Ucieczka bankiera, czyli sceny jak z thrillera

str-20-ucieczka-bankiera

W kilku ostatnich wydaniach Głosu Polonii naświetliłem Państwu największą aferę w Polsce zwaną „Aferą KNF”, w której okazało się, że państwo polskie w majestacie prawa chciało ograbić z majątku właściciela Getin Noble Bank, Leszka Czarneckiego. Dzisiaj na światło dzienne wyszły nowe, bulwersujące fakty, pokazujące jak w dzisiejszej Polsce działają służby specjalne. Otóż wieczorem 8 listopada 1918 roku, z luksusowej warszawskiej rezydencji bankiera Leszka Czarneckiego wyjechał nie mniej luksusowy samochód. Za jego kierownicą siedziała Jolanta Pieńkowska, znana prezenterka i dziennikarka telewizyjna, prywatnie żona Leszka Czarneckiego. Kilka godzin wcześniej, nie kryjąc się przed nikim, umówiła się ze znajomą, że zjawi się u niej na pogaduszki.

Dzień wcześniej pełnomocnik Leszka Czarneckiego, którym był (i jest nadal) mecenas Roman Gierytch, powiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez Marka Chrzanowskiego, prezesa Komisji Nadzoru Finansowego, który miał złożyć Czarneckiemu propozycję korupcyjną, opiewającą na około 41 mln zł. Zawiadomienie złożone do prokuratury rujnowało reputację Komisji Nadzoru Finansowego, która z racji swej działalności statutowej ma sprawować nadzór nad instytucjami finansowymi operującymi na terenie Polski, nade wszystko przeciwdziałać i likwidować wszelkie zagrożenia dla finansów państwa. Upublicznienie złożonego do prokuratury zawiadomienia poddawało w wątpliwość uczciwość tej instytucji, która po wyborach w 2015 r. opanowana została przez ludzi powiązanych z partią Jarosława Kaczyńskiego, czyli PiS.

Nie do końca wiadomo dokładnie, co 7 listopada działo się w łonie PiS, opanowanym przez tę partię Ministerstwie Sprawiedliwości i służbach specjalnych, ale z przecieków, które dopiero dziś docierają do opinii publicznej, e wrzał o tam jak w ulu, acz nie dawano tego nikomu poznać. Gdy w poprzednich wydaniach naszej gazety opisywaliśmy sytuację związaną ze złożeniem przez pełnomocnika Czarneckiego zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa przez Marka Chrzanowskiego, pisaliśmy, że przez niemal tydzień, czyli od 7 listopada (dnia złożenia w prokuraturze zawiadomienia), organa ścigania (policja, prokuratura, służby specjalne) przez niemal tydzień nic nie robiły, a głośno wokół całej sprawy zrobiło się dopiero 13 listopada, gdy Gazeta Wyborcza opublikowała nagrania z rozmowy Chrzanowskiego z Czarneckim. Okazuje się otóż, że nie była to prawda, bo podporządkowana PiS prokuratura i służby specjalne błyskawicznie opracowały taktykę obronną. W myśl zasady, że najlepszą obroną jest atak.

Głównym celem ataku miał być Leszek Czarnecki, czyli nie ten kto popełnił przestępstwo, lecz ten, kto je ujawnił i zawiadomił o tym prokuraturę. Typowe dla PiS odwracanie kota ogonem, w czym specjalizuje się posiadający w domu kota Kaczyński. Można też zakładać, że błyskawicznie opracowana została strategia propagandowa w mediach opanowanych przez PiS. Leszek Czarnecki miał być więc w nich przedstawiany jako nieudolny finansista, który doprowadził swój bank do trudnej sytuacji i broniąc się przed jego przejęciem (na wniosek Komisji Nadzoru Finansowego) przez podległy PiS bank państwowy bądź jakikolwiek inny, postanowił zaatakować i oskarżyć o próbę przekupstwa Marka Chrzanowskiego, szefa tegoż KNF. Odpryski tego typu argumentacji próbowały się przebić w publikacjach różnych prawicowych mediów już po tym, gdy całą sprawę zdemaskowały i wyczerpująco naświetliły publikacje Gazety Wyborczej, a po niej m.in. Tygodnika Polityka.

Aby jednak tę propagandową agitkę przeprowadzić, trzeba było przede wszystkim zatrzymać, a następnie zaaresztować Leszka Czarneckiego i postawić mu zarzut braku nadzoru nad kierowany m przez niego bankiem. Tyle tylko, że Leszek Czarnecki przewidział zamiary PiSowców i nie czekał biernie na dyktowany przez nich przebieg wydarzeń. Sam zaczął je dyktować, wykorzystując do tego… kierowane przez PiS służby specjalne.

