W Auschwitz „Kanada” oznaczała dobrobyt

str-11-w-auschwitz

Wkładali na nogi wysokie gumowce, na grzbiet stare ubrania, w rękach mieli łopaty albo sztychówki, miskę i przetak albo sito. Tak wyposażeni szli na „Kanadę”. Sztychówka służyła oczywiście do kopania, miska do opłukiwania kości, a sito do przesiewania prochu. Ten prymitywny sprzęt służył do poszukiwania złota. „Kanadą” zwano w obozie koncentracyjnym w Auschwitz miejsce, do którego znoszono ubrania, walizki, torby i inne rzeczy osobiste setek tysięcy Żydów mordowanych w komorach gazowych natychmiast po przyjeździe do obozu. Na „Kanadzie” pracowało specjalne komando więźniów. Przeszukiwali wszystkie te rzeczy. Szukali cennych przedmiotów. Nie wszystko udawało się im znajdować, wiele cennych precjozów wdeptywano w ziemię. „Kanada” oznaczała dobrobyt. Dla więźniów, gdy obóz jeszcze funkcjonował, także już po jego wyzwoleniu. W tym drugim przypadku oznaczał dobrobyt dla szabrowników, poszukiwaczy złota.

W jednym z poprzednich wydań naszej gazety pisaliśmy o wieśniakach z miejscowości znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie obozu na Majdanku, którzy natychmiast po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji ruszyli przekopywać teren obozu w poszukiwaniu złota. Przytaczaliśmy drastyczne opisy, jak łopatami odrąbywano zwłokom czaszki, by łatwiej było wyciągnąć z ich szczęk złote zęby lub złote plomby, jak odrąbywano palce, z których przed śmiercią nie zdążono zdjąć złotej obrączki, pierścionka czy sygnetu. Wydawać by się mogło, że to barbarzyństwo i bezczeszczenie zwłok było incydentem, że do czegoś takiego mogliby być zdolni tylko prości, prymitywni wieśniacy z okolic Majdanka. Nic z tych rzeczy. Ten sam nieludzki proceder miał miejsce także na terenie największego cmentarzyska świata, czyli w Auschwitz. Natychmiast, gdy tylko niemieccy strażnicy opuścili obóz. To był koniec stycznia, luty i kolejne miesiące. Szczególne zainteresowanie szabrowników wzbudzała właśnie „Kanada”, czyli część Birkenau obok III i IV krematorium. Dlatego szabrowników nazywano „kanadziarzami”.

Nowa władza powołała strażników, ale kopacze niż sobie z tego nie robili. Jeden ze strażników opowiadał w sądzie na procesie, na którym sądzono kilku spośród ludzkich hien:

– Jeszcze swąd spalenizny nie zniknął znad Brzezinki, ze stosów spaleniskowych bił smród nie do wytrzymania: ropa, gnijące resztki ciał, zakrzepła maź – bo nie wszystko dobrze się spaliło. Jak słońce mocno przygrzało, to ziemia się ruszała, rozłupywała się i na powierzchnię wypływała cuchnąca substancja. W tych prochach było złoto – nie wszystkim wyrwano złote zęby, niektórzy połykali wartościowe przedmioty –potem to się topiło i mieszało z prochami. (…) Tu, w widłach Wisły i Soły, wszędzie można było znaleźć złoto. Niemcy wsypywali popioły do rzek, rozsiewali po polach, idący do komór gazowych rzucali kosztowności byle gdzie, wdeptywali w ziemię. Nawet bez kopania można było znaleźć. Po obfitych deszczach złoto samo wychodziło z ziemi, wszędzie. (…) Często po kilkadziesiąt osób zbierało się na rynku z łopatami i z kilofami, formowało w kolumnę i szło na Brzezinkę, niczym do pracy.

Inny ze strażników zeznawał, że niektórzy „kanadziarze” mieli granaty. Wysadzali nimi zamarzniętą ziemię, by dostać się do zakopanych ciał. Posiadali też nielegalnie broń, nie kryli się z tym, co robią, grozili strażnikom, gdy ci próbowali ich przepędzać.

Wiosną 1945 roku, jeszcze gdy trwała wojna, na teren obozu przyjechał Edmund Zalewski, który był wtedy ministrem sprawiedliwości i zarazem przewodniczącym Komisji do Zbadania Zbrodni Niemiecko-Hitlerowskich w Oświęcimiu. – W pobliżu naszej grupy – zapisał – zauważyłem paru mężczyzn grzebiących w ziemi z haczykami. Powoli zbliżyłem się do nich i zauważyłem, że zajęci są wydłubywaniem rozmaitych drobiazgów, jak zegarki w szczątkach, koperty srebrne i złote, jakieś medaliony. Zapytałem jednego ze zbieraczy o jego robotę. W odpowiedzi wyjął kilka przedmiotów. (…) Było tego mnóstwo, że w tym samym miejscu, gdzie stałem, podeszwą bucika wydłubałem sam parę pieniążków, medalion pogięty i szkiełko.

