Wakacje

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Jesteśmy właśnie w połowie wakacji i jakoś tak wzięło mnie na wspomnienia. Kiedy żar leje się z nieba, marzy mi się błogie lenistwo jak za czasów dzieciństwa. Moje pokolenie miało cudowne dzieciństwo. Kiedy kończyła się szkoła zaczynało się życie. Osiedlowe podwórka żyły swoim rytmem. Rano zawsze było coś do obejrzenia w tv. Do dziś pamietam wakacyjny serial, kręcony gdzieś nad morzem Europy zachodniej. Wiało luksusem. Zazdrościłam im plaży i morza. Od nas z Podkarpacia nad morze było tak daleko, że do dziś tam nie dojechałam, bliżej samolotem do USA mi było. Dziś mam plaże w zasięgu reki. Codziennie jadąc samochodem podziwiam bezkres oceanu. Zawsze kochałam wodę, góry nie bardzo.

 

W wakacje każdą wolną chwilę spędzaliśmy nad wodą. Kiedy byłam mała, jeździłyśmy z mamą. Z naszą mamą to była wyprawa, nie ważne, że do Radawy było 18 km. Mama szykowała wyprawę jak byśmy jechały przynajmniej na Hel. Wartburg zapakowany po brzegi. Koce, ręczniki, poduszki, ze trzy komplety ubrań do przebrania, materace, pompki ze dwie (na wszelki wypadek), koła do pływania. Woda czysta w słoiku (do mycia) ściereczki mokre i suche. Termos z kawą dla mamy, herbatka dla nas, kompot, woda z sokiem (wszystko w słoikach lub butelkach po śmietanie). Torba jedzenia: gołąbki albo pieczony kurczak, kanapki z żółtym serem, pomidory, jajka gotowane, jabłka, placek i sam Pan Bóg wie co jeszcze. Nie mam pojęcia jak mama była w stanie to wszystko sama przenieść od samochodu na plażę. Mamo miałaś zdrowie i zacięcie,szacun! Dzięki Bogu nie byliśmy posiadaczami leżaków i parasola, bo by nam mama padła po drodze. Miejsce docelowe na plaży, półcień – „Dziewczynki, szukamy półcienia, żeby Was słońce nie spaliło”. Czyli lądowaliśmy tam gdzie nikt inny już nie się nie chciał rozkładać. Na trawce pod drzewem, a nie na piasku niczym na nadmorskiej plaży. Samo rozłożenie dobytku trwało długo, dla dzieci zdecydowanie za długo. Była zasada pół godziny w wodzie i wychodzimy, bo macie już sine usta. Musicie coś zjeść, a po jedzeniu trzeba poleżeć i nie wolno, Boże broń, do wody od razu, bo się potopicie. Płaczu było co nie miara. Wszystkie dzieci dookoła kąpały się bez przerwy, a my miałyśmy jakieś dziwne zasady. Kiedy my siedziałyśmy zawinięte w ręczniki na kocu, mama szła pływać. Zawsze się bałam. Zalew wydawał mi się taki ogromny, a mama mówiła: „Dziewczynki przepłynę trzy razy tam i z powrotem i jestem”. Z racji tej, że nam wolno było kąpać się tylko w miejscu oznaczonym bojami i woda sięgała mi tam do pach, myślałam, że dalej jest bardzo głęboko i że mama się nam utopi. Dopiero kiedy podrosłam okazało się, że ten zalew można przejść na piechotę i woda mnie nie zakryje nawet w najgłębszym miejscu. Oczami dziecka to było jezioro! Wielkie jezioro. Kiedy miałam już kilkanaście lat, mama dawała nam więcej swobody. Moim marzeniem było jeździć do Radawy tak jak inne dzieci, PKS-em. Nie wiedziałam na co się piszę i co to ta wolność. Kolejka na stacji do autobusu była ogromna, ścisk, tłok i deptanie po sandałach. W tamtych latach PKS dysponował kultowymi pojazdami marki „niebiesko-biały ogórek”. Jak tam było tłoczno, a jak gorąco! O chłodzeniu zapomnij – w tamtych czasach nic takiego nie