Takie typy polskiego Kościoła jak Głódź i stojąca przy jego boku co najmniej kompania biskupów, powinny jak najszybciej jego szeregi opuścić. Po premierze filmu pojawiły się glosy, że cały polski episkopat powinien wzorem chilijskiego podać się do dymisji. I społeczna presja na takie rozwiązanie narasta. Stanisław Obirek, były jezuita, obecnie profesor Uniwersytetu Warszawskiego twierdzi, że „Kościół katolicki jak dotąd nigdy sam dobrowolnie się nie zmienił, zawsze był do zmian przymuszany. Miejmy nadzieję, że tak jak to się stało w innych krajach, i w Polsce społeczeństwo obywatelskie, a zwłaszcza rodzice skrzywdzonych dzieci, zacznie domagać się zadośćuczynienia za doznane krzywdy”. W badaniu sondażowym Kantar 60 proc. ankietowanych jest zdania, że winę za pedofilię w Kościele polskim ponosi cały Kościół jako instytucja, a 34 proc., że księża którzy tych czynów się dopuścili. Aż 72 proc. odpowiedziało też, że nareszcie pokazano prawdziwy rozmiar problemu pedofilii w Kościele. W badaniu sondażowym Pollster 54 proc. ankietowanych jest zdania, że cały polski episkopat powinien podać się do dymisji. Lud mówi „do widzenia” i z tym głosem ludu musi się zmierzyć papież Franciszek. Nie należy jednak sądzić, że opływający w „boski komfort i dostatek” polscy biskupi sami posypią sobie głowy popiołem i podadzą się do dymisji. Tak postępują tylko ludzi honoru.

Władza zblatowana z Kościołem

Na kanwie filmu braci Sekielskich mówi się i pisze o przestępczych czynach ludzi Kościoła, jako winnych przestępstw wskazuje nie tylko księży, którzy dopuścili się zbrodni seksualnych wobec dzieci, ale także biskupów, arcybiskupów i kardynałów, którzy te zbrodnie ukrywali. Mało mówi się natomiast o odpowiedzialności w tej kwestii polskiego państwa. Za pan brat chcieli żyć z Kościołem przedstawiciele wszystkich opcji politycznych gdy byli u władzy i wszystkie te partie polityczne mają swój udział, mniejszy lub większy, w bezkarności ludzi Kościoła. Poczesne miejsce i szczególnie istotny udział ma w tym partia Jarosława Kaczyńskiego.

Gdy prezes PiS powiedział, że ręka podniesiona na Kościół jest równoznaczna z ręką podniesioną na Polskę, a kilka dni później doszło do premiery filmu Sekielskich, zorientował się, że wsadził rękę do naczynia, które zazwyczaj stało niegdyś pod łóżkiem. I obwieścił, że PiS będzie walczyć z pedofilią karami nawet do 30 lat pozbawiania wolności. Usłużny minister Ziobro natychmiast sformułował ustawę, która także natychmiast okazała się bublem prawnym. Gdy opozycja wniosła projekt o ustanowienie specjalnej niezależnej komisji bez polityków i przedstawicieli Kościoła, Kaczyński natychmiast przyklasnął potrzebie powołania takiej komisji, ale pod warunkiem, że będzie się ona zajmować przypadkami pedofilii w odniesieniu do wszystkich, a nie tylko wobec ludzi Kościoła. W propisowskiej telewizji od razu ukazały się informacje, że więcej pedofilów jest wśród murarzy niż wśród księży. Cel Kaczyńskiego jest jasny – rozmyć problem, rozłożyć na lata. Bo Kaczyński jest człowiekiem Kościoła. Nie w sensie wiary, ponieważ on wierzy zapewne tylko w siebie, ale w sensie politycznej użyteczności. Kaczyński jest przekonany, że wspierając Kościół i przypochlebiając się mu ma zapewnioną bezpłatną propisowską agitację z ambony każdej parafii w kraju. Być może, ale do czasu. Czy po filmie „Tylko nie mów nikomu” nadszedł ten czas, przekonamy się już w poniedziałek 27 maja.

Ofiary nabierają odwagi

Film „Tylko nie mów nikomu” dodał natomiast odwagi ludziom, dziś dorosłym, którzy byli w przeszłości seksualnie wykorzystywani przez księży i przez lata bali się to ujawnić. Marek Lisiński, prezes fundacji „Nie lękajcie się”, która rejestruje i gromadzi ludzi wykorzystywanych przez przestępców w sutannach, mówi że w fundacji dzwoni telefon za telefonem. Film Sekielskich zdjął z ofiar strach, dodał im odwagi. Napływają dziesiątki nowych zgłoszeń. Fundacja na razie nie ujawnia ani nazwisk tych ludzi (i nigdy bez ich zgody tego nie zrobi), nie ujawni też nazwisk księży przestępców, ale tylko do czasu dopóki nie zweryfikuje zgłoszonych przypadków.

Wszystko wskazuje na to, że „Tylko nie mów nikomu” jest zaledwie preludium właściwej burzy. Przypadki gromadzone przez fundację „Nie lękajcie się” mogą po ujawnieniu spowodować tornado, które zmiecie z powierzchni ziemi pysznych panów w koloratkach z pastorałem albo z kapeluszem kardynalskim na głowie.

Bracia Sekielscy zapowiadają produkcję drugiej części filmu.

Krzysztof Pipała