Zalewski zapisał, że aby zabezpieczyć teren obozu przed szabrownikami, trzeba tam wysłać kilka batalionów wojska.

Teren macierzystego obozu Auschwitz już w lutym 1945 r. zajęło NKWD. Umieszczało tam niemieckich jeńców wojennych oraz cywilów z Górnego Śląska i Opolszczyzny. Poszukiwaniem złota zajęli się sowieccy strażnicy. – Ruskie – mówił jeden ze świadków tych wydarzeń – sprzedawali złoto za bimber albo za bimber pozwalali cywilom chodzić i szukać.

Gdy w lutym 1946 r. NKWD zlikwidowało obóz, teren przekazany został polskiej administracji, która nie zdołała zabezpieczyć go przed szabrownikami. W gazetach z tamtego okresu można wyczytać makabryczne profanowanie zwłok. Dziennikarz jednej z nich pisał w marcu 1946 roku: – Ziemię z prochami ofiar po rozgrzaniu w ogniskach przepłukiwano w pobliskim strumyku dla wyłowienia złota. Ponadto wydobywano ciała zamordowanych, obcinano głowy lub ręce i po rozbiciu czaszek wycinano szczęki i wydobywano złote zęby, względnie plomby. Z rąk odłamywano palce wraz z pierścionkami.

W szeregach szabrowników było też mnóstwo dzieci. Jedno z nich opisało, że gdy nie mogło zdjąć złotego łańcuszka z szyi szkieletu, odrąbało kawałkiem znalezionego żelaza głowę ze zwłok. Dorośli nie uważali za stosowne, by odciągać dzieci od bezczeszczenia i profanacji zwłok. Wręcz przeciwnie. Jedna z kobiet opowiadała: – W obozie byłam na drugi dzień po wyzwoleniu popatrzeć, jak tam wygląda. Potem już nigdy nie byłam. Okropne wrażenie. (…) Ludzie się śmiali. – Co, przyszłaś z obozu i nic nie przyniosłaś? Nic nie wzięłaś? Tam tyle różnych rzeczy.

Ci, którzy kopali i poszukiwali złota, uważali, że mają do tego prawo. W lutym 1945 r. powstała ochrona obozu, ale jej siły były bardzo skromne. Jeden z wartowników opowiadał: – Cywile już wtedy rozkopywali obóz. Wpierw nieśmiało, potem nagminnie, masowo. Miejscowi tłumaczyli sobie, że to żydowskie złoto trupom już się nie przyda, a im może dobrze służyć. Tłumaczyli sobie: – To była nasza ziemia, Niemcy nas wysiedlili, ale teraz znów jest nasza, powinna do nas wrócić ze wszystkim, co w nie jest.

W żadnych zeznaniach czy zapisach rozmów z szabrownikami nie można znaleźć choćby odrobiny refleksji, że to, co robili, wiązało się z profanacją i bezczeszczeniem zwłok niewinnych ludzi, których zapędzono na śmierć w strasznych męczarniach i przynajmniej po śmierci należałoby ich śmierć uszanować. Nikogo z „kanadziarzy” nie było na to stać. Bulwersujące jest też, że w tak nikczemnym procederze brały udział dzieci i nie było nikogo, kto by je przed tym powstrzymywał. Tak jakby wszyscy ci ludzie nie widzieli okropieństw wojny, która dopiero kilka dni wcześniej na ich ziemi się skończyła.

Wydawało się, że bardziej zdecydowane po zakończeniu wojny działania władz powstrzymały ten haniebny proceder, ale okazuje się, że nie do końca. W 1989 r. urodzony w Oświęcimiu dziennikarz, Bogdan Wasztyla, opublikował w wydawanym w Krakowie „Dzienniku Polskim” artykuł zatytułowany „Hieny”. Przytaczał w nim wspomnienia strażników i mieszkańców. Były strażnik mówił: – To wrzód, brudna, paskudna sprawa. I trwa nadal. Pan spojrzy na wsie wokół obozu – przynajmniej połowa tych domów wyrosła na złocie…

Pracownik wtedy, w 1989 r. Sekcji Kryminalnej Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Oświęcimiu: – To mafia, a my nie potrafimy walczyć z mafią. Do obozu przylgnęły trzy wsie. Ich mieszkańcy wiedzą o sobie wszystko – doskonale orientują się, kto poszukuje złota. Ale są oni w zmowie milczenia – solidarni, zastraszeni, zawzięci…

Druga strona medalu jest taka, że po wyzwoleniu obozu znaleźli się w okolicznych miejscowościach ludzie, którzy zmaltretowanych, na krawędzi życia i śmierci więźniów wzięli pod opiekę. Brali ich do swoich domów, karmili, wozili furmankami do lekarzy, a gdy już stanęli na nogi, dawali im pieniądze na powrót do domu. Tyle tylko, że jednak byli w mniejszości.

Andrzej Fliss