Stało się to możliwe, ponieważ Czarnecki dwa lata wcześniej zatrudnił osobistego kierowcę, o którym dowiedział się z czasem, że jest podstawionym agentem służb specjalnych. Stara metoda wszystkich tego typu instytucji, by mieć w najbliższym otoczeniu swoją wtyczkę, która będzie informować o każdym kroku inwigilowanej osoby – co robi, co mówi, z kim i gdzie się spotyka itp. Ale jeśli się wie, z kim ma się do czynienia, można to obrócić na swoją korzyść. Czarnecki nie zdradził się, że wie, kogo reprezentuje jego kierowca i zdecydował, że się go nie pozbędzie. Należy przypuszczać, że miał zamiar wykorzystywać go do swoich celów, m.in. do dezinformowania służb specjalnych. Mógł więc w jego obecności mówić na przykład, że ma za miar zrobić coś, co w rzeczywistości było całkowitą odwrotnością tego, co rzeczywiście robił. Kierowca agent okazał się także przydatny w ucieczce bankiera.

Gdy więc Jolanta Pieńkowska wyjeżdżała samochodem do znajomej, o czym wcześniej głośno mówiła, a w pokojach świeciło się światło, kierowca agent tkwił w przekonaniu, że jego „podopieczny” nie miał ochoty brać udziału w kobiecych pogaduszkach i pozostał w domu. Zapewne takie samo przeświadczenie mieli spece od inwigilacji elektronicznej, bowiem telefon komórkowy Czarneckiego tkwił bez ruchu wewnątrz domu.

Leszek Czarnecki tkwił natomiast bez ruchu w bagażniku samochodu swojej żony, w którym opuszczał rezydencję i znikał z oczu „profesjonalistów” ze służb specjalnych Kaczyńskiego. Po przyjeździe do koleżanki Pieńkowska zaparkowała samochód w garażu, a jej dwunożny „bagaż” opuścił bagażnik limuzyny, po jakimś czasie przesiadł się do samochodu znajomej lub samochodu jej męża, wyjechał z posesji, opuścił polską stolicę w kierunku zachodnim, po paru godzinach dojechał do Berlina, tam zaś wsiadł w samolot i pofrunął do Miami po drugiej stronie Atlantyku. Kierowca agent i jego prawdziwi chlebodawcy musieli tkwić w przekonaniu, że Czarnecki przebywa w swoim domu, bo wcześniej państwo Czarneccy przed nikim nie skrywali, że 9 listopada mają zamiar polecieć na kilka dni na urlop do Izraela.

Wiedział też o tym kierowca agent, toteż musiał być mocno zdziwiony, że do samochodu, którym Czarneccy mieli pojechać na lotnisko wsiadła następnego dnia tylko jego żona. Był w kropce, bo w obecności Pieńkowskiej nie mógł przecież poinformować o tym swoich przełożonych. Przełożeni zaś zastawili na Czarneckiego pułapkę na lotnisku, tym bardziej, że wywiad elektroniczny zapewne doniósł, iż telefon Czarneckiego zaczął się przemieszczać. I rzeczywiście się przemieszczał, tyle tylko, że w torebce jego żony. Gdy samotna Jolanta Pieńkowska znalazła się na lotnisku, agenci nie mogli ukryć zdziwienia, że jest sama. Mimo to została zatrzymana i przez około godzinę przesłuchiwana, po czym została zwolniona.

Gdy 7 marca br. informacje o ucieczce Czarneckiego oraz zamiarze zatrzymania go przez służby ukazały się w „Pulsie biznesu” i natychmiast zostały powielone w innych mediach, Stanisław Żaryn (syn prawicowego historyka z IPN), rzecznik koordynatora służb specjalnych, Mariusza Kamińskiego, napisał na Twitterze, że „Służby specjalne podległe ministrowi koordynatorowi nie podejmowały jakiejkolwiek próby zatrzymania Leszka Czarneckiego. Publikacje w tej sprawie są nieprawdziwe” . Nie wyjaśnił jednak, czy Jolanta Pieńkowska została zatrzymana po to, by agenci dali jej na drogę aviomarin czy czekoladki.
Leszek Czarnecki wrócił do kraju po pewnym czasie, już po publikacjach o korupcyjnej propozycji złożonej mu przez Marka Chrzanowskiego, gdy jego zatrzymanie byłoby już szytym najgrubszymi nićmi skandalem. Kilka dni temu, dokładnie 7 marca br., Czarnecki poddał się badaniu wariografem (wykrywaczem kłamstw), które ma wykazać, czy prawdziwe jest jego twierdzenie, że propozycja korupcyjna Chrzanowskiego opiewała na ok. 40 mln zł. Po badaniu Czarnecki powiedział, że jest bardzo spokojny o wyniki badania i że będą one „jednoznaczne”.

Krzysztof Pipała