Walka o mandat, walka o kasę

pipala

Oficjalnie tego nie mówią, ale dla wielu członków różnych polskich partii udział w wyborach do Sejmu to w mniejszym stopniu realizacja ambicji politycznych, w zdecydowanie większym walka o poprawienie swojej sytuacji materialnej. Sporej liczbie z nich opłaca się bezgraniczne posłuszeństwo wobec lidera, spełnianie jego najbardziej nawet absurdalnych wymagań, robienie z siebie błazna, byle tylko znaleźć się w wyborach na szczycie partyjnej listy kandydatów, a najlepiej na jej pierwszym miejscu. Dobra pozycja na „liście startowej”, jak mówią prywatnie, to duża szansa na sukces.

Dokładna analiza sprawozdań finansowych posłów, szczególnie tych po raz pierwszy obdarzonych przez wyborców mandatem, wskazuje, że z chwilą gdy stali się posiadaczami legitymacji poselskiej ich status finansowy zdecydowanie się polepszył. Ci, którzy mówią że znaczna większość posłów zajęła się polityką dla pieniędzy, bo niczego innego nie umieją i w pozapolitycznej rzeczywistości nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca, czyli zajęcia, które generowałoby przyzwoite dochody, nazywani są malkontentami, odklejonymi od rzeczywistości. Niestety, ale statystyki wskazują, że taka jest prawda. W cywilizacjach Zachodu najpierw zarabia się pieniądze, a dopiero potem „idzie do polityki”, w Polsce idzie się do polityki dla pieniędzy. Polskie motywacje bycia politykiem najlepiej ilustruje statystyka wyłaniająca się z oświadczeń majątkowych posłów.

Ponad 90 proc. (426 osób) tych, którzy po raz pierwszy zostali posłami w wyborach do Sejmu pod koniec 2015 r., czyli sejmowi debiutanci, już po roku wykazali, że zarabiali o 6,5 tys. zł miesięcznie więcej niż przed wyborami. Studia nad oświadczeniami majątkowymi wykazują też, że najobficiej zapełniają się portfele parlamentarzystów rządzącej, czyli PiS, najmniej PO i PSL. W 2016 r. przeciętny poseł zarabiał 14. tys. zł, czyli o niemal 10 tys. zł więcej niż wynosiło przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw (piszemy o tym w artykule na str…). W polskich realiach płacowych posłowie należą do grupy osób bogatych.

Idealistami, czyli tymi, którzy „poszli w politykę”, by działać dla dobra ogółu, okazały się jedynie 43 osoby. To ci, którzy po otrzymaniu mandatu poselskiego stracili na swoich dochodach. Wśród tych posłów absolutnym liderem jest kardiochirurg, profesor Marian Zembala, którego dochody zmniejszyły się o ponad 600 tys. zł rocznie. Na drugim miejscu jest, tak ostatnio poniewierany były lider „Nowoczesnej”, Ryszard Petru. Na posłowaniu stracił on około 400 tys. zł rocznie. Liczba posłów, których zarobki zmniejszyły się po rozpoczęciu pracy w Sejmie o więcej niż 100 tys. zł, to razem z dwoma wyżej wymienionymi, zaledwie 9 osób. „Straty” pozostałych spośród 43 są mniejsze niż 100 tys. zł, a większości z nich wynoszą zaledwie kilkanaście tysięcy zł.

Najsmaczniejsze „konfitury” zarabiają w tej chwili w sejmie parlamentarzyści partii rządzącej, czyli PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego wprowadziła do parlamentu 94 nowych posłów i każdy nowy zarobił w pierwszym roku swego posłowania o 6,3 tys. zł więcej niż wynosiło jego miesięczne wynagrodzenie przed uzyskaniem miejsca w ławach sejmowych. Ale nie tylko oni zdecydowanie poprawili swój finansowy status. Także ich koledzy, którzy już wcześniej posiadali legitymację poselską, w pierwszym roku obecnej kadencji zwiększyli swoje zarobki o 4,2 tys. zł miesięcznie. Parlamentarzyści spod znaku PiS, to obecnie najlepiej zarabiająca z tytułu posłowania grupa parlamentarzystów. Ich przeciętny dochód wynosi obecnie około 14,5 tys. zł miesięcznie. To niemal trzykrotna średniej krajowej płacy w sektorze przedsiębiorstw.

Przeciętny poseł do polskiego parlamentu zarabiał w 2016 roku 14 tys. zł, ale przeciętna nie mówi wszystkiego. Posłowie zawodowi, czyli ci, którzy nie byli zatrudnieni na etacie poza Sejmem, otrzymywali wynagrodzenie w wysokości 9892 zł (brutto), przy czym przewodniczący i wiceprzewodniczący sejmowych komisji (a liczba to niemała, zmieniająca się grupa ok. 150 osób) pobierali dodatkowo o 30 proc. (przewodniczący komisji) i 15 proc. (wiceprzewodniczący) więcej. Ale… i dotyczy to wszystkich posłów, każdy z nich dostawał na konto nieopodatkowaną kwotę 2473 zł, czyli dietę na „pokrycie kosztów związanych ze sprawowaniem mandatu”. Kancelaria Sejmu pokrywała oczywiście także koszty ich podróży koleją, samolotami, samochodem prywatnym. Przy takich fruktach można było główne wynagrodzenie odkładać na konto i a konto przyszłości, która nie zawsze musi się przecież zakończyć zdobyciem lukratywnego poselskiego mandatu. Wcale wszak do rzadkości nie należą przypadki, że po przegraniu wyborów były parlamentarzysta meldował się w urzędzie pracy w kolejce po zasiłek.

Być może czeka to niektórych posłów z Kukiz ’15. Analiza ich oświadczeń majątkowych wskazuje bowiem, że po otrzymaniu poselskiego mandatu to właśnie ich zarobki wzrosły najbardziej. Przed wygraniem wyborów zarabiali oni nieco tylko powyżej średniej krajowej, czyli 3,8 tys. zł miesięcznie, po roku wykonywania mandatu ich wynagrodzenie skoczyło w górę o niemal 10 tys., do poziomu 13,5 tys. zł. Również posłowie koła Wolni i Solidarni, którzy startowali z list Kukiz ’15, zarabiają ponad 9 tys. zł więcej niż przed wyborami.

Na przeciętną wynagrodzeń poselskich wpłynęło też i to, że około 20 proc. z nich otrzymywało wynagrodzenia z pracy poza Sejmem lub tantiemów. Te ostatnie dotyczą liczącej 29 osób grupy twórców. Liderem w tym gronie jest bez wątpienia Paweł Kukiz, który w 2016 r. z tytułu praw autorskich zainkasował 205 tys. zł. Grupa czynnych przedsiębiorców, wśród nich Ryszard Petru, liczy 29 posłów, 13 wykłada na uniwersytetach, 33 łączy mandat poselski z pracą w kancelarii premiera oraz ministerstwach, a około 40 otrzymuje także wynagrodzenie z tytułu emerytury.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Super Nowości

Foto: MamPrawoWiedziec.pl