Upadek komuny – 30 rocznica

str-13-upadek-komuny

To była niedziela, 4 czerwca 1989 roku. Tego dnia „skończył się w Polsce komunizm”. Te słynne słowa wypowiedziała w państwowej polskiej telewizji aktorka Joanna Szczepkowska. Wydarzenia, do których doszło 4 czerwca przed 30 laty, były dla wielu Polaków szokiem. W nie mniejszym szoku byli także politycy krajów Zachodu i oczywiście wschodniego hegemona, czyli ZSRR. W pierwszą czerwcową niedzielę 1989 roku Polacy wzięli udział w częściowo wolnych wyborach, w których powiedzieli komunie „do widzenia”. Niemal z dnia na dzień powstała Polska demokratyczna. To było zwieńczenie społecznego buntu, który trwał od sierpnia 1980 roku. Są jednak dziś ludzie, którzy próbują zdezawuować wydarzenia tamtych lat, twierdząc, że wybory 4 czerwca 1989 roku były ukoronowaniem obrad okrągłego stołu, w trakcie których komunistyczna bezpieka dogadała się z opozycją.

Małżeństwo historyków, Daria i Tomasz Nałęczowie, piszą z okazji 30. rocznicy wyborów z czerwca 1989 roku w tygodniku „Polityka”, że było to jedno z trzech przełomowych wydarzeń w historii świata, których autorami byli Polacy. Pierwszym było pokonanie w 1920 r. Armii Czerwonej, co zablokowało pochód komunizmu w głąb Europy, drugim – odrzucenie w 1939 r. współpracy z hitlerowskimi Niemcami, co zaważyło na przebiegu drugiej wojny światowej. Trzecim właśnie to, co wydarzyło się 4 czerwca 1989 r. i co zapoczątkowało szybki upadek systemu komunistycznego nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach Europy Środkowej i Wschodniej, także w ZSRR.

– Niestety – piszą Daria i Tomasz Nałęczowie – instrumentalne wykorzystywanie historii przez część polityków sprawia, że rok 1989 jest często przedstawiany w krzywym zwierciadle. Zamiast o dziejowym przełomie mówi się o spisku grupy polityków i funkcjonariuszy służb specjalnych, manipulujących ludźmi i oplatających kraj siatką patologicznych powiązań i interesów. Taki obraz nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Na przekór faktom zakłamuje sprawczą rolę, jaką w procesie obalania komunizmu odegrało polskie społeczeństwo. To ono bowiem sprawiło, że negocjowana przez komunistyczne władze i antykomunistyczną opozycję próba zreformowania systemu przeistoczyła się w rewolucję, wywracając stary porządek i ustanawiając nowy ustrój polityczny, gospodarczy i społeczny.

Większość współczesnych, szczególnie ludzie po czterdziestce, którzy nie interesują się historią, nie ma świadomości, jakie było tło tamtych wydarzeń. Po stanie wojennym nastały w Polsce lata zastoju, kryzysu gospodarczego, niedoborów wszystkiego. Warunki życia dla wielu Polaków stały się nie do wytrzymania, jednak represje władzy dławiły opór. Niezłomnych, którzy otwarcie trwali w oporze i płacili za to więzieniem, można było doliczyć się kilkunastu, z Lechem Wałęsą na czele. Dzis takich „bohaterów” są już tysiące. Dyskredytowany dziś, wręcz opluwany przez ludzi PiS, Wałęsa trwał w oporze wobec władzy, nie dał się namówić na jakakolwiek współpracę i kompromisy.

Jego niezłomny opór stwarzał nadzieję, że coś się może zmienić. Wałęsa był kluczową postacią oporu, symbolem wręcz, ale języczkiem u wagi okazało się społeczeństwo. Spacyfikowane z chwilą ogłoszenia stanu wojennego zapadło w letarg, zniknął entuzjazm i otwarte wsparcie dla przemian, tak widoczne między sierpniem 1980 a grudniem 1981 r. Ale mimo to Polacy nie godzili się na dalsze trwanie komuny, bojkotowali zarządzenia władzy, a gospodarka kraju staczała się po równi pochyłej. Zaczynało brakować podstawowych produktów spożywczych, także sanitarnych, nie mówiąc już o przemysłowych. System kartkowy stawał się niewydolny. Rządzący krajem generał Wojciech Jaruzelski miał świadomość, że może dojść do społecznego wybuchu. Miał też zapewne informacje, że zajęty pieriestrojką Gorbaczowa ZSRR, trawiony na dodatek dramatycznym kryzysem gospodarczym, nie ma już takich jak kiedyś możliwości powstrzymywania aspiracji wolnościowych społeczeństw krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Jaruzelski wiedział, że został sam, toteż zdecydował, że aby zatrzymać dramatyczną degradację państwa musi podjąć rozmowy z opozycją. To był rok 1988.

