Wakacjuszki

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Kiedyś jak ktoś przyjeżdżał na „wakacje” do Ameryki to zostawał tu zwykle kilka lat. Za rok, dwa czy trzy lata pracy tutaj można było w Polsce kupić samochód, wybudować dom. Jak wyglada „wakacjuszka” dzisiaj? Trochę blado to wypada. Dzisiaj „wakacjuszka” przylatuje co roku na kilka miesięcy, żeby podreperować domowy budżet. Moja przyjaciółka od dziesięciu lat przylatuje w czasie wakacji na dwa miesiące. Z zawodu nauczycielka wychowania fizycznego, więc pomimo wieku kondycję ma niesamowitą. Pracuje w szkole, dwa miesiące wolnego poświęca na pracę tutaj w serwisie sprzątającym. Ciężko tak wpaść w środku lata do Nowego Jorku, z odkurzaczem na jednym ramieniu, a torbą z detergentami na drugim, poruszając się komunikacją miejską przemieszczać się z apartamentu do apartamentu. Zatrzymując się u rodziny, nie ponosząc kosztów utrzymania, jest w stanie zarobić na studia swoich dzieci. Przeorana robotą i klimatem we wrześniu wraca do pracy w szkole i jest przeszczęśliwa, że wakacje dobiegły końca. Jedyna nauczycielka jaką znam, która cieszy się z powrotu do szkoły. Gdyby nie możliwość corocznych „wczasów w Ameryce” nie byłoby jej stać wysłać dzieci na studia. Mówi o tym otwarcie. Bywają i takie, które przybyły tu na emeryturze i ich wakacje trwają zdecydowanie dłużej, tak gdzieś do siedemdziesiątego roku życia, a jak zdrowie pozwoli to i dłużej. Marysia zawsze powtarzała, że jak już wróci do Polski to pożyje. Była tu siedem lat i każdego dolara odkładała żeby potem pożyć. Nie kupowała nic, kompletnie nic. Wydawała jedynie na wynajem malutkiego pokoiku na spółkę z koleżanką i telefon. Pracowała siedem dni w tygodniu po 10-12 godzin. Jadła tylko to czym ją w pracy poczęstowali. Babeczka super, zawsze uśmiechnięta, ładnie uczesana, pomalowana. Uwielbiałam pracować razem z nią, miała dobra energię. Kiedy nadszedł czas, spakowała walizkę i wróciła. Zabrała swoje oszczędności i teraz żyje. W swoim małym miasteczku jest Panią. Zawsze bardzo elegancka, zadbana, uczesana. Z daleka widać, że z Ameryki wróciła. Cieszę się razem z nią. Tyle radości i energii jest w jej głosie, że aż chce się żyć. Teraz czuję, że żyję – mówi – nie muszę oszczędzać, do śmierci mi wystarczy, bo ileż ja jeszcze pożyję?

Nikt jednak nie przebije Grażyny, która przylatuje tu co roku, końcem zimy. Na ugadaną pracę wpada góra na trzy miesiące. W Polsce bierze urlop bezpłatny. Oficjalnie leci do brata, któremu się świetnie powodzi i zabiera siostrę na wakacje. No bo jak pani na stanowisku, pani z Urzędu Wojewódzkiego ma się przyznać, że będzie jeździć na szmacie? Nigdy w życiu! Tu jej nikt nie zna, z pracy do domu, zaciska zęby i odkłada dolar do dolara. Kiedy kończy się turnus rusza na sklepy. Dzięki wrodzonemu sprytowi ma opanowane wszystkie wyprzedaże i promocje. Zawsze gubi ładnych parę kilogramów. To zasługa wyjątkowej kuchni u brata, same zdrowe produkty, wszystko organic, sałatki, ryby i egzotyczne owoce na codzień. Tak opowiada znajomym. No przecież nie powie, że zje tyle ile dostanie w pracy. Tam gdzie pracuje zawsze jest to samo, kromka czerstwego chleba z serkiem. Jedynie miniówek ani krótkich spodenek nie nosi odkąd zaczęła wyjeżdżać na te wakacje. Gust się jej wyrobił, stawia na klasykę na strój stosowny do wieku. Prawda jest jednak inna – to jej kolana noszą ślady „wakacji”. Praca po 10 godzin dziennie i szorowanie podłóg na kolanach, robią swoje. Ja osobiście też noszę pamiątkę po pracy w „krainie cudów” w postaci śladów na kolanach. No niestety coś za coś. Za to w Polsce w urzędzie nasza Grazia jest panią całą gębą. Z dumą nosi torebki i zegarki z Ameryki. Temu bratu to się musi powodzić – szeptają za plecami koleżanki – nie dość, że funduje takie wakacje to jeszcze tyle prezentów co roku. Wszystko firmowe. Nie wiem dlaczego niektórzy wstydzą się przyznać do ciężkiej pracy. Mnie uczono, że żadna praca nie hańbi. Może nie rozumiem, bo nigdy nie byłam Panią z Urzędu. Smutne jest to, że dziś ludzie jadą nie żeby się dorobić i opływać w luksusy, ale żeby dorobić do pensji czy emerytury i móc normalnie żyć.