istniało, asfalt topił się pod kołami, a podłoga była gorąca. Nikt nie narzekał, bo szczytem marzeń było wsiąść do autobusu i nie czekać w upale na następny. Pamietam dumę jaka mnie rozpierała podczas pierwszej podróży. Czułam się taka dorosła… Radość nie trwała jednak długo, autobus zatłoczony. Z przystanku nad zalew był kawałek drogi, dobytek w rękach i trzeba maszerować. Kasa skończyła się mniej więcej w połowie dnia po zjedzeniu trzeciego loda i wypiciu drugiej oranżady. Do dupy z taka dorosłością. Mama to zawsze zawiozła na miejsce, zaniosła wszystko, rozłożyła no i pieniądze miała zawsze. Po pierwszych podróżach jakoś dałyśmy radę i później już nie podróż była ważna, a zabawa. Kajaki, rowery, cały dzień w wodzie, jak nie kąpiel w zalewie to w Lubaczówce. To był prawdziwy raj dla nastolatków. W zalewie i rzece było tyle dzieci z mojego podwórka – miałam wrażenie, że ktoś całe podwórko na wakacje przeniósł do Radawy. Z perspektywy czasu to się zastanawiam jak to było, że rodzice tak puszczali dzieci bez opieki nad wodę? Ja córki w życiu nie puściłam, jak bardzo chciała jechać ze znajomymi to wysłałam z nimi babcię, czyli moją mamę. Mama była zachwycona, a młodzież ? Nie wiem, wolałam nie pytać. Zapytałam jednak i… tu moje wielkie zdziwienie, bo do dziś miło wspominają wyjazdy z babcią. Babcia była idealnym kompanem młodzieżowych wypadów nad zalew, brała materac i płynęła w swoją stronę, a że pływać lubi to wracała za dwie godziny. Ostatnio syn chciał iść sam na plażę, Boże co ja wyczyniałam żeby nie poszedł. Jestem nienormalna, 17 latek chodzi na plażę tylko z nami, rozkładam kocyk tuż obok ratownika i jak mój synuś idzie do wody to cały czas patrzę. Najchętniej to bym mu jeszcze dała kółko i rękawki. Te zasady wzmożonego bezpieczeństwa nie biorą się z nikąd. Któregoś roku mój wujek z kilkuletnim synkiem wypoczywali na campingu w Radawie i zgodził się zabrać też mnie i siostrę. Było super, pierwsze wakacje bez rodziców. Nie było szans się zgubić ani źle zachowywać, po pierwszym dniu na plaży wszyscy znali wujka i wszyscy wiedzieli, że my od niego jesteśmy. Wujek na plaży był widoczny z daleka. Super facet, który umiał zrobić wszystko, konstruował, przerabiał, budował. Adam Słodowy mógłby czerpać od niego niekończące się pomysły. Zabierając kilkulatka na plażę zadbał wyjątkowo o jego bezpieczeństwo. Kuzyn miał po pierwsze cudne plastikowe sandałki do wody, kamizelkę dmuchaną, rękawki, koło dmuchane i uwaga do koła był przywiązany sznurek. Tak sznurek. Dziecko wchodziło do wody, a wujek spacerował po plaży ze sznurkiem w dłoni. Dziecko mogło oddalić się od brzegu tylko na długość sznurka. Dla nas nastolatek był to obciach nie z tej ziemi, ale u innych wzbudzał wielkie zainteresowanie swoim sposobem plażowania. Wygląd miał bardzo surowego człowieka i tembr głosu bardzo groźny. Wszyscy omijali nas szerokim łukiem. Nikt nie odważył się nas zaczepić. No i te „traumatyczne” doświadczenia z dzieciństwa zostawiły ślad w mojej psychice. Od tamtej pory najbezpieczniej czułabym się tylko wówczas gdyby moi bliscy kapali się w kołach na sznurkach, które ja mogłabym trzymać w ręce spacerując brzegiem. Ponieważ jednak na takie ekstrawagancje moi bliscy się nie zgodzą, to zostaje mi rozkładanie kocyka koło ratownika.