Wada fabryczna

lady-bunia

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze przydarzały nam się dziwne zbiegi okoliczności. Niektórzy być może uznaliby to za życiowego pecha, złośliwość losu… Pamiętam wielką radość z zakupu nowego tv, lata 90. Nie pamiętam marki, pamiętam że był duży na tamte czasy i kosztował miesiąc mojej pracy we Francji. Nie udawało się nam za żadne skarby tak ustawić w nim programów, żeby pod 1 na pilocie był program pierwszy, pod 2 drugi itd. Nie dało rady, był misz masz bez ładu i składu. Któregoś dnia odwiedził nas wujek męża. Człowiek koło siedemdziesiątki, ale bardzo sprawny technicznie i nie mógł uwierzyć, że się nie da. Walczył z telewizorem całe niedzielne popołudnie. Po czym poddał się ze słowami, że takich cudów to jeszcze nie widział. Zaintrygowało mnie to na tyle, że wezwałam pana z serwisu. Okazało się, że nasz telewizor ma wadę fabryczną. No cóż zdarza się. Usterka została usunięta. Za kilka lat zostaliśmy szczęśliwymi posiadaczami kina domowego z górnej półki. Tanie nie było. Wszystko było super i nawet przez myśl by mi nie przeszło, że coś jest nie tak. Pewnego razu poszłam z mężem do wypożyczalni płyt DVD i mąż mówi do właściciela: – Zenek co to masz za filmy, piraty jakieś? – Oszalałeś? – No chłopie już kolejny film przyniosłem do domu i nie działa jak należy. – Ale, że co? Wiesza się, wyłącza? ⁃ Nie, no chłopie każdy „rozbierany” jest czarno biały, rozumiesz chłopie? Różowej fugi nie widzę, cóż to za radość. ⁃ Misiu – wtrąciłam się – wszystkie filmy idą dobrze, biedaku, a pornole masz czarno białe? – nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Mąż się oblał rumieńcem, bo chciał sprawę załatwić po cichu, a ja na całą wypożyczalnię miałam ubaw. ⁃ Na sto procent filmy są dobre – zapewniał właściciel wypożyczalni. Wezwaliśmy serwis i padła diagnoza – wada fabryczna! No cóż bywa. Za jakiś czas kupiliśmy nowe piękne auto prosto z salonu. Ponad sześć miesięcy oczekiwania, cena kosmos – równowartość mieszkania czteropokojowego z dwoma balkonami. Mąż spełnił swoje marzenie. Jakież było jego zdziwienie kiedy okazało się, że to auto pomimo, iż nowe to jakoś dziwnie chodzi. Wielokrotnie gasło nagle w najmniej odpowiednich momentach. Ileż było wizyt w serwisie i odbijania piłeczki, że jest ok. Aż po wielu badaniach diagnostycznych okazało się, że jest wada fabryczna silnika. To chyba pech, nowe auto, a problemów z nim więcej niż ze wszystkimi poprzednimi. To był cud ekonomii to auto pochłonęło tyle pieniędzy na naprawy, że to jest niewiarygodne. Po każdej usterce mąż twierdził, że sprzedaje, ale potem jakoś tak mu zawsze było żal. Bo skoro już tyle pieniędzy do niego dołożył to może juz będzie ok. Było do następnej usterki. Klątwa! Tak nazwaliśmy w pewnym momencie to auto, sprzedaliśmy za grosze byle się pozbyć dziada! W czteroletnie auto włożyliśmy kilkadziesiąt tysięcy złotych w naprawę. To był ford, a jak mówią: ford gówno wort! Kupiliśmy nowy skórzany „wypoczynek”, na tamte czasy ekskluzywny, wprost z pięknego salonu meblowego. Piękny kremowy i co najważniejsze z możliwością rozłożenia sofy do spania. Super, w końcu mamy gdzie przenocować gości. Ktokolwiek przyjechał i usiłował się położyć to cześć znajdująca się pod głowa spadała z zawiasów. Tragedia, nie dość, że wstyd to jeszcze jak na tym spać. Po jednej z wizyt znajomych, zakończonej jak zawsze noclegową porażką, wezwałam serwis. Diagnoza? Wada fabryczna! Ręce mi opadły i zaczęłam się śmiać, bo już nic innego mi nie zostało. Za jakiś czas budujemy dom i tu czyste szaleństwo wszystko nowe, piękne z górnej polki. Mężowi marzyła się iście „amerykańska” lodówka podwójne drzwi i opcja robienia lodu i filtrowania wody. Nie byłam tym pomysłem zachwycona, ale nie dało się chłopu przegadać, że ja chcę lodówkę do zabudowy po to żeby jej nie było widać, a ta nie dosyć, że wolnostojąca to jeszcze wielka. Kupiliśmy, drogie to było w tamtych czasach masakrycznie. Pierwszy rachunek za prąd 900 zł , rok 2007. Rachunki mieliśmy ogromne, byłam pewna, że to suszarka bierze tyle prądu, przestałam jej używać. Rachunek drgnął nieznacznie w dół. Zgłaszaliśmy licznik do sprawdzenia, licznik ok. W domu ciemno, a rachunki płacimy jak w kościele. Dopiero w momencie wyjazdu z kraju na stałe, kiedy w domu została włączona lodówka i była jednym źródłem poboru prądu na ten czas. Przyszedł rachunek 450 zł. Ta franca żarła tyle prądu, choć wedle instrukcji miała być bardzo tania w użyciu. Okazało się, że miała wadę fabryczną i stąd tak kolosalne rachunki. W międzyczasie mąż kupił kolejne auto marzeń za kosmiczne jak dla mnie pieniądze. Taki kryzys wieku średniego tuż po 40. urodzinach. Szybka fura. No i co? No i wada fabryczna silnika! Nie dawno remontowaliśmy i urządzaliśmy mieszkanie. Lodówkę chcieliśmy dużą, bardzo wygodną no i żeby robiła lód. Jak zostały nam dostarczone sprzęty i panowie je montowali to zażartowałam: – Ciekawe czy ma wadę fabryczną? Spojrzeli na mnie zdziwieni, a ja im na to, że zawsze kupimy coś z wadą. Popatrzyli na mnie jak na wariatkę. Z przykrością stwierdzam, że lodówka podłączona od kilku miesięcy nie zrobiła jeszcze ani jednej kostki lodu. Już się nawet nie zastanawiam, ja już wiem – wada fabryczna. Takie nasze przeznaczenie wybrać towar niepełnowartościowy. Już mnie to ani nie złości, ani nie dziwi. To u nas standard…