W tymże roku znowu obudziło się też społeczeństwo. W kwietniu i maju przetoczyła się przez Polskę największa od czasu stanu wojennego fala strajków, która przycichła na ponad dwa miesiące, ale w sierpniu wróciła z wielokrotnie większą siłą. Doszło do rozmów Okrągłego Stołu, które kilka wybitnych postaci ówczesnej opozycji zbojkotowało. Ale Lech Wałęsa, wspierany prze swoich doradców, przede wszystkim Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka, zdecydował się przystąpić do rozmów z władzą. Rozmowy były trudne, bo Jaruzelski dążył do porozumienia, ale na warunkach, które gwarantowały PZPR dominację w państwie, w konsekwencji więc nie godził się na legalizację „Solidarności”. Natomiast Lech Wałęsa i wszyscy opozycjoniści stali na stanowisku, że od legalizacji „Solidarności” zależy przystąpienie do jakichkolwiek rozmów. Sytuacja w kraju stawała się coraz bardziej napięta i po przełamaniu oporu partyjnego „betonu”, czyli najbardziej konserwatywnego skrzydła PZPR (stało się to na partyjnym plenum w dniach 16 – 18 stycznia 1989 r., gdy Jaruzelski zagroził podaniem się do dymisji), „Solidarność” została zalegalizowana. Obrady Okrągłego Stołu rozpoczęły się 6 lutego 1989 r., zakończyły dwa miesiące później, 5 kwietnia.

Najważniejszym punktem zawartego porozumienia była zgoda władzy na nową formułę wyborów do Sejmu i Senatu. Były one w połowie tylko wolne, ponieważ 65 proc. mandatów w wyborach do Sejmu otrzymał obóz władzy, natomiast jedynie 35 proc. miało zostać obsadzonych w wolnych wyborach. Owe 35 proc. nie były zagwarantowane dla opozycji, ponieważ o mandat z tej puli mógł się ubiegać każdy, kto przedstawił komisji wyborczej 3 tysiące wspierających jego kandydaturę podpisów. Całkowicie wolne były natomiast wybory do Senatu, gdzie do obsadzenia pozostawało 100 miejsc.

W pierwszej turze, 4 czerwca, do urn poszło 17 milionów Polaków, czyli 62,7 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania. To frekwencyjny rekord, do dzisiaj nie pobity. „Solidarność” już w pierwszej turze zdobyła 92 ze 100 mandatów do Senatu (w drugiej turze kolejne 7 mandatów) i 160 ze 161 możliwych do zdobycia w Sejmie (w drugiej turze dołożyła brakujący 1 mandat). Klęskę PZPR najlepiej ilustrowała sromotna porażka kandydatów tej partii ubiegających się o mandat z tzw. „listy krajowej”. Spośród znajdujących się na niej 35 prominentnych działaczy partyjnych i ludzi ściśle związanych z obozem władzy, tylko 2 osoby (Mikołaj Kozakiewicz oraz Adam Zieliński) przekroczyli wymagane ordynacją 50 proc. głosów i zdobyli mandaty.

Wybory z 4 czerwca zainaugurowały kadencję Sejmu, który zapisał się w historii Polski jako „Sejm kontraktowy”. To ten Sejm, w którym dominowali działacze PZPR, podejmował fundamentalne ustawy, które zmieniły ustrój Polski na w pełni demokratyczny.

Adam Michnik, wtedy jeden z najbardziej represjonowanych (wraz z Jackiem Kuroniem i Karolem Modzelewskim) działaczy opozycji, jest dziś jest redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej. W okolicznościowym artykule poświęconym wyborom z 4 czerwca sprzed 30 laty napisał: Za czym głosowali Polacy 4 czerwca 1989 roku? Za odrzuceniem dyktatury – obcej i rodzimej. Głosowali za Polską porozumienia, ale nie odwetu. Rok 1989 wpisywał się w tradycję Polski bez stosów i więźniów politycznych. Był to wybór Polski wolności, różnorodności i tolerancji. Te wybory były opowiedzeniem się za Polską – wspólnotą tych wszystkich, którzy chcieli wspólnie współtworzyć państwo demokracji i niepodległości. (…) Los Polski znalazł się w polskich rękach. I tak pozostaje do dzisiaj. Wtedy, w roku 1989. Polacy nie zmarnowali swojej szansy. I to od nas, Polaków, zależy, czy jej nie zmarnujemy teraz.

Z rządzącego dziś Polską PiS nikt nie przyszedł na spotkanie z Lechem Wałęsa i innymi ówczesnymi opozycjonistami, którzy 4 czerwca 2019 roku spotkali się w Gdańsku. Premier Morawiecki i prezydent Duda tłumaczyli z okazji obchodów 4 czerwca, że wybory sprzed 30 lat były tylko wstępem do odzyskania przez Polskę wolności. Że ta wolność nastała dopiero wraz z rządem Jana Olszewskiego. I 5 czerwca wmurowali kamień węgielny pod jego pomnik, a jednym z głównych „mistrzów ceremonii” był Antoni Macierewicz. Do Gdańska, gdzie zebrali się najbardziej zasłużeni opozycjoniści z tamtych lat, z obecnej ekipy władzy nikt się nie pofatygował. Kaczyński pilnował, by tak się stało.

Krzysztof Pipała