W czym Ci mogę pomóc?

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Zapowiadał się piękny, spokojny dzień. Po wczorajszym aerobiku w basenie, spałam jak dziecko, obudziłam się jak nigdy, wcześnie skoro świt. Przywitał mnie za oknem piękny wschód słońca. Mąż kręcił się po mieszkaniu, zdziwiony, że ja już wstaję. Z uśmiechem na twarzy wyskakuję z łóżka, spoglądam na zegarek – 6.30 – więc pytam: – „Zaspałeś?” Spojrzał na mnie jak na wariatkę i ze stoickim spokojem, niezwykle przekonująco odpowiedział: – „Zawsze o tej porze wychodzę”. Zebrał się i wyszedł. Wstaję i myślę: „Czy ja durna jestem? Nie wiem na którą chłop do pracy chodzi? Od kilku lat jestem pewna, że wychodzi z domu o 5.45. Hmmm…” Umysł zaspany, to jakoś za długo nad tym nie myślałam. Zrobiłam kawę, włączyłam TV, przeglądam FB, spokojnie bez pośpiechu, dziś mam na wszystko czas. Może bym tak na basen z rana wyskoczyła? Dzięki Bogu nie poszłam. Dzwoni małżonek ze słowami: – „Bunia, rzeczywiście coś mi się dziś popierniczyły godziny, spóźniony jestem!!!!” Aaaa czyli jednak miałam rację. Jakiś taki zakręcony ten mój chłop. Plany miałam ambitne na poranek – obiad sobie ugotuję. Ogórkową i takie fajne greckie danie z kurczaka. Już wstawałam z kanapy, kiedy przypomniałam sobie, że dziś nie sprawdziłam e-maili. Zaglądam, a tam jest coś na co czekałam długo, bardzo długo. Są takie rzeczy o których nie chcemy myśleć na zapas i gdzieś spychamy na dno, żeby się nie denerwować niepotrzebnie, czymś na co nie mamy wpływu. To coś jednak przyszło, wybiło niczym północ. Stres eksplodował. – „Ja pierdziele!” – bo inaczej nie powiem. No i nie było już spokojnego poranka, gotowania, nic kuźwa nie było oprócz nerwów i telefonów. Lawina, taka lawina się uruchomiła we mnie, że wyłam jak bóbr. Straciłam orientację w tym co robię, co powinnam, w jakiej kolejności. Nie mam zupełnie odporności na stres, bzdurami się nie przejmuję ale rzeczy dla mnie ważne sprawiają, że głupieję. Czas mnie goni, za chwile do pracy, a tu nikt nie odbiera telefonu, tam jeszcze nie pracują , tu już nie pracują. Ja pierdykam, jakieś szaleństwo. Dzwonię do córki i co słyszę? – „Histeryzujesz!” Nikt mi nie chce pomóc (w moim odczuciu) ogarniam co mogę, a mogę niewiele. Lecę spóźniona do roboty ponad godzinę. Auto! Gdzie jest auto? Parking był wczoraj taki, że Misiek wcisnął „Buniowóz” na piczny włos z nadzieją, że rano ktoś odjedzie co mi umożliwi wyjazd. Nie odjechał nikt, ale przecież ja dam rade! A tu niespodzianka, jak w kinderjajku, nie pojadę, nie wyjadę, kierownica zblokowana. Ni ciula! A że jestem typowa baba, co robię? Dzwonię do męża: – „Jak żeś ty to auto zaparkował, że kierownica się nie kręci?!” No jasne, że chłop na odległość niewiele może, słyszałam tylko jak mu ręce opadły: – „Bunia, mam rzucić robotę i pędzić ci na pomoc? Zanim dojadę minie półtorej godziny.” Ale ja dostaje olśnienia: – „Misiu, może mamy blokadę na kołach, bo tak jakby je coś trzymało”. Płaczę i klnę z bezsilności, ale jak prawdziwa blondi wyskakuję z auta, oglądam koła, no nic nie ma, nie wierzę, kolejna próba i kolejna. Dzwonię do córki z prośbą: – „Zamów mi Ubera”. Wkurzam się do granic możliwości, że nawet z głupim Uberem nie jestem samodzielna. Ja pierdziele, emigracja w pewnym wieku powinna być zabroniona! Jestem inwalidą! Rodzaj inwalidztwa?- Analfabetyzm! Wpadam do pracy, a tam? Milion kolejnych nieszczęść. Jedno chore, drugie oszczane, a ja z czasem w czarnej d…., a robota do zrobienia. Telefon mi się gotuje niczym na centrali za czasów komuny: „Proszę czekać będzie rozmowa”. Wywijam tym odkurzaczem po kątach, szoruję łazienkę zza kibla dzwonię, sprawdzam wiadomości, pisze e-maile. Jazda bez trzymanki, bo tak w zasadzie to normalnie w pracy nie dzwonię i nie odbieram telefonów. Łeb mi dymi, ciśnienie mam takie, że chyba by aparat do pomiaru rozwaliło! Biorę tabletkę, na pusty żołądek, trudno. Nic nie jadłam, nic nie mam na lunch, jest kawa jest dobrze. I tak trzymam fason i uśmiech na pysku do szóstej. Potem łzy same cisną się do oczu ukradkiem. Stajemy czasem w życiu i mamy wrażenie, że walimy głową w mur. Tak się czuję. Mało, że nie udaje mi się prawie nic załatwić to problemów przybywa. Marzę o jednym – być w domu. Artykuł mam napisać, obiad ugotować i ogarnąć nieogarnięte. Zdążam w międzyczasie pokłócić się z siostrą, córką i mężem. Pełna żalu chlipię po kątach. No bo ja zawsze jestem, wysłucham, doradzę, pomogę, bo ja zawsze z uśmiechem i stoickim spokojem, a jak mi się świat wali to wszyscy mają w dupie! Tak się czuję. Tuż przed wyjściem z pracy wchodzę do łazienki i pękam. Wyję jak bura suka. Wtedy olśnienie, przecież nie mam jak wrócić do domu. Autobus to dwie godziny, mam wyścig z czasem, a do tego na nogach mam skarpetki i klapki japonki. O mamo! Moja stylówka pod tytułem: „wsiadam pod blokiem, wysiadam pod pracą”. Jak zdejmę skarpety to zachoruję? No więc co? Znowu Uber? Teraz kiedy kasy potrzebuję to takie wycieczki? Wychodzi na to, że większą część wypłaty dziś przejeździłam, pracowałam z ozorem na brodzie! Przypaliłam w pracy obiad! Oparzyłam rękę! Nie zrobiłam wszystkiego! Jak ja to wszystko przeżyję i wyjdę z tego zwycięsko, to przysięgam nic mnie już w życiu nie złamie. Płacząc tak w toalecie w ukryciu dostaję wiadomość na Messenger. Kilka ciepłych słów od, w zasadzie, prawie obcej osoby. I pytanie: – „W czym Ci mogę pomóc?” Wychodzę z pracy na ulicy eksploduję, emocje mnie roznoszą, płaczę w głos z bezsilności, dzwonię na drugi koniec świata. U niej jest ciemna noc, słyszę: – „Pomogę ci, powiedz tylko czego potrzebujesz. Nie martw się o nic, będzie dobrze. Niedługo się spotkamy, obgadamy wszystkich, zapalisz papierocha.” Bije od Niej takie ciepło, rozsądek, powaga i szaleństwo zarazem. Obca, a taka bliska zarazem. Odnajduję powoli spokój. Jest taki dzień kiedy wszystko eksploduje w naszym życiu, mnie się wydawało, że naprawdę zejdę dziś na zawał. Nie udźwignę, nie wytrzymam, a tu nagle ta wiadomość, zupełnie niespodziewana, a jakże budująca. Bo czasem ponad wszystko potrzebujemy żeby nas ktoś wysłuchał, przytulił i powiedział: „Będzie dobrze…”