Uwielbiam być w centrum zaintersowania

str-16-uwielbiam-byc-w-centrum-zaintersowania

Z aktorką, Anną Oberc, po spektaklu w Vancouver rozmawiał Krzysztof Pipała. – Długo uczyłaś się tańczyć na rurze?

– Hmm… Ćwiczyłam z choreografką tylko przez godzinę. Okazało się, że mam wrodzone zdolności do tańca na rurze. Gdy dwanaście lat temu w Teatrze STU zaczynaliśmy pracę nad tą sztuką, pole dance w Polsce jeszcze nie był tak popularny, jak dziś. Na rurze tańczyło się wtedy tylko w klubach go-go. Niektórzy dziwnie na mnie patrzyli.

– W teatrze można zobaczyć Cię też tańczącą sambę w „Lunchu o północy”. Co jest trudniejsze – samba czy taniec na rurze?

– Oba tańce sprawiają mi ogromną frajdę, ale oba są też bardzo trudne. Trzeba się otworzyć przed widzami i pokazać trochę ciała. Taniec na rurze wymaga podnoszenia, a przez moją niedawną kontuzję muszę podnosić się na jednej ręce. To duże wyzwanie. W sambie w takich sytuacjach można więcej improwizować. Gdy zapomina się choreografii, kręci się biodrem, zarzuca piórem i wszystko jest w porządku.

– Śpiewałaś ponoć w zespole disco polo. To prawda?

– Uczyłam się w liceum muzycznym, grałam na fortepianie, śpiewałam w chórze, chodziłam nawet na zajęcia z wokalistyki operowej. Moi profesorowie oprócz tego, że grali w filharmonii, założyli kapelę disco polo i dorabiali sobie na weselach. Wiedzieli, że umiem śpiewać, więc zaproponowali mi współpracę. Nagraliśmy piosenkę, którą podchwyciły lokalne rozgłośnie. Okazało się, że trzeba nagrać teledysk. Wtedy musiałam przemyśleć sprawę na poważnie i stwierdziłam, że to bez sensu, ponieważ moje życiowe plany były zupełnie inne. Disco polo potraktowałam więc tylko jako ciekawy epizod i krótką przygodę.

– Teraz śpiewasz chyba głównie w teatrze?

– Cały czas myślę o tym, żeby zebrać repertuar i stworzyć recital. Muszę do tego jeszcze dojrzeć. Marzy mi się natomiast zagranie w musicalu. Kilka lat temu występowałam w „The Rocky Horror Show” w Och-Teatrze i to była wspaniała przygoda. Chętnie bym ją powtórzyła.

– Podobno w dość ciekawych okolicznościach dostałaś kiedyś rolę w Teatrze STU. Co to za historia?

– Byłam wtedy na pierwszym roku w szkole teatralnej. Pewnego dnia, na zajęcia z wiersza weszła Sonia Bohosiewicz i poprosiła mnie na korytarz. Nie wiedziałam, o co chodzi. Sonia grała w Starym Teatrze i występowała również w Grupie Rafała Kmity, która miała swój spektakl w Teatrze STU. Okazało się, że coś jej się pomieszało z terminami i miała mieć dwa przedstawienia jednego wieczoru. Postanowiła znaleźć zastępstwo. Widziała mnie parę razy w szkole, uznała, że jesteśmy podobne, podpytała, jak się nazywam i poprosiła o pomoc. Powiedziała mi, że ona zagra pół spektaklu i pobiegnie do Starego Teatru, a ja zagram za nią dalszą część. Jej zdaniem wyglądałyśmy wtedy identycznie. Była przekonana, że nikt się nawet nie zorientuje.

– I co?

– Byłam przerażona, ale powiedziałam jej, że spróbuję. Przez dwie noce uczyłam się tekstu i próbowałam z Sonią moje kwestie. Nigdy nie zapomnę tego stresu. Nie wiem, jak tego dokonałam, ale udało się i zagrałam pół spektaklu za Sonię.

– I widzowie się nie zorientowali? Ciężko w to uwierzyć…

– Ależ zorientowali się od razu. W Teatrze STU widownia jest na wyciągnięcie ręki. Sonia twierdziła, że nikt mnie nie rozpozna i żebym w ogóle tym się nie przejmowała. Weszłam więc pewnie na scenę i nagle słyszę z pierwszego rzędu: „To jakaś inna. Ale też dobra, też ładna”. Między tymi słowami padło jeszcze kilka przekleństw. Myślałam, że tam umrę! Sonia obiecywała, że nikt się nie zorientuje, a ja ledwie wyszłam zza kulis i już wszyscy wiedzą, że coś jest nie tak. To nie było zabawne. Ale co najlepsze, dołączyłam do obsady tego spektaklu na stałe i przez kilka lat, gdy Sonia nie mogła, dublowałam ją. Pamiętam, że raz, będąc na zakupach w galerii handlowej, odebrałam telefon i z przerażeniem w głosie Sonia zapytała mnie, dlaczego nie ma mnie w teatrze. Okazało się, że zapomniała podać mi jednego terminu. Wzięłam więc taksówkę, wbiegłam do garderoby i w ostatnim momencie weszłam na scenę. Z ogromnym sentymentem wspominam tamte czasy.

 

– Zdarza ci się parodiować innych. Widziałem świetny filmik z Twoim udziałem, w którym udawałaś Dodę.

– Nie słucham na co dzień jej piosenek, ale zdarza mi się czasem przy nich pobawić. W „Lunchu o północy” mówię trzy zdania, naśladując Dodę. Pewnego razu przybiegła do mnie przed spektaklem inspicjentka i powiedziała, że Doda jest dzisiaj na widowni. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Bałam się jej reakcji na moje żarty. Pomyślałam – będzie skandal! Gramy tę scenę, mówię parę zdań Dodą i w momencie, gdy zwykle są salwy śmiechu, cała publiczność zamarła, wszyscy patrzyli na Dodę i czekali, co zrobi królowa. Ona zaczęła się śmiać i wszyscy razem z nią. Po spektaklu Dorota do nas przyszła i podziękowała za spektakl. Niedawno miałam okazję się z nią spotkać i chwilę porozmawiać po premierze w Teatrze Imka. Tym razem to ona grała, zresztą świetnie, a ja byłam na widowni.

– Zdaje się, że kiedyś nawet wjechałaś na parking „na Dodę”.

– Owszem. Jechałam na casting do programu „Bar u Danuśki”, do którego szukali parodystów. Niestety nie znalazłam nigdzie miejsca do zaparkowania, więc bezczelnie wjechałam za szlaban, dobrze wiedząc, że wstęp mają tam tylko pracownicy. Podszedł do mnie ochroniarz i zapytał, co robię. Udając Dodę, powiedziałam mu: „Człowiek tylko włosy przefarbuje i już go nie chcą na parking wpuścić”. Ochroniarz szybko przeprosił, że mnie nie poznał i pozwolił zostawić samochód na parkingu.

– Widzę, że naprawdę lubisz się wygłupiać i rozśmieszać innych. Tak było zawsze?

– Tak! Jako dziecko uwielbiałam być w centrum zainteresowania. Często tańczyłam, przebierałam się i robiłam show. Nie wszystkim się to jednak podobało. Przez mój temperament, wyrazistą osobowość i głośny śmiech miałam czasem problemy w szkole.

Ale uwielbienie bycia w centrum zainteresowania mi zostało…

– Tego więc Ci życzę i dziękuję za rozmowę.