„Usłyszcie mój krzyk”, czyli koszmar śmierci nadaremnej

str-10-poradnik-filmowy-uslyszcie-moj-krzyk

Mam już za sobą oskarową galę rozczarowań. Trzy nominacje dla „Zimnej Wojny” i zupełnie nic! A ja ciągłe o filmie Pawlikowskiego nie mogę zapomnieć i falami wyłaniają mi się z pamięci coraz to nowe znaczenia różnych jego elementów. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy na ekranie pojawił się zwarty szyk chórzystów i chórzystek z zespołu pieśni i tańca, to poczułem na plecach zimny dreszcz. W starannie dopasowanych strojach wyglądali jak umundurowani urzędnicy polskiej kultury ludowej podczas wykonywania czynności służbowych! Sztywni, oficjalni, perfekcyjne zaprogramowani i stale cenzurowani. Żadnego miejsca na prywatne spojrzenia lub spontaniczne gesty. Estetyka tej zwartej masy ludzkiej zrobiła na mnie przygnębiające wrażenie, tym silniejsze, że jeszcze przed chwilą widziałem solistę dudziarza, który grał dla samej przyjemności grania, nie reprezentując nikogo poza sobą samym. Wolny muzyk po jednej stronie, a po drugiej stronie artyści na etatach zamknięci w cepeliowskim rezerwacie. Co musiałoby się stać, aby przerwać występ takiej umundurowanej grupy działającej na podstawie politycznego scenariusza?

Jest 8 września 1968 roku. Na Stadionie X-lecia w Warszawie trwają uroczystości dożynkowe z udziałem najwyższych urzędników państwowych i władz partyjnych z Władysławem Gomułką na czele. Jest godzina 12.00 i świeci jesienne słońce. 100 tysięcy osób patrzy z trybun na tancerzy i tancerki w strojach ludowych, którzy miarowo poruszają się po zielonej płycie boiska. Korowody połączonych sił tanecznych zespołów pieśni i tańca z całej Polski nie mają końca. Tak rozpoczyna się kulminacyjna scena filmu dokumentalnego Macieja Drygasa pt. „Usłyszcie mój krzyk”. Ta sama opozycja, co w „Zimnej Wojnie”. Czarno-białe kadry z tancerzami realizującymi świecki obrzęd wbrew jakimkolwiek zakłóceniom…

Aby podkreślić wrażenie chocholego tańca zbiorowej niemożności Maciej Drygas wykorzystał zdjęcia realizowane przy użyciu nasadki anamorfotycznej, które miały być użyte w filmie propagandowym o Polsce. Odrealnione, nienaturalnie wydłużone postacie tancerzy w dożynkowych strojach poruszają się majestatycznie, ale ich twarze są bez wyrazu. I nie wiemy patrząc na nich, czy obserwujemy radosne święto plonów czy też pogrzeb kogoś, kto zdecydował się złożyć ofiarę najwyższą z własnego życia. Ta obojętność aktorów w ludowych kostiumach wydaje mi się mieć ten sam charakter u Pawlikowskiego i u Drygasa. Zawłaszczona przez państwo kultura ludowa w PRL była wykorzystywana jako narzędzie propagandy.

Po przemówieniu Gomółki, widownia nadal obserwuje tancerzy, ale niektórzy ludzie wstają z miejsc i patrzą z niepokojem w jednym kierunku. Widać na 7 sekundowym filmie, który zachował się wśród ścinków Polskiej Kroniki Filmowej, że ktoś zasłania usta jakby nie chciał krzyczeć, ktoś chwyta się za głowę, a jeszcze ktoś odwraca się i zamiera w bezruchu. Powoli pustoszeje jeden sektor i ludzie rozbiegają się w panice. Jest godzinie 12.15 na koronie stadionu oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił Ryszard Siwiec. W jego otoczeniu pojawiają się bardzo szybki milicjanci i funkcjonariusze SB i starają się kontrolować całą sytuację. W przejętej przez nich teczce znajdowała się biało-czerwona flaga oraz ulotki z tekstem protestu przeciwko agresji na Czechosłowację.

Tymczasem na płycie stadionu nadal trwają tańce. Komentatorzy radiowi nawet na moment nie przerywają dożynkowej relacji, a operatorzy i fotoreporterzy starają się omijać miejsce nieprzewidzianego zdarzenia. Sam reżyser tak opisuje pracę nad sceną finałową swojego filmu: „Rozfazowane ujęcia powracają niczym refren, przecięte fragmentami bardzo emocjonalnych wypowiedzi najbliższej rodziny Siwca. Aż wreszcie słychać głos bohatera – fragmenty posłania, które nagrał cztery dni przed samospaleniem. Celowo zostawiłem to nagranie z szumami i trzaskami. Cały czas jesteśmy świadkami dramatu, którego epicentrum dzieje się poza kadrem. […] Siedmiosekundowe ujęcie rozrzedzone do ponad siedmiu minut, rozbite na kilkadziesiąt mikrosytuacji, które zostały tak ułożone, by do ostatniej chwili nie odkrywać sceny płonącego Siwca. Z każdym ujęciem zbliżaliśmy się do jego twarzy. Ta scena miała być zarezerwowana tylko i wyłącznie dla niego, kiedy już wszystko zostało powiedziane.”

Śmiertelnie poparzony Ryszard Siwiec został karetką przewieziony do Szpitala Praskiego w Warszawie. Był cały czas przytomny. SB przy pomocy ukrytego mikrofonu cały czas nagrywali jego wypowiedzi. Zachował się fragment takiego nagrania: „Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, a prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę”.

Komunistyczne służby bezpieczeństwa zrobiły wszystko, aby protest Ryszarda Siwca wymazać ze zbiorowej pamięci. Naocznym świadkom zdarzenia wmawiano, że przyczyną samozapłonu miał być alkohol pity przez poszkodowanego. W czasach kiedy nie było jeszcze internetu ogromną rolę w „wyciszaniu sprawy” odegrały specjalnie spreparowane plotki. W Przemyślu, w rodzinnej miejscowości Ryszarda Siwca rozsiewano plotkę o jego rzekomej chorobie psychicznej. Nie dopuszczono do tego, żeby została przerwana apatia społeczna po wydarzeniach marca 68, która spowodowała, że agresja na Czechosłowację została bezrefleksyjnie przyjęta do wiadomości. Ryszard Siwiec zmarł po czterech dniach, 12 września 1968. Na nagranym kilka tygodni wcześniej 40-minutowym przesłaniu pojawiły się między innymi te słowa:

Upaść może naród wielki, ale zginąć tylko nikczemny. Udowodnijcie swoim wyborem, że nie jesteśmy narodem nikczemnym. SOS! Ratujcie najpiękniejsze tradycje naszego narodu, tolerancję, poszanowanie drugiego człowieka, wolność sumienia, wolność myśli i przekonań”

Zacząłem od refleksji na temat funkcji stroju ludowego w PRL i roli zawodowych zespołów pieśni i tańca, która to refleksja zawiodła mnie na stadion X-lecia w Warszawie, gdzie 50 lat temu dokonał aktu samospalenia Ryszard Siwiec. Ta luźna refleksja zachęciła mnie, żeby po latach obejrzeć ponownie film zrealizowany w dużej części w Kanadzie. Rodzina Siwców w Przemyślu była tak kontrolowana przez władze bezpieczeństwa, że została tam tylko żona – Maria Siwiec i najstarsza córka Elżbieta. Reszta rodziny – trzech synów i córka wyemigrowali do Kanady i USA. Wit Siwiec wrócił do Polski, ale od 1983 roku przez wiele lat bronił pamięci o swoim ojcu wśród kanadyjskiej Polonii.

Zachęcam do obejrzenia filmu, który porusza, ale jest zarazem cichym oskarżeniem wobec 100 świadków samospalenia Ryszarda Siwca, którzy unikali tego tematu przez wiele, wiele lat… Zajrzyjcie na https://ninateka.pl/film/uslyszcie-moj-krzyk-maciej